Strefa Rezerwacji

Kalendarz wydarzeń

Listopad 2017
pn wt śr cz pt sb nd
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10

linki

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

REKLAMA

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
TOP OKAZJE - najlepsze oferty biletów lotniczych, wycieczek i wyjazdów narciarskich. Sprawdź górne menu - druga zakładka od lewej.

Blog użytkownika gekon2010

Tyrol 2010 i inne atrakcje


31 sierpnia 2010 roku i 1 września 2010 roku

 

Czas jest jednak nieubłagany. Dopiero kończyłem poprzedniego bloga z Austrii, a tutaj nie wiadomo skąd rok minął i … zaczynam kolejnego. Ponieważ „Fajna ta Austria”, w tym roku również wybraliśmy ten kierunek. Zmieniamy jednak land. W tym roku – Tyrol. Będą również niespodzianki. Jeżeli będziecie czytać uważnie na pewno je znajdziecie.

 

Nasza podróż zaczyna się na lotnisku im. Lecha Wałęsy w Gdańsku. Mamy trochę symboliki. Trzydzieści lat temu chyba nikt z nas nie pomyślałby, że będzie wyjeżdżał z Polski do innego kraju z dowodem osobistym w kieszeni, tylko po to by odpocząć, po wybraniu oferty odpowiadającej zasobności naszego portfela. Polska się zmieniła i my się zmieniliśmy (moja Ukochana mówi, że ja to nawet bardzo – ma na myśli to co widać, że tak powiem na zewnątrz). Na lotnisku prace przy pasie startowym. EURO 2012 zbliża się wielkimi krokami, a Gdańsk należy do wybrańców, gdzie przyjadą kibice oglądać mecze swoich drużyn. Przechodzimy boso (dosłownie) przez bramki kontrolne. Czekanie na samolot umila nam wiadomość, że trochę to dłużej potrwa. Na szczęście mamy jako taki zapas czasowy i spokojnie czekamy. Rozmawiamy z Panią lecącą z synkiem do domu do … Francji. Kilkanaście lat temu wyemigrowała z Polski. Jej synek – Antoni – wspaniale mówi po polsku, pomimo tego, że urodził się i jest wychowywany za granicą. Ani grama obcego akcentu, jak na trzylatka bardzo bogate słownictwo. Powód dla którego chłopiec uczy się polskiego jest prosty. Jego dziadkowie nie mówią po francusku, a nie są w wieku, w którym nauka tak łatwo przychodzi do głowy. Parę naszych „gwiazdek” powinno się nad sobą zastanowić i to w miarę szybko. Ledwie wyjeżdżają z kraju, a już zaczynają się wywiady udzielane z obcym akcentem, albo z uwagami typu „jak to się mówi po polsku?”Moda jakaś nastała na kaleczenie języka polskiego czy co? Tylko dla mnie gwiazdami są ten trzyletni chłopiec i jego mama. A silenie się na obcokrajowość fatalnie wygląda i równie fatalnie jest odbierane.

 

Wreszcie jest samolot. Trafiamy na fajne miejsca. Możemy „wyciągnąć” nogi. Z Gdańska wylatujemy z 40 minutowym opóźnieniem. Podróż do Frankfurtu nad Menem bez żadnych przygód. Musimy przemieścić się w inną część lotniska. Idziemy jak po sznurku. Jest kapitalnie oznakowane. Nie bójcie się więc, że to moloch (takie jest rzeczywiście). Mając tu przesiadkę na pewno nie zabłądzicie. Szybko odprawiamy się na samolot do Innsbrucku (strefa Schengen w praktyce – czyli zdecydowana większość plusów, a propos jak ktoś zna jakieś minusy niech  o tym napisze na portalu, tu gdzie zamieszczany jest ten blog) wsiadamy do samolotu i tym razem zgodnie z rozkładem lotów ruszamy do Tyrolu.    

 

Podczas lotu stwierdzam, że coraz gorzej z jedzeniem w samolotach. Wiadomo, że człowiek nie lata po to, by obżerać się, to jednak na przykład w takiej Lufthansie do wyboru była kanapka
z kurczakiem, serem, czy szynką. A teraz? Drżyjcie wegetarianie. Dostaniecie kanapkę z szynką i miły uśmiech stewardesy. Austrian Arrows nie lepsze, chociaż zdecydowanie słodsze. Do wyboru precelki albo batonik. Idealnym uzupełnieniem do niego jest zimne piwo…

 

W Innsbrucku jesteśmy około 22.30. Czekamy na bagaże. Lotnisko daje sporo przestrzeni. Nie trzeba stać drugiemu człowiekowi na głowie. Odbieramy bagaż. Kiedy chcemy wziąć wózek, okazuje się, że nie ma łatwo. Tak jak w dużych marketach trzeba wysupłać euro lub dwa by móc przez krótką chwilę cieszyć się, że nie trzeba targać samemu bagaży. Tak więc pamiętajcie. Lecąc do Innsbrucku trzeba mieć w kieszeni monety o nominałach 1 lub 2 euro. Nie będziecie niemile zaskoczeni. Zdążyliśmy zauważyć, że o godzinie 22.59 jest ostatni autobus do centrum miasta (linia F). My, z uwagi na całkiem spory bagaż wsiadamy do taksówki i za 13 euro dojeżdżamy do hotelu (położony również w centrum, jadąc autobusem można zaoszczędzić około 10 euro).

 

Odbieramy klucze, instalujemy się w pokoju. Przed spaniem przeglądam książkę informacyjną hotelu. Poznaję telefoniczne numery kierunkowe między innymi do Australii, Brazylii, Japonii oraz kilku krajów europejskich. 0048 tam nie było. Trochę rozmawiamy i wreszcie gasimy światło.  Jutro trochę zwariowany dzień.

 

1 września. Budzi mnie dźwięk kościelnych dzwonów. Wspomnienia o tych co przed 71 latami zaczęli bronić Ojczyzny, ile musieli poświęcić i jak zwykle w takich przypadkach refleksja, czy mnie byłoby stać na to samo. Nie wiem. Na szczęście urodziłem się, wychowałem i żyję w czasach, w których Środkowej Europie zaoszczędzono koszmarów wojny. Jemy obfite śniadanie, kupujemy karnety turystyczne (48 godzinne – każda po 34 euro) i do miasta.

 

Na początku musimy jednak znaleźć karty do naszych modemów, żeby spokojnie korzystać
z Internetu. W jednej z firm kupujemy po 19,90 euro kary, które pozwalają na pobranie 1,5 GB informacji. Sprzedawca jest bardzo miły, mówi, że jak nie damy rady z konfiguracją, mamy przyjść do niego do sklepu – wszystko nam poustawia.

 

To co trzeba załatwiliśmy. Ruszamy na zwiedzanie. W pierwszej kolejności wchodzimy do Informacji Turystycznej przy Burggraben 3 i … spore rozczarowanie. Mało darmowych materiałów, jeżeli są to brakuje ich w języku angielskim i co najdziwniejsze podobną mapę miasta, którą z hotelu zabraliśmy za darmo tutaj dostaniecie, ale po wysupłaniu 1 euro. Nie chodzi o kwotę, ale o zasadę. Co jak co, ale w Informacji Turystycznej, każdej, nie tylko w Innsbrucku, plan odwiedzanej miejscowości powinien być zupełnie gratis. Przecież turyści i tak zastawią tutaj swoje pieniądze.     

 

Pierwsze kroki kierujemy pod Goldenes Dachl – symbol miasta, pod którym zwiedzanie zaczyna każda wycieczka. Podarowany Innsbruckowi przez Maksymiliana I z okazji jego ślubu z Bianką Marią Sforza. Do dzisiaj robi wrażenie. Pod Dachem orkiestra gra marsze. Robi się bardzo, bardzo sielankowo…

 

Innsbruck (powiększenie)

Innsbruck, Goldenes Dachl i ... marsze, fot. autor

 

Potem trochę włóczymy się po Starówce, która zaliczana jest do jednych z najpiękniejszych  w Austrii. Wychodzimy nad rzekę Inn. Potem kierujemy się do Centrum Kongresowego. Tam wsiadamy w Nordketten Bahnen i przez Hungerburg – 860 m n.p.m. (tutaj przesiadka), Seegrube – 1905 m n.p.m. (kolejna przesiadka) wjeżdżamy na Hafelekar – 2256 m n.p.m.

 

Innsbruck (powiększenie)

Wejście do stacji kolejki Nordketten Bahnen, fot. autor

 

W połowie drogi do Seegrube zaczyna się śnieg. Leży go około 30 – 40 cm. Taksówkarz, który wczoraj odwoził nas do hotelu, wspominał coś, że spadł śnieg, ale co innego taką wiadomość usłyszeć, a co innego zobaczyć to na własne oczy. Widoki – wspaniałe.

 

Alpy (powiększenie)

Alpy 1 września 2010 roku, fot. autor

 

W dole widać miasto, z górującą nad nim skocznią narciarską Bergisel. Kolejka do Hungerburg zaprojektowana została przez Zahę Hadid, znaną architektkę, laureatkę między innymi Nagrody Pritzkera, którą zdobyła jako pierwsza kobieta.  Po drodze możemy wysiąść na stacji Alpenzoo i odwiedzić najwyżej położony w Europie ogród zoologiczny. Wjazd na samą górę kosztuje 26 euro od osoby. Ci, którzy wykupili miejscową kartę turystyczną (czyli również my) za wjazd nie płacą. Ponadto, przed Centrum Kongresowym spotkacie fiakrów. Półgodzinny przejazd opróżni waszą kieszeń o 25 euro. Śmiejemy się z koni. Każdy z nich ma na sobie płachtę z reklamą tkaniny bardzo przydatnej przy górskich wędrówkach. A tak na poważnie, to zwierzęta stoją w cieniu. Widać, że fiakrzy o nie dbają.   

 

Musimy przejechać na skocznię Bergisel. Do tramwaju mamy trochę za daleko (z centrum dojedziecie do skoczni tramwajem numer 1, potem trzeba kawałek iść pod górę), postanawiamy więc skorzystać z The Sightseer – specjalnej linii autobusowej mającej na swojej trasie najważniejsze miejsca, które koniecznie trzeba w Innsbrucku zobaczyć. Nie płacimy za przejazd (mamy kart turystyczne). Dla informacji podam tylko, że pojedynczy przejazd kosztuje osobę dorosłą 3 euro (dziecko 2,20 euro), zaś bilet dzienny, na podstawie którego można jeździć także komunikacją miejską – 6 euro (dziecko – 4,40 euro).

 

Jesteśmy na Bergisel. W 2002 roku oddano tutaj do użytku skocznię narciarską zaprojektowaną przez … Zahę Hadid. Zastąpiła ona obiekt, którym ostatnim rekordzistą był nasz Adam Małysz. Wchodzimy na teren skoczni. Bilet kosztuje 8,50 euro od osoby. My, ponieważ mamy kartę turystyczną – nie płacimy. Skocznia robi wrażenie.  Kolejką wjeżdżamy pod wieżę, a potem windą na taras widokowy. Stojąc na jej szczycie widać jak  dużą odwagą wykazują się skoczkowie narciarscy. Nie wszyscy wiedzą, że sportowcy biorący udział w zawodach mają przed oczami niecodzienny widok. Otóż widzą podczas skoku nic innego jak … cmentarz. Zaiste, nie ma nic lepszego dla człowieka uprawiającego było nie było bardzo niebezpieczną dyscyplinę sportu. W  restauracji na górze wieży, z której jak  na dłoni widać Innsbruck, zamawiamy piwo pszeniczne i apfelstrudla (ciasto jabłkowe – broń Boże nie jabłecznik) z bitą śmietaną i sosem waniliowym. Za te przyjemności płacimy 8,60 euro. Kiedy w drodze powrotnej wysiadamy z kolejki  spotykamy udających się na skoki treningowe Gregora Schlierenzauera i Andreasa Koflera. Na początku małe zaskoczenia, potem natychmiast prośby o autograf. Czekamy na skoki. Obydwa w granicach 110 metrów. Nie za daleko, biorąc pod uwagę, że punkt konstrukcyjny skoczni wynosi 120 metrów. Ale sezon zaczyna się za dwa miesiące. Będzie czas na zrobienie formy. Pierwszy dzień pobytu i spotkanie z ludźmi, których do tej pory widziałem tylko na szklanym ekranie. Pod skocznią dwa pomniki. Jeden cesarza Franciszka Józefa, drogi – Andreasa Hofera – bohatera walk z Francuzami i Bawarami w 1809. Straconego w 1810 roku. 

 

Innsbruck (powiększenie)

Gregor Schlirenzauer z miłośniczką swojego talentu, fot. autor

 

Innsbruck (powiększenie)

a to Andreas Kofler, fot. autor

 

 

Dzięki The Sightseer dojeżdżamy do Zamku Ambras. Położony poza granicami administracyjnymi Innsbrucka zbudowany został przez Ferdynanda II w XVI wieku. Mamy mało czasów. Udaje nam się zobaczyć Galerię Cudów i zbrojownię. Bilet wstępu dla osoby dorosłej kosztuje 10 euro. My nie płacimy – mamy 48 godzinną kartę turystyczną. Zbliża się godzina zamknięcia. Z żalem i niedosytem stąd wyjeżdżamy, obiecujemy sobie jednak, że wrócimy. Do obejrzenia jest jeszcze kolekcja malarstwa. Wśród autorów między innymi Van Dyck, Cranach czy Tycjan. Do miasta jedziemy niezawodnym The Sightseer. Wysiadamy przy Dworcu Głównym (Hauptbahnhof) i kupujemy bilety na jutro do Längefeld w dolinie Oetz. Za bilety dla dwóch osób płacimy 24,40 euro. Mamy w Oetz przesiadkę na autobus, ale bilety są ważne tak na pociąg jak i na autobus. Taka rzecz dla wygody człowieka. Więcej pisałem o tym w ubiegłorocznym blogu z Karyntii. Wracamy do hotelu.

 

Innsbruck (powiększenie)

Zamek Ambras, fot. autor

 

 

gekon2010

 

Przejdź do części 2 

Dodano: 01.09.2010 22:58
Ostatnia aktualizacja: 22.11.2017
Miejsce: Austria » Tyrol » Innsbruck

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com

Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.21
USD
3.54
CHF
3.61
GBP
4.72
Średnie kursy, 25-11-2017
Żródło: NBP

HOTELE

Booking.com

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.