Blogi z podróży
Willa Home

ul. Tadeusza Kościuszki 20
87-720 Ciechocinek

Dlaczego warto dodać | Ostatnio dodane

Kalendarz wydarzeń

Wrzesień 2019
pn wt śr cz pt sb nd
26 27 28 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 1 2 3 4 5 6

linki

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych „RODO”. Prosimy o zapoznanie się, jak będziemy przetwarzać Państwa dane po 25 maja 2018 r. Szczegóły: zakładka "Dane osobowe, Regulamin. Polityka prywatności" w dolnym menu strony.

Blog użytkownika orlica

Jeśli wybierasz się nad morze poznaj przesądy marynarskie

 

Marynarze to bardzo tradycyjny ludek. Dobrze o tym wiedzieć, wybierając się w rejs, czy na wycieczkę statkiem. Pewnych rzeczy na morzu po prostu robić nie wolno, innych nie wypada. Będąc więc na statku zachowujmy się tak, jak tradycja morska nakazuje.

Żadna grupa zawodowa na świecie nie dorasta marynarzom do pięt, jeśli chodzi o hołdowanie przesądom i pilnowanie ceremoniału morskiego.

Zwykły zjadacz chleba nie zdaje sobie nawet sprawy, jak temat jest poważny. A traktowany serio jest na tyle, że stał się przedmiotem konferencji, którą w Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni zorganizowało kilka lat temu Forum Młodych Dyplomatów. Na konferencji było kilkaset osób z całej Polski. Poważni profesorowie, habilitowani docenci i szacowni doktorzy słuchali i mówili o diabłach, niechęci do futra na statkach, zasadach kichania na pokładzie, konieczności wkładania monety pod maszt, czy karłach na rejach. Głosem pełnym emocji wyjaśniali, dlaczego marynarze noszą kołnierze z trzema paskami oraz czapki bez daszków. Albo dlaczego przy wejściu statku do obcego portu obowiązuje ceremoniał inny niż w lądowej służbie dyplomatycznej.



Moneta twarzą na zewnątrz

Do dzisiaj żaden szanujący się marynarz nie wyrzuci ścierki za burtę, nie zagwiżdże w czasie sztormu, kichać będzie tylko na prawej burcie, bo gdy kichnie na lewej, nieszczęście gotowe.

Dawniej przesądy były bardzo ważne, bo tłumaczyły marynarzom rzeczy niewytłumaczalne. Część w niemal niezmienionej formie przetrwała do dziś, z wielu zrodziły się tradycje. Na przykład wierzono, że odwrócone pokrywy lukowe pozwalają wejść na pokład statku demonom, a jako że nie zawsze pamiętano, by je zamknąć, wymyślono dzwon okrętowy, bez którego dzisiaj nie może obejść się żaden statek. Swoim dźwiękiem miał te demony odstraszać. Później, gdy na statkach zaczęto używać zegarów piaskowych, powstał zwyczaj wybijania na dzwonie tzw. "szklanek". Wziął się z tego, że wachtowy musiał co pół godziny odwracać klepsydrę, bo tyle trwało przesypanie się piasku z jednego zbiornika do drugiego. Uderzał wtedy w dzwon, sygnalizując czas wachty. A nazwa "szklanki" pochodzi właśnie od szklanego zbiorniczka klepsydry.

Brzmi to nieprawdopodobnie, a jednak to fakt! W amerykańskich stoczniach do dzisiaj obowiązkowo umieszcza się monetę pod stopą masztu statku. Leży tam reszką do góry, a raczej "twarzą na zewnątrz"bo tak podobne położenie określali starożytni budowniczowie żaglowców. Moneta była ongiś konieczna, by opłacić starego Charona, który przewoził duszę na drugą stronę rzeki Styks. Jej magia działała, jeśli na dno wraz ze statkiem szła cała załoga. Pojedynczemu marynarzowi, który oddał duszę w czasie rejsu, wkładano monetę do ust na samotną podróż.

 

Pobudka dla świętego Antoniego

Na gwiżdżącego w czasie sztormu marynarza nawet w XXI wieku patrzy się spode łba, bo może ściągnąć na statek wszystkie nieszczęścia świata. Zwyczaj bierze się z faktu, że niegdyś gwizdkiem wydawano rozkazy. Gwizdanie na pokładzie podczas sztormu uchodziło przed laty za poważne przewinienie, do dziś zakazane jest przez kodeks etyczny na jachtach. Na dawnych żaglowcach karano za nie umieszczeniem marynarza na rei masztu. Wskazane było gwizdanie wtedy, gdy wiatru nie było. Wierzono bowiem, iż tym sposobem się go wywoła. W epoce dużych okrętów żaglowych, których ruch był uzależniony tylko od wiatru, w czasie ciszy na morzu marynarze przybijali płetwę rybią do bukszprytu lub przeklinali, aby obudzić św. Antoniego i sprowokować go do ruszenia wiatru. Niektórzy marynarze chłostali się batogami lub drapali maszt paznokciami, wypowiadając zaklęcia. Jeszcze inni wykonywali na linie specjalne węzły i przywiązywali ją do masztu albo gwiżdżąc wbijali w maszt noże rękojeścią ustawione w kierunku, z którego powinien nadejść wiatr. Do dzisiaj natomiast dla zapewnienia pomyślnych wiatrów wymaga się od kobiet wstępujących na pokłady jachtów, by podrapały paznokciami podstawę masztu.

Polskie stocznie wprawdzie nie mogą sobie na to pozwolić, ale w wielu krajach do dzisiaj nie woduje się statków w piątki. Taki jest przesąd. Również niektórzy kapitanowie przestrzegają zasady, by nie wychodzić w morze w określone dni roku. I nie tylko o piątki tu chodzi.


Z piątkami jest zresztą pewien problem. Żeglarze hiszpańscy najchętniej wyruszali w morze właśnie w te dni tygodnia. Powód - 3 sierpnia 1492 roku, w piątek - Krzysztof Kolumb rozpoczął swój rejs, który zakończył się sukcesem. Natomiast żeglarze Wschodu uważali piątek za zły dzień, bo był dla nich dniem obrzędów religijnych. Przesąd ten w dawnych czasach mścił się na samych żeglarzach. Jeżeli statek musiał rozpocząć podróż w piątek, a na morzu przydarzyła mu się nawet niewielka awaria, załoga nie próbowała go ratować, zdając się... na przeznaczenie. Marynarze anglosascy do dziś uważają za feralne do rozpoczęcia żeglugi dni: 2 lutego, 31 grudnia, pierwszy poniedziałek kwietnia i drugi poniedziałek maja. Według Biblii bowiem ludzkość nawiedzały w tych dniach kataklizmy.

 

Ambasadorowie na falach

Kiedyś kobietę na statku nazywano "diablim balastem". Płeć żeńska nie była na morzu mile widziana.  Powodem była zazdrość. Bo pewnie mało kto wie, że statek jest kobietą! Do dzisiaj bowiem w języku angielskim, rzeczownik "ship" (statek) jest rodzaju żeńskiego. Teraz popularne jest przysłowie "gdzie diabeł nie może, tam babę pośle". My w takiej sytuacji posyłamy... żaglowiec, bo on załatwi wszystko. Nawet jeśli do portu wpłynie kilkadziesiąt statków handlowych, nie zrobią takiego zamieszania, jak jeden żaglowiec. Zdjęcia, wywiady, saluty armatnie, spotkania, koktajle. Statek jest najlepszym morskim ambasadorem kraju.

Jednak pływający ambasadorowie nie wchodzą do portu ot tak sobie. Wszystko poprzedzone jest procedurami na szczeblu dyplomatycznym. Bo wizyty mogą mieć charakter oficjalny, przyjaźni, kurtuazyjny oraz roboczy i od ich rodzaju zależy ceremoniał morski. Wszystko ustalane jest w najdrobniejszych szczegółach, bo nie może zdarzyć się sytuacja, że ambasador rozmawia z wiceadmirałem, a powinien z admirałem. Lub też z armaty wystrzelono tylko 17 salw, jak gdyby na pokładzie był jedynie dowódca Marynarki Wojennej, podczas gdy jest tam szef rządu, którego stanowisko wymaga salw 19.
Ściśle przestrzegana jest też kolejność składania wizyt w obcym porcie. Dowódca składa ją najpierw najwyższym władzom cywilnym, potem morskim, a na końcu najwyższym władzom wojskowym. Podobnie jest z rewizytami, które powinny nastąpić po 24 godzinach postoju statku w porcie.

 

Za żony i kochanki, by nigdy się nie spotkały

A wizyty i rewizyty wiążą się z toastami. To też tradycja. Współczesne toasty, oprócz tego, że zawierają alkohol, w niczym nie przypominają tych w czasów admirała Nelsona. Wówczas obowiązywała zasada, że w poniedziałki raczono się trunkami za kraj rodzinny, we wtorki - za matki, w środy – za nas samych, w czwartki - za króla, w piątki - za stary port, w soboty - za żony i kochanki, by nigdy się nie spotkały, a w niedzielę - za nieobecnych przyjaciół i tych co na morzu. Trunki spożywano codziennie do lat 70. ubiegłego wieku, kiedy to królowa brytyjska, przerażona ilością wypijanego przez marynarzy alkoholu, zakazała jego spożywania na statkach. Dziś pozostała nam tylko zasada ustanowiona przez XVIII-wiecznego króla angielskiego Williama IV, że na statku toast można wznosić na siedząco. Król bowiem wstał niegdyś z kieliszkiem dość gwałtownie i uderzył się głową w sufitową belkę. Ci, którzy go poparli, dorzucili jeszcze, iż statek nawet w porcie potrafi być mało stabilny, zwłaszcza gdy toastów trzeba wznieść więcej.

Statek czy okręt już przez samą obecność na morzach pełni rolę ambasadora morskiego. - To też bierze się z tradycji. Niegdyś tylko państwa czy miasta rozwinięte mogły tak okazale się reprezentować, czyli pozwolić sobie na budowę i utrzymanie własnych statków. Przykładem jest XV-wieczny Gdańsk, który już wtedy bardzo chciał się promować. Sam więc budował i wysyłał w świat statki. A były to potężne koszty. Budowa 200-tonowego statku kosztowała 200 kilogramów srebra, a jego utrzymanie 30 kilogramów srebra rocznie.

Dodano: 21.11.2010 09:15
Ostatnia aktualizacja: 20.09.2019
Miejsce: Polska » Pomorze Środkowe i Kaszuby » Gdynia

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Kursy walut

EUR
4.34
USD
3.93
CHF
3.96
GBP
4.92
Średnie kursy, 23-09-2019
Żródło: NBP

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.