Strefa Rezerwacji

Kalendarz wydarzeń

Listopad 2017
pn wt śr cz pt sb nd
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10

linki

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

REKLAMA

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
TOP OKAZJE - najlepsze oferty biletów lotniczych, wycieczek i wyjazdów narciarskich. Sprawdź górne menu - druga zakładka od lewej.

Blog użytkownika gekon2010

Karyntia 2009

4 września 2009 r. Smile

Zaczął się rok szkolny, a my wreszcie możemy powiedzieć, że się doczekaliśmy i na urlop!!! Starujemy z Gdańska Rębiechowa o 16.50, wcześniej przyjechało po nas dziecko (dorosłe -23 lata prawie!) i zawiozło na lotnisko. Poszliśmy coś zjeść (żurek, pierogi z mięsem i kapustą, plus dwa piwa – 61 zł, restauracja na pierwszym piętrze). Przy okazji oglądamy makietę, na której widać Port Lotniczy im. Lecha Wałęsy za trzy lata podczas EURO 2012. Jakoś mi się nie chce w to wierzyć, ale zobaczymy, obym się mylił. Przechodzimy przez bramki bezpieczeństwa. Niedługo chyba będzie trzeba rozebrać się do naga. Człowiek przechodzi boso, bez żadnego ukrytego metalu, a i tak jeszcze go dokładnie obszukują. Swoją drogą to ciekawy jestem, dlaczego, pomimo prześwietlenia każą otwierać laptopy i pokazywać ich spody. Może ktoś z Was ma wiedzę w tym temacie jak mawiał klasyk, czyli wspomniany prezydent Wałęsa.

Beata pokręciła się po sklepach, wyjątkowo nic nie kupiliśmy. Boże, gdzie te czasy, kiedy człowiek myślał, że jak gdzieś leci to kupi coś taniej? Owszem jest to możliwe, ale tylko w jednym przypadku – jak lecisz poza Unię Europejską. W innym, bardzo często trzeba zapłacić drożej, na przykład ceny alkoholi na lotnisku Luton (Anglia, dla niektórych linii lotniczych jest to Londyn, dla innych Londyn – Luton) są wyższe niż w polskich marketach.

Rozpisałem się, a tutaj wołają do samolotu. Wsiadamy w LUFTHANSA REGIONAL, Beata mówi mi, żebym zdjął kapelusz, bo jeszcze nie polecę. Duch Jana Rokity nadal kręci się nad Lufthansą – tak jest od jesieni 2008 roku. Pmiętacie tę sprawę? Startujemy z 10 minutowym opóźnieniem. Lot jak lot, nic szczególnego, do jedzenia kanapka, do picia wzięliśmy sobie czerwone i białe wino.

W Monachium byliśmy o 18.35. Przewieziono nas autobusem spod samolotu do terminalu i od razu zgodnie stwierdzamy, że lotniczo jest super oznakowane. Nie ma możliwości zgubienia się. Dochodzimy do naszej bramki. Tutaj jeszcze moment czekamy i znowu z powrotem, ponownie autobusem, w prawie to samo miejsce, w którym wysiadaliśmy. Zaczyna padać deszcz. Pod samolotem stoimy kilka minut (nie wypuszczają) i zabawiamy się rozmową czy nasze rzeczy zdążą za nami, czy też nie. Okazało się, że niemiecka solidność jest po prostu niemiecką solidnością i pomimo pewnego niepokoju (raz nasze bagaże wypakowali z transportera, potem zapakowali je z powrotem) z ulgą stwierdzamy, że jednak dolecą.

Pierwszy raz w życiu lecimy AIR DOLOMITI. Samolocik malutki, ze śmigiełkami. Startuje punktualnie (19.30), w oddali widzę stadion BAY ARENA. Ach, żeby człowiek jeszcze parę meczów w życiu zobaczył na takich stadionach... Po starcie jeszcze jest spokojnie, ale z każdą minutą zaczyna się robić coraz mniej wesoło. Raz do góry, raz do dołu, turbulencje jak nie wiem, nawet nie mogę spokojnie wypić Martela. W drodze do Klagenfurtu przez jakiś czas lecieliśmy w burzy. Fajnie to nawet wygląda, ale to zjawisko meteorologiczne zdecydowanie wolę oglądać z matki Ziemi. Lądujemy szczęśliwie. Ufff !

Tak, a propos lotów, to zauważyliśmy, że tutaj po wylądowaniu nikt z pasażerów nie klaszcze. Beata mówi mi, że czytała jakiś felieton, w którym autor (nie pamiętała kto, ale podobno jakiś bardzo popularny dziennikarz) stwierdził, że klaskanie, to już tylko uprawia nasza nacja, a tak w ogóle to jest teraz jakieś straszne „kasztaństwo”. Ciekaw jestem dlaczego, mnie osobiście ten zwyczaj nie przeszkadzał.

Jesteśmy w stolicy Karyntii – Klagenfurcie (Klagenfurt am Wörthersee). Pada deszcz, więc nie zastanawiamy się czy kursują jeszcze autobusy, tylko wsiadamy do taksówki i jedziemy do hotelu w centrum miasta. Płacimy 13 euro. Meldujemy się i idziemy „w miasto”, przede wszystkim po to, by odreagować lot. Po wyjściu od razu widzimy, że Neuer Platz i okolice są pięknie oświetlone. Przed jedną z knajpek spotykamy Hunde-Tankstelle (karmnik z poidłem dla zwierząt – zdjęcie wyjaśni więcej). Rachunek za nocne zwiedzanie – 37 euro (cztery piwa pszeniczne i tyle samo whisky z colą). Wrażenia – bezcenne, wspaniale czuć pod nogami coś pewnego. Staramy się jak najszybciej zawinąć do hotelu, deszcz zamienia się w ulewę. Około północy idziemy spać. Za bardzo nam to nie wychodzi, bo nad miastem uparła się jakaś burza (może to ta, która nam odpuściła podczas lotu) i przez dobrych parę godzin królowała na niebie. Wczesnym rankiem robi się ciszej, można trochę przysnąć.

Klagenfurt (powiększenie)

Klagenfurt. Psia "stacja benzynowa"

 

 

5 września 2009 r.

Następny dzień podróżowania. Po śniadaniu idziemy na dworzec kolejowy zobaczyć jak najlepiej dojechać do Bad Kleinkirchheim. Tutaj nasze pierwsze austriackie rozczarowanie. Biuro obsługi klienta POSTBUS niestety w soboty i niedzielę nieczynne. Jeżeli chcecie coś się o tym dowiedzieć, zapraszają od poniedziałku do piątku od 07.00 do 17.00. Znajdujemy jakiś pisemny rozkład jazdy (miejsca odjazdów autobusów naprzeciw dworca kolejowego), po przeczytaniu którego wiemy, że bezpośrednio nie dojedziemy. Idziemy do kasy biletowej i kupujemy bilety (uwaga jeden bilet na pociąg i autobus, prowadzone przez różne firmy, nikt nie zawraca głowy o jakichś niepodpisanych umowach, słowem przyjemność i radość z podróżowania zapewnione). Za dwa bilety z Klagenfurtu do Bad Kleinkirchheim płacimy po 16,30 euro, razem 32,60 euro.

Klagenfurt (powiększenie)

Takie pyszności można kupić na sobotnim targu w Klagenfurcie

 

Bilety kupione, możemy trochę pochodzić po mieście. Klagenfurt jest uroczy. Na nowo odkrywamy Neuer Platz, zapuszczamy się w wąskie miejskie zaułki, zwiedzamy sobotni targ (Benediktinerplatz). Taka trochę włoska atmosfera, która bardzo nam odpowiada. Na Neuer Platz, przed ratuszem fontanna z potworem Lindwurm (pierwotnie dwunogi smok) i Herkulesem, ukończona w 1636 r. We wschodniej części placu pomnik cesarzowej Marii Teresy. Pierwszy zbudowany w Austrii w roku 1764. Początkowo posąg wykonany był z twardego ołowiu. W roku 1873 postać tej nietuzinkowej cesarzowej zastąpiono rzeźbą z brązu. Do roku 1972 ustawiony był w zachodniej części placu. Powodem przenosin na drugą stronę była … budowa podziemnego parkingu.

Przy Neuer Platz - prawie vis a vis informacji turystycznej - punkt, w którym można wypożyczyć rower, potem go oddać i iść do domu. Poznajemy jeszcze legendę o pomocniku piekarza. Według niej, został on stracony za rzekomą kradzież. Kiedy wyszła na jaw jego niewinność, mieszczanie umieścili jego podobiznę na pamiątkę i jako przestrogę (Alter Platz), nazywając to miejsce … Klagenfurtem (miejscem skarg i żali).

Klagenfurt (powiększenie)

A to miejscowa wypożyczalnia rowerów 

 

Wrócimy tutaj 29 września, będziemy mieli trochę więcej czasu na poznanie tego urzekającego miejsca. Czas goni, bierzemy bagaże z hotelu i idziemy na dworzec kolejowy.

Klagenfurt (powiększenie)

Klagenfurt. Dworzec kolejowy

 

O 12.46 wyruszamy austriackimi kolejami do Spittal – Millstäter See. Dla jadących po Austrii pociągami dobra rada. Patrzcie czy przed wejściem do przedziałów albo nad miejscami siedzącymi nie ma takich białych zadrukowanych karteczek wielkości wizytówek. Jeżeli są, lepiej tam nie siadać, prawie na pewno są to miejsca zarezerwowane. Po drodze mijamy Villach, a tam widzimy … autokuszety z samochodami i motocyklami. Nie wiem jak to jest, że w Austrii się to opłaca, a w Polsce nie. Nikt mi tego jakoś jeszcze racjonalnie nie wytłumaczył. Nasze koleje powinny zarabiać na tym ładne pieniądze, ale widocznie lepiej mówić, że się nie ma kasy i nic nie robić, niż samemu pomyśleć jakby tutaj pomóc pasażerom, a przy okazji jeszcze nieźle zarobić.

Ze Spittal – Millstäter See o 13.45 mamy POSTBUS do Bad Kleinkirchheim. Tam jesteśmy za dwadzieścia trzecia. Dosyć szybko znajdujemy pensjonat, kwaterujemy się i powoli zaczynamy być na urlopie!

Teraz czas na pierwsze zakupy (91 euro). Przykładowe ceny w supermarkecie BILLA w Bad Kleinkirchheim: cebula (824 gramy – 0,99 euro, pomidory (kilogram – 2,29 euro), czosnek (trzy sztuki – 1,19 euro), chleb (1 kilogram – 3,40 euro), cytryny (kilogram – 1,99 euro), ser żołty (od 1,99 euro do 3,99 euro), kiełbaski debreczynki (4 sztuki – 2,29 euro), jaja (15 sztuk – 2,99 euro), sałata (1 sztuka – 0,99 euro), miód leśny (1 kilogram – 8,49 euro), sól morska jodowana (1 kilogram – 0.79 euro), herbata czarna „sypana” (100 gram – 3,19 euro), sardynki (puszka 120 gram – 0,55 euro), woda mineralna (zgrzewka 6 butelek niegazowanej wody Vöslauer – 2,58 euro), pasta pomidorowa (500 gram – 0,45 euro), fasola czerwona (puszka – 500 gram – 0,39 euro), szynka (524 gramy – 7,81 euro), ser feta (200 gram – 1,89 euro), ser mascarpone (500 gram – 2,99 euro), margaryna RAMA (500 gram – 1,69 euro), piwo Edelweiβ (sześć butelek, każda po 0,5 l – 6,30 euro), Coca Cola (butelka 1,5 l – 1,49 euro), Coca Cola zero (butelka 1,5 l – 1,49 euro), podpaski Clever (14 sztuk – 1,39 euro).

Wieczorem idziemy na kolację, rachunek 28 euro za sznycel po wiedeńsku z frytkami, pstrąga z tostem i bardzo smaczną chrzanową pastą, piwo pszeniczne (0,5 l) i 250 ml białego wina. Mamy zamiar utrzymać się na własnej kuchni. To jedzenie w restauracji to już taki zwyczaj na początku każdego wspólnego wyjazdu. Według mnie nawet średnio zarabiający Polak miałby tutaj problem, gdyby musiał na przykład z żoną i dwójką dzieci codziennie stołować się w knajpach. Robi się późny wieczór, „już czas, już czas myć zęby i iść spać”.

 

 

6 września 2009 r.

Rano śniadanie mistrzów i kolejką górską (Kaiserburgbahn) w okolice szczytu Kaiserburg. Przy zameldowaniu w pensjonacie otrzymaliśmy czipowe miejscowe karty turystyczne (Kärnten Card), wjazd mamy więc za darmo. W kasie kolejki przy użyciu terminala sprawdzają czy karty są ważne, wydają Wam dwa bilety (każdy 0,00 euro), które lepiej zachować do zjazdu na dół ponieważ obsługa może ich zażądać i już można pakować się do gondoli. Na górę wjeżdżamy około 25 minut, po drodze jest średnia stacja (Mittelstation). Dzisiaj jest nieczynna. Wygląda na to, że tylko zimą można na niej wysiąść, we wrześniu trzeba dojechać do górnej stacji. Można natomiast do niej wsiąść i zjechać na dół.

Dorośli za przyjemność przejechania się w obie strony zapłacą 16,50 euro, dzieci od 6 do 14 lat – 8 euro, a dzieci do 6 lat mają wjazd za darmo. Kolejka otwarta jest od 9 do 12 i od 13.15 do 16.30. Po wjechaniu na górę podchodzimy parę metrów na szczyt Kaiserburg (2055 m n.p.m.). Potem schodzimy pod Kaiserburg – See (2020 m n.p.m., jeziorko górskie utworzone przez wody pośniegowe, długość 180 m, szerokość 80 m, głębokość 15 m). Po drodze mijamy kosze wiklinowe (takie jak nad morzem) i… skórzane wygodne czerwone kanapy (ogólnodostępne, bezpłatne). Ludzie! Czy ktoś kiedyś widział skórzane – i do tego czerwone kanapy – na wysokości ponad 2000 metrów!? Tam strudzony wędrowiec może złożyć na chwilę swoje ciało. Przecież na 2000 metrów nie powinno być skórzanych i do tego czerwonych kanap. A są…! Ciekawe skąd się tu wzięły? Może ktoś z Was tę tajemnicę wyjaśni? Beata próbowała, ale ... nic z tego

 

czerwona kanapa (powiększenie)

A oto słynne czerwone, skórzane kanapy!!!

 

Znad jeziorka wspinamy się na kolejny szczyt (Wöllaner Nock – 2145 m n.p.m.), a stamtąd do schroniska (Walderhütte – 1960 m n.p.m.). W schronisku wypijamy piwo pszeniczne i herbatę (rachunek – 5,50 euro), wracamy do kolejki i zjeżdżamy do Bad Kleinkirchheim. Podczas zjazdu rozmawiamy o różnicach między Karyntią, a Tyrolem i uzmysławiamy sobie, że tutaj krowy nie mają dzwonków na szyjach, co jest jednym ze znaków rozpoznawczych Tyrolu. Po obiedzie (Beatka zrobiła kapitalny makaron z sosem mascarpone) robimy sobie spacer do term Świętej Katarzyny. Prawie naprzeciw, po drugiej stronie ulicy znajdujemy informację turystyczną (czynna od poniedziałku do soboty w godzinach 08.30 – 19.00, w niedzielę i święta od 9.00 do 17.00). W drodze powrotnej robimy drobne zakupy. Spotykamy zrobione ze słomy postaci krowy i cielaczka zapowiadających, że już 12 września czeka nas Almabtrieb!!! Ale o tym to już właśnie 12 września.

Wöllaner Nock (powiększenie)

Widok z Wöllaner Nock 

 

7 września 2009 r.

Po śniadaniu wyruszamy na Talrundweg. Chcemy obejść całą dolinę, w której położone jest Bad Kleinkirchheim. Według wydawnictwa „Rother Wanderführer”, ma być cicho, miło i spokojnie, półtorej godziny, zrobimy pętelkę i będziemy z powrotem w domu. Wyruszamy z Kaiserburgbahn i idziemy na wschód. Myśleliśmy, że po wczorajszych koszach wiklinowych i czerwonych, skórzanych kanapach na wysokości przekraczającej 2000 m n.p.m. nic nas nie zdziwi, tymczasem już na początku drogi nad jakimś potoczkiem spotykamy zawieszone na drzewach drewniane hamaki (ogólnodostępne, bezpłatne i … cudowne). Ale cudownie złożyć kości po kilku minutach wędrówki na takim wynalazku… A może ktoś wie kto i kiedy wymyślił hamak?

Nie trzeba nam dwa razy powtarzać takiego zaproszenia, moment i wylegujemy się patrząc na fantastyczne widoki i słuchając szemrzącej wody. Wreszcie wstajemy i idziemy dalej. Po drodze mijamy pole golfowe. W Rottenstein zawracamy i powoli wspinamy się. Spotykamy pozostałości po drewnianym młynie (Stampflmühle), o tyle ciekawe, że zachował się tam cały układ budowlany łącznie z rynną doprowadzającą wodę z pobliskiego potoku. Idziemy dalej, pogoda super, niebo niebieskie, krowy leżą (niestety bez dzwonków) na halach, życie staje się piękniejsze. Mijamy grupy turystów i - jak to na szlaku - pozdrawiamy się.

Na szlakach w Austrii najczęściej słychać pozdrowienie Grüβ Gott (coś w rodzaju polskiego Szczęść Boże). Fajna ta Austria … oj fajna. Przy pensjonacie postanawiamy, że drugą część rundy wokół uzdrowiska przejdziemy jutro i wracamy do tymczasowego domu. Po obiedzie idziemy do Römerbad Therme. Jest po 17.00, dlatego płacimy „tylko” 20 euro za dwie osoby i po półtorej godzinie wychodzimy rozczarowani (trzy baseny na krzyż, mało jaccuzi).

 

 

8 września 2009 r.

Dzisiaj druga runda Talrundweg. Wstaliśmy trochę później niż zwykle, dlatego wychodzimy na szlak około 11.00. Ale nic to. Nie przyjechaliśmy tutaj bić rekordów, tylko podziwiać jeden z regionów kraju, który już w ubiegłym roku bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Wchodzimy na Sonneweg, na samym początku drogi mijamy Kościół katolicki. Na jego wieży trwają prace remontowe, nie wchodzimy do środka, będzie na to czas później.

Docieramy do drewnianego młyna (Alte Hubermühle). Tutaj także zachowany został cały układ budowli. Można więc zobaczyć którędy doprowadzano wodę i wyobrazić sobie jak odbywała się produkcja mąki. Dalej odwiedzamy drewniany Kościół ewangelicki (St. Ulrich Kirche). Przed nim mały cmentarz. Jednak te drewniane kościółki mają niezaprzeczalny urok i czar. Takie same uczucia miałem, kiedy odwiedzałem drewniane świątynie na Podhalu. Idziemy cienistą alejką. Nagle słyszymy znajomy, jeszcze z Tyrolu, dźwięk. Patrzymy na siebie z niedowierzaniem i za zakrętem drogi ukazuje się nam położona przed katolickim Kościołem (Kathreinkirche) łąka, a na niej trzy krowy z … dzwonkami u szyi.

Po chwili czeka nas kolejna niespodzianka, czyli odpoczynek na hamakach. Nie możemy nachwalić się autora tej idei (dla nas nieznajomy). Toż to bardzo dobry, co ja plotę, świetny pomysł. Leżysz sobie na hamaku, masz świat u stóp i podziwiasz przyrodę. Cóż więcej trzeba na urlopie? Podczas drogi przypominam sobie co wiem o Bad Kleinkirchheim. Pierwszy termalny basen otwarto tutaj w roku 1934. Tutaj swoją karierę zaczynał jeden z najsłynniejszych narciarzy alpejskich w historii tego sportu – Franz Klammer. Rozmyślania przerywa mi kolejny drewniany młyn – Tröttnig Mühle. Tak jak w poprzednich, z zachowanym całym układem produkcyjnym. Mijamy drewniane budynki gospodarcze i domki jak z bajki, czekasz tylko czy nie wyjdą z nich krasnoludki albo Jaś i Małgosia. Przechodzimy na drugą stronę doliny. Widzimy nieczynne, odpoczywające przed zimą stacje wyciągów (Sonnwiesen Bahn I oraz Maibrunnbahn). Łąkami i leśnymi dróżkami dochodzimy do Kaiserburgbahn, skąd już tylko 5 minut drogi do tymczasowego domku.

Bad Kleinkirchheim (powiększenie)

Takie hamaki witają turystów na Talrundweg

 

9 września 2009 r.

Wstajemy wcześniej, bo o 9.28 mamy autobus do St. Oswald (dla zameldowanych w Bad Kleinkirchheim za darmo, kierowcy trzeba pokazać kartę gościa, którą otrzymuje się przy zameldowaniu), a chcemy jeszcze spokojnie zjeść śniadanie.

Przed Nationalparkbahn Brunnach jesteśmy parę minut przed dziesiątą. Do kolejki górskiej ustawiona jest już porządna kilkudziesięcioosobowa grupa starszych osób. Domyślamy się, że to emeryci niemieccy i austriaccy i tak po ludzku zazdrościmy im, że są w tak doskonałej kondycji i stać ich na wcale nie tak tanie wyjazdy w Alpy. Ceny biletów za przejazd kolejką takie same jak w Kaiserburgbahn (dorośli 16,50 euro, dzieci – 8 euro).

Ponieważ mamy Kärnten Card wjeżdżamy nie płacąc za bilety. Wysiadamy z kolejki i idziemy w kierunku dzisiejszego głównego celu – góry Mallnock. Przy drodze leżą krowy i leniwie patrzą na grupy dwunożnych idących pod górę. Nie wiem co sobie te poczciwe zwierzaki myślą, ale sądzę, że podchodzą do nas ze stoickim spokojem. Powoli pniemy się do góry grzbietem Brunnachhöhe (1970 m n.p.m.) i skręcamy w prawo na Mallnock. Podejście jest miejscami dosyć ostre, ale spokojnie wchodzimy na szczyt (2226 m n.p.m.). Tam zostajemy przez dobrą chwilę, podziwiamy widoki, rozmawiamy jaki człowiek robi się mały przy potędze gór. Kończymy z filozofią, bo czas w dalszą drogę. Schodzimy do Brunnachhöhe i kierujemy się do Rote Burg (skały w czerwonym kolorze, stąd nazwa). Robimy się głodni więc zamiast wracać, postanawiamy zejść do schroniska. Najbliższym jest St. Oswalder Bockhütte (1900 m n.p.m.). Zejście zajmuje nam 20 do 30 minut. Tam zamawiamy jedzonko. Za jabłecznik z bitą śmietaną – Apfelstrudel mit Schlagsahne (podaję nazwę oryginalną, ponieważ deser ten jest typowy dla Austrii i chyba tutaj najlepszy), herbatę, piwo i dwa ruskie pierogi (nazywane tutaj nie wiedzieć czemu karynckimi pierogami z serem – Kärntner Käsnudeln) płacimy 16,50 euro. Beata narzeka, że ciasto było zimne, ale chwali, że herbata gorąca.

St. Oswalder Bockhütte (powiększenie)

Po dłuższym pobycie na szlaku, dobrze jest odpocząć w jednym ze schronisk

 

Wracamy powoli do stacji kolejki, cały czas idziemy drogą przygotowaną dla amatorów Nordic Walking (profi – czerwona i master – czarna, obie zaczynają się na grzbiecie Brunnachhöhe). Tuż przy górnej stacji kolejki natykamy się na kolejne jezioro (Brunnach – See, 1870 m n.p.m., utworzone przez wody pośniegowe, długość 170 m, szerokość 80 m, głębokość 7 m). Na jego brzegu wygodne leżanki, ławki i jakby inaczej, stały element krajobrazu czyli … kosze wiklinowe. Tak sobie rozmawiamy, co by było gdyby w Polsce przy szlakach turystycznych postawiono kosze wiklinowe, skórzane czerwone kanapy, leżanki czy też powieszono hamaki? Może Wy znacie odpowiedź na to pytanie?

 

10 września 2009 r.

Po śniadaniu idziemy na przystanek autobusowy, skąd POSTBUSEM dojeżdżamy do St. Oswald. Tam szybko do kolejki Nationalparkbahn Brunnach i wjeżdżamy na górę. Dzisiaj jednak chcemy zejść szlakami do Bad Kleinkirchheim. Zobaczymy, może się uda?

Mijamy Brunnach See z rozpędu wchodzimy na Spitzeck (1913 m n.p.m.) i ostrym stokiem schodzimy w dół do Scharte (1745 m n.p.m.). I tutaj zaczynają się schody, musimy wejść na Wiesernock (1974 m n.p.m.), co zajmuje nam około godziny. Po drodze mija nas para młodych ludzi, pozdrawiamy się i idziemy dalej.

Wejście na Wiesernock kosztowało nas trochę sił, odpoczywamy przy szczycie i z ulgą stwierdzamy, że dalej to już tylko w dół. Wchodzimy na Nockalm, gdzie znajdujemy czynne schronisko (Sulznighütte). Akurat zaczyna dosyć ostro padać, więc tym większa jest nasza radość, gdy widzimy, że z komina schroniska dziarsko podnosi się dym, co może świadczyć tylko o tym, że gospodarze czekają na wędrowców. Nie mylimy się, bardzo mili starsi państwo serdecznie nas witają. Zamawiamy kawę ze śmietanką i piwo (razem 5 euro), żegnamy się i ruszamy w dalszą drogę. Pogoda taka sobie, mży deszcz, trochę mokniemy, ale nic to. Dalej już tylko w dół, początkowo szeroką drogą, potem leśną dróżką. Widoki cudowne, góry w chmurach ukazują cały swój majestat. Kilka razy wymieniamy się pozdrowieniami z parą młodych ludzi spotkanych pod Wiesernock (raz oni idą przed nami, potem my przed nimi).

Mijamy zejście na Brentlerhütte (1760 m n.p.m.), ale nie wchodzimy tam, pomimo tego, że zejście ze szlaku - według tablic informacyjnych - zająć ma tylko 5 minut. Schodzenie jest długie, mięśnie nóg praktycznie zmuszane są do jednego rodzaju napięcia, co z drogą staje się coraz bardziej uciążliwe. Bardzo chwalimy oznakowanie austriackich szlaków. Jest po prostu pierwsza klasa, nie mamy okazji zabłądzić, idziemy jak po sznurku. Padający deszcz zdecydowanie utrudnia nam drogę. Musimy uważać na wystające korzenie i śliskie kamienie. Przed Bad Kleinkirchheim wchodzimy na Wasserweg/Kulturrundweg.

Idziemy wzdłuż szumiącego potoku i podziwiamy stare karynckie, drewniane budowle, tak mieszkalne jak i gospodarcze. Na szlaku znowu spotykamy hamak. Ten egzemplarz jest podwójny. Hurra! I co najważniejsze pod dachem. Nie patrzymy więc czy pada, tylko kładziemy się, zamykamy oczy i ulatujemy gdzieś na chwilę (mój Boże, za te hamaki, będę sławił Austrię podczas każdej możliwej okazji). Z niechęcią podnosimy się i w dalszą drogę. Przechodzimy skrzyżowanie ze szlakiem Talrundweg i kierujemy się na termy Świętej Katarzyny. Krótka wizyta w biurze informacji turystycznej, potem jeszcze szybsze zakupy i wreszcie jesteśmy w domu. Nie zaprzeczam, bardzo, bardzo solidnie zmęczeni, ale jednocześnie zadowoleni, że włożony wysiłek przyniósł nam satysfakcję (widoki, widoki przede wszystkim). Aha i jeszcze jedno, tuż przed domem stwierdzamy, ze niebo ma sympatyczny błękitny kolor. Nie mogło tak być za dnia?!

St. Osvald (powiększenie)

St. Osvald. Kolejka do ... kolejki

 

11 września 2009 r.

Dzień gospodarczy, sprzątamy, chodzimy po domu, spacerujemy po ogrodzie. Jednym słowem zbieramy siły na dalsze wędrówki, które wszystkie na pewno Wam opiszę.

 

12 września 2009 r.

Dzisiaj Almabtrieb!!! Zobacz zdjęcia.  Już parę dni przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że w Bad Kleinkirchheim Almabtrieb odbędzie się 12 września i bardzo się z tego cieszyliśmy. Niepowtarzalnej atmosfery tego święta zaznaliśmy w ubiegłym roku w Tyrolu i bardzo byliśmy ciekawi jak to będzie wyglądało w Karyntii. I nie zawiedliśmy się!!! Dla niezorientowanych trochę wyjaśnienia cóż to takiego ten tajemniczy Almabtrieb. Otóż przez całe lato alpejskie krowy przebywają na halach w górach. Dzień, w którym symbolicznie schodzą z nich oznacza nie tylko początek jesieni, ale jest również powodem do świętowania, w szczególności dla osób (w większości mężczyzn), które doglądały bydła, aby nic złego mu się nie stało. Almabtrieb zaczyna się w St. Oswald (1319 m n.p.m.).

Dojeżdżamy tam bezpłatnym shutlle busem, który zapewnili dla ciekawych (a jest ich sporo – w autobusie, którym jedziemy wszystkie miejsca są zajęte) organizatorzy. W St. Oswald dowiadujemy się, że nie jest to jedyna uroczystość, którą ta miejscowość dzisiaj przeżywa. W kościele odbywa się bierzmowanie (Firmung), co łączy się z wizytą miejscowego biskupa. Widzimy odświętnie ubranych ludzi, wielu w ludowych karynckich strojach. Przed kościołem ustawione są popularne podczas polskich odpustów „budy”, gdzie dla każdego coś miłego. Takie „kolorowe jarmarki”.

Wysiadamy z autobusu i dochodzimy do Hinteregger Gasthof. Tam gra już orkiestra. Na pobliskiej łące juhasi zakładają krowom na głowy przygotowane na tę okazję ozdoby. Po zachowaniu zwierząt widać, że nie są one z tego w żadnym stopniu zadowolone. Bydło zostaje puszczone samopas na łąkę, a doglądający … siadają na trawie, piją piwko, palą papierosy … jednym słowem sielanka. Mija dobre 40 minut, kiedy zwierzęta zostają wyprowadzone do Bad Kleinkirchheim. Juhasi mają spore problemy z zapanowaniem nad tym żywiołem, jednak dają sobie radę. Część gości rusza w drogę razem z krowami, my pakujemy się do autobusu (czego potem żałujemy) i zjeżdżamy w dół (chcemy zobaczyć co się stanie, zanim zaczną się główne uroczystości).

Na dole, przed Unterwirt Hof, widzimy już dobre kilkaset świętujących osób. Leje się piwo, wino, serwowane jest jedzenie (duże piwo Märzen – 3,40 euro, ¼ litra czerwonego wina – 3,20 euro, kiełbasa z musztardą, chrzanem i chlebem – 4,50 euro, jajecznica na boczku i serze – 6,20 euro). Oczywiście jest i loteryjka (los po 1 euro). Budzi się w nas duch hazardu i za 4 euro (dwa losy były niestety puste) wygrywamy zestaw do kąpieli i kiełbasę. Wzdłuż drogi rozstawiły się stoiska, gdzie można kupić chleb, wino, szynkę, sznapsa, ręczne wyroby. Ceny umiarkowane, na towarach nalepki, że są sprzedawane na Almabtrieb „zawsze w drugą sobotę września”. Gra orkiestra z Feld am See (751 m n.p.m.), potem publiczność zabawiają swoim śpiewem i dowcipami dwaj faceci w krótkich ludowych spodniach. Ludzie siedzą przy stołach, śmieją się, jedzą, piją i śpiewają, nie widać tańczących. Takie bardzo sympatyczne biesiadowanie, nikt się z nikim nie kłóci, wszyscy uśmiechają się do siebie, nikt jakoś nie przypomina sobie, że stryj szwagra dwadzieścia lat temu zaorał bratu babki od matki strony miedzę. Nie widać osób, które miałyby za dużo w czubie.

W pewnej chwili słychać dźwięki muzyki, a potem widać orkiestrę z Bad Kleinkirchheim prowadzącą bohaterki dzisiejszego dnia. Krowy, jak to krowy, bardziej zdenerwowane tym całym zamieszaniem niż zadowolone, szybko pobiegły na pobliską łąkę. Na scenę wchodzą razem miejscowi ksiądz katolicki (ubrany w szatę liturgiczną) i pastor (dżinsy, marynarka, sportowe buty) i zaczynają odmawiać modlitwy. Z tego co rozumiemy, padają piękne słowa o szacunku i miłości jakie człowiek jest winny zwierzętom, było nie było także stworzeniom bożym (może w przyszłym roku na taką imprezę pojechałby, oczywiście za swoje pieniądze pan minister Sawicki i czegoś jeszcze by się w życiu nauczył).

Słowa księdza i pastora dzielone są występami chóru. Po „oficjałce” zaczyna się zabawa. Tak do 15.00, kiedy zaczyna się licytacja cielaczka. Zasady są ciekawe. Od 1 do 100 euro licytuje się co 1 euro, od 101 do 200, co 2 euro, od 201 do 300, co 3 euro itd., ponadto każdy licytujący musi wrzucić do noszonych przez juhasów kapeluszy kwoty: 1, 2, 3 itd. euro, w zależności od tego na jakim etapie jest licytacja. Cielak poszedł za 1200 euro. Wreszcie Almabtrieb odwiedził ksiądz biskup, który rano w St. Oswald brał udział w bierzmowaniu dzieci. Naszą uwagę zwróciło to, że każdy, kto się z nim witał podawał rękę i uścisk dłoni był odwzajemniany. Nie było ani jednego przypadku klękania i całowania w pierścień biskupi. Podchodzi do nas miejscowy ksiądz. Po akcencie orientuje się, że jesteśmy obcokrajowcami, na nazwę Gdynia raczej nie reaguje, ale kiedy słyszy, że to niedaleko Gdańska od razu mówi trzy słowa „Lech Walesa” i „Solidarnoszcz”. Miło nam, rozmawiamy, tak jak nam na to pozwala nasza znajomość języka niemieckiego. W pewnej chwili podaje nam rękę i mówi nawet niezłą polszczyzną „do widzenia”. Zostajemy jeszcze jakiś czas. Około 19.00 jesteśmy z powrotem w pensjonacie.

 

 

13 września 2009 r.

Jesteśmy trochę zmęczeni po Almabtrieb, dlatego dzisiaj wybieramy drogę „z górki”. Trochę snujemy się w niedzielnej atmosferze. Nogi zaniosły nas na stację benzynową, gdzie mogłem zapisać ceny paliwa, i tak: benzyna Super Plus kosztowała 1,265 Euro, benzyna Super – 1,123 Euro, zaś olej napędowy – 1,019 Euro.

Potem wjeżdżamy Kaiserburgbahn do góry (2039 m n.p.m.), a stamtąd ruszamy w kierunku Strohsack. Nie dochodzimy tam, mijamy Kaiserburghütte (nieczynne) i dalej Roβalmhütte (1915 m n.p.m., nieczynne do grudnia), a dalej czerwonym szlakiem kierujemy się na dół do Bad Kleinkirchheim. Idziemy Hochwiesen. Dosyć ostre zejście w dół, trzeba mocno trzymać się na nogach. W pewnym momencie wychodzimy na drogę i dalej już nią podążamy w kierunku Waldtratte, gdzie docieramy po około 2 godzinach od wyjścia z Kaiserburga. Tam pijemy espresso (2 Euro) i gorącą czekoladę z bitą śmietaną (2,80 Euro).

Górska restauracja (Bergrestaurant) Waldtratte położona jest na wysokości 1370 m n.p.m. W swojej ofercie ma między innymi: zupę dnia (2,90 Euro), zupę wołową z wątrobowymi kluseczkami (3,30 Euro), zupę gulaszową (4,50 Euro), sznycel po wiedeńsku z frytkami (9,80 Euro), kiełbasę z knedlem i sałatą (7,80 Euro), czy na deser jabłecznik z bitą śmietaną (3,50 Euro) bądź też lody (3 – 4,90 Euro). Restauracja ma swój klimat, kelner jest niesamowicie sympatycznym gadułą, tak więc nawet to, że dobrych parę minut czekaliśmy na rachunek tylko nas rozbawiło. Wszak jesteśmy na urlopie, nie warto denerwować się paroma nędznymi minutami.

Dalej idziemy na dół, tak, żeby wejść do sklepu (musimy coś kupić na obiad). Przeceny porządne za kilogram mielonego wołowo – wieprzowego (robionego na naszych oczach) zapłaciliśmy 2,99 Euro, zamiast 5,99 Euro. Poza tym kupiliśmy kilka innych drobiazgów i wracamy do tymczasowego domu. Cały dzień zanosiło się na deszcz, mieliśmy szczęście i poza paroma drobnymi kroplami nie spotkaliśmy się w dzisiejszej drodze z większymi opadami. Kiedy weszliśmy do domu, zaczęło się i pada praktycznie cały czas. Ciekawe co przyniesie jutro, mamy w planach wyjazd do Villach.

 

 

14 września 2009 r.

Miała być wycieczka do Villach, ale niestety bardzo gęsty deszcz (z tych co to pada godzinami jednostajnie i zawsze tak samo, po 10 minutach chodzenia w nim jesteś przemoczony do suchej nitki) pokrzyżował nam plany. Na szlaki nie wychodzimy, trochę się przeziębiłem i postanawiamy dzisiaj poleniuchować w pensjonacie. Tak, a propos, wprawdzie nie potrzebuję pomocy lekarza, to jednak jadąc tutaj wzięliśmy z NFZ – u EKUZ (Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego) uprawniającą do korzystania z publicznej służby zdrowia.

Niezależnie od tego jadąc tutaj wykupiliśmy sobie ubezpieczenie komercyjne. Jest to o tyle ważne, że publiczna służba zdrowia w Austrii nie zapewnia bezpłatnego ratownictwa górskiego i transportu lotniczego, a my przecież chodzimy po górach. Trzeba pamiętać również, że EKUZ nie zapewnia pokrycia kosztów transportu medycznego do Polski oraz obowiązujących w Austrii opłat za świadczenia medyczne. Dlatego przed każdym wyjazdem, zwłaszcza związanym z uprawianiem turystyki górskiej (o uprawianiu narciarstwa nie piszę, bo dla mnie osobiście w tym przypadku wykupienie dodatkowego ubezpieczenia jest po prostu niezbędne) trzeba rozważyć, czy nie warto wydać tych kilka złotych zapewniających święty spokój.

W naszym przypadku ubezpieczenie jednej osoby obejmujące koszty leczenia do sumy 85000 zł, transportu medycznego do 45000 zł, transportu zwłok do 30000 zł, NW do 25000 zł, OC do 100000 zł, utratę lub uszkodzenie bagażu podróżnego do 1000 zł i koszty odwołania uczestnictwa w zagranicznej imprezie turystycznej lub też wcześniejszego z niej powrotu do 10000 zł kosztowało za 24 dni 82 zł od osoby. Celowo nie piszę o uprawianiu wspinaczki. Tutaj koszty są wyższe. Kończę o tym, nikt nie lubi jak przypomina się o czymś niemiłym, co jednak zawsze może nas spotkać. Jak to było w jakimś haśle reklamowym? „Przezorny zawsze ubezpieczony”. Może jutra uda się pojechać do Villach? Mam jednak coraz mniej pewności co do tego wyjazdu. Jest 21.50, ciągle pada, a ja czuję się coraz gorzej.

 

 

15 września 2009 r.

Czuję się tak sobie, ale ponieważ nie pada, postanawiamy zaryzykować i pojechać do Villach (501 m n.p.m.). W drodze na przystanek autobusowy wstępujemy do apteki. Tam kupujemy Cebion 20 tabletek (witamina C) i Mexa – Vit C (10 tabletek w każdej z nich 500 mg paracetamolu i 200 mg witaminy C). Rachunek – 9,60 euro. O 10.18 mamy POSTBUS do Radenthein, a stamtąd po kilkuminutowym czekaniu wsiadamy do POSTBUSA do Villach. Za bilety dla dwóch osób z Bad Kleinkirchheim do Villach płacimy 8,40 euro (mamy 50 % zniżki, ponieważ posługujemy się Kärnten Card, o kartach dla turystów w Austrii napiszę trochę później, uwierzcie mi na słowo, że warto je kupować). Około 11.30 jesteśmy w Villach, wysiadamy na dworcu autobusowym znajdującym się na Bahnhofplatz przed kolejowym dworcem głównym (Villach Hauptbahnhof) i idziemy Bahnhofstraβe w kierunku mostu miejskiego (Stadtbrücke).

Tuż przed mostem wchodzimy do informacji turystycznej. Jak zwykle w Austrii, bardzo dobrze zaopatrzona w dokładne plany miasta (do wyboru trzy języki: angielski, niemiecki i włoski), plany samego centrum Villach oraz różne ulotki o karynckich osobliwościach. Po lewej stronie przy moście, patrząc z kierunku dworca kolejowego znajduje się przystań statków wycieczkowych (Schiffsanlegestelle przy Congress Center – ta nazwa używana jest na planach, sama nazwa stacji jest mało skomplikowana i dobrze widoczna – Schiffsstation).

Nie zastanawiamy się i wsiadamy na pokład. Bilet dla osoby dorosłej kosztuje 11,00 euro (nie płacimy – mamy Kärnten Card). Siadamy na górnym pokładzie i po chwili zaczynamy rejs po przepływającej przez to miasto rzece Drau (po polsku: Drawa). Na niebie coraz więcej niebieskości. Chmury układają się w fantastyczne kształty. Przed naszymi oczami leniwie przesuwa się miejscowy krajobraz, przepływamy pod kilkoma mostami, mijamy miejscowy Park Naukowo – Technologiczny. Rzeka ma brunatno – brązowy kolor, woda jest nieprzejrzysta, znak, że w górach padało. Stateczek co jakiś czas na krótko przybija do brzegu wysadza część podróżujących i zabiera ze sobą innych. Żeby było nam raźniej kupujemy jabłecznik z lodami i bitą śmietaną, torcik Sachera (prawdziwy !!!) z bitą śmietaną, cafe latte i podwójną espresso, za co płacimy 11,70 euro.

Villach (powiększenie)

Rejs po Drawie. Dalej widoczny "wodny przystanek"

 

Po dwóch godzinach jesteśmy z powrotem na przystani. Potem spacerkiem wchodzimy na Główny Plac (Hauptplatz). Wokoło otwarte kafejki, w nich pełno zadowolonych, uśmiechniętych ludzi. Dla klientów, którzy mieli by narzekać na zimno przygotowano na fotelach koce. Dochodzimy do kościoła p.w. św. Jakuba (Kirchenplatz), na chwilę wchodzimy do środka. Modlę się, a w tym momencie, ktoś mi bezceremonialnie robi sójkę w bok. Patrzę srogim wzrokiem na napastnika i widzę uśmiechniętą Beatę, która podsuwa mi ulotki zachęcające do słuchania … Radio Maria Österreich – Spittal/Drau UKW 99,3, Villach/Hermagor UKW 99,1 (nie martwcie się pewien ojciec z Torunia nie założył międzynarodówki, te radia nie mają ze sobą nic wspólnego). Następnie drapiemy się na wieżę kościelną (wstęp dla dorosłych 2 euro, tu również nie płacimy, mamy Kärnten Card).

Villach (powiększenie)

Villach. Panorama miasta z kościoła p.w. św. Jakuba

 

Żeby wejść na nią, trzeba pokonać 239 schodów, ale zapewniam Was, że warto, tym bardziej, jak wcześniej człowiek posili się na statku. Rozciąga się stąd piękny widok na całe Villach. Robimy zdjęcia, uwieczniamy widoki kamerą i ruszamy w dalszą drogę. Idziemy 10. Oktober Straβe, potem skręcamy w lewo w Peraustraβe (przepiękne domy, według mnie secesja, tak mógłby wyglądać Sopot), następnie przechodzimy na drugą stronę do Parku Schillera, a tam są już tablice kierujące do Kärtner Relief (wstęp 2 euro, mamy Kärnten Card, co oznacza, że … nie płacimy).

Kärtner Relief to olbrzymia wykonana z plastiku i cementu makieta przedstawiająca całą Karyntię w skali 1:10000. Wykonana została przed I wojną światową przez uczniów miejscowej szkoły budowlanej, zajmuje powierzchnię 182 m². Ostatnio restaurowana w latach 1986 – 1988. Całość robi wrażenie. Wchodzimy na górę i podziwiamy z jaką dokładnością wykonano poszczególne elementy. Znajdujemy znajome już miejscowości, cieszymy się, że zaledwie po paru dniach pobytu w miarę dokładnie orientujemy się w geografii Karyntii. Na ścianach stare pocztówki pokazujące poszczególne miejscowości. Widzimy kartki z Bad Kleinkirchheim i bez problemu lokalizujemy pokazane budynki.

Idąc znowu 10. Oktober Straβe (tym razem w przeciwnym kierunku) dochodzimy do Ratusza (jedynym elementem, który go wyróżniał był informujący o tym napis), stamtąd licznymi zaułkami (wykorzystanymi przez właścicieli sklepów, restauracji i kawiarni), potem Stadtbrücke, z krótkim przystankiem przed kościołem p.w. św. Mikołaja (z tego co między sobą uzgodniliśmy to stoi przed nim pomnik św. Franciszka z Asyżu) dochodzimy do dworca autobusowego. Zmotoryzowani przyjeżdżający do Villach muszą liczyć się z różnymi cenami za parkowanie. Centrum podzielono na cztery strefy: czerwoną (tutaj jest najwięcej miejsc godnych zobaczenia), fioletową (tutaj między innymi kościół p.w. św. Mikołaja), zieloną (okolice dworca kolejowego i autobusowego) i pomarańczową (okolice dwora kolejowego Villach Westbahnhof).

W oczekiwaniu na POSTBUSA spotykamy poznanego na Almabtrieb księdza z Bad Kleinkirchheim. Trochę rozmawiamy o tym gdzie konkretnie mieszkamy w Bad Kleinkirchheim, okazuje się, że to obok „jego” kościoła. Ksiądz „po cywilnemu”, bez koloratki i innych znaków szczególnych, zrobił sobie zakupy w Jacku Wolfskinie. Bardzo sympatyczny starszy pan. Kiedy brakuje nam słów podrzuca coś ze słoweńskiego. Za bilety powrotne płacimy 8,40 euro (mamy 50 % zniżki, wiadomo Kärnten Card) i mijając po drodze geograficzny środek Karyntii, z przesiadką w Radenthein, parę minut po 18.00 jesteśmy z powrotem w domu. Kiedy kończę tego dzisiejszego bloga, katar zaczyna przybierać niepokojące rozmiary, Beata mówi, że bierze Coldrex, ciekawe, co będzie jutro ?

 

 

16 września 2009 r.

Katar jak z Karyntii do …. Nie wiem gdzie, na pewno bardzo daleko, ale postanawiamy pojechać do St. Osvald, tam zrobić rundkę wokół miejscowości, a następnie szlakiem kulturalnym i wodnym (Kulturrundweg/Wasserweg) zejść do Bad Kleinkirchheim. W samym St. Osvald stwierdzam, że jednak będę musiał iść do lekarza. Kontaktuję się z ubezpieczycielem, który zapewnia mnie, że mailem prześle mi szybko dane doktora, do którego mam się zgłosić. Zmieniamy plany co do przechadzki. Wchodzimy na szlak kulturowy i wodny i spokojnie, nóżka za nóżką zmierzamy do Bad Kleinkirchheim.

Po drodze kilka fascynujących miejsc. Przy każdym z nich tablica w języku angielskim, niemieckim i włoskim objaśniająca co widzimy. Pierwszy pojawia się drewniany tartak zbudowany w 1632 r. (Osvalder Säge). Wyobrażacie to sobie !!! Do tego nie jest ogrodzony zasiekami z drutu kolczastego tylko spokojnie można go sobie, ot tak zobaczyć). Oglądamy wszystko bardzo dokładnie, umieszczono tam zdjęcia z przeszłości St. Osvald. Zostajemy tutaj przez około 20 minut i patrząc na stare fotografie, chociaż na ten czas ożywiamy znajdujących się tam ludzi. Jak im się żyło, jakie mieli marzenia, czy byli szczęśliwi …

A tak, a propos moc każdej fotografii jest szczególna, nie ma chyba lepszego wehikułu czasu. Wracamy do lat, przyjaciół, dziewczyn, bliskich. Zatrzymujemy się na jakiś czas i znowu jesteśmy wszyscy razem. Ale dość tego gadania. Dla kronikarskiego obowiązku podam tylko, że obok tartaku położona jest stara kuźnia. Niestety, zamknięta, tak więc zachowany piec i inne kowalskie przedmioty można oglądać tylko przez okna. Ruszamy dalej. Dochodzimy do wodnej elektrowni turbinowej. Wybudowana została w 1923 r. i przez jakiś czas była najwyżej położoną elektrownią wodną w Karyntii. Mijamy przydrożne figury Jezusa Ukrzyżowanego. Dalsza droga prowadzi obok z najwyżej położonych w Karyntii plaży (1300 m n.p.m.). W pewnej chwili znajdujemy się przy Osvaldi. Są to źródła zasilające St. Osvald i Bad Kleinkirchheim w wodę pitną, bogatą w minerały. Dlatego można śmiało pić wodę prosto z kranu. Tryskają od 28 do 100 l na sekundę. Obok źródeł ujęcie wody wybudowane w latach 1969 – 1972, kaplica mająca za patrona św. Osvalda i kolejny drewniany dom jak z bajki. Dla wyrównania sielankowego nastroju przechodzimy przez kamieniołomy.

Dalej Beatka robi sesję filmową pasącym się owcom. Jesteśmy już na szlaku, którym przemieszczaliśmy się z Wiesernock. Mijamy kilka budynków gospodarczych i drewniane taczki. Nie są to jednak byle jakie taczki. Napis na stojaku, na którym je postawiono wyjaśnia, że do 1970 r., kiedy kolejka kablowa prowadzona była przy wodzie, używano je do transportu zbiorów i siana. Oglądamy dalsze przedmioty, które służyły lepszej pracy tuziemców. Potem krótki odpoczynek na podwójnym zadaszonym hamaku (oby sława Austrii przez te hamaki nigdy nie ustała) i po około 30 minutach jesteśmy w domu.

Czytam maile i dowiaduję się, że do 12.00 czekał na mnie lekarz. Dochodzi 14.00, mimo tego idziemy pod wskazany adres, tym bardziej, że mamy blisko, ale lekarza ani widu ani słychu. Dzwonię do ubezpieczyciela i za chwilę miła Pani informuje mnie o kolejnym lekarzu, który nas przyjmie. Wprawdzie w drugą stronę, ale mniej więcej tak samo blisko. W przychodni czekają już faksy w naszej sprawie od firmy ubezpieczeniowej. Tym razem zostajemy przyjęci, mam lekką grypę, Beata też przeziębiona, lekarz (co ciekawe bez żadnego białego kitla tylko ubrany w koszulkę polo i spodnie z bawełny) ordynuje nam lekarstwa i mile żegna. Już mamy wychodzić, kiedy dziewczyna przyjmująca zapisy prosi nas do siebie i mówi, że za wizytę musimy zapłacić po 44 euro od osoby. Tłumaczymy jej, że ubezpieczyciel zapewniał nas, że wszystko odbędzie się bezgotówkowo, ale ta twierdzi, że owszem, gdyby wartość wizyty przekraczała 250 Euro. Nie mamy tyle kasy przy sobie, Beata zostaje, a ja idę do pensjonatu po pieniądze i kartę kredytową, ale też od razu dzwonię do ubezpieczyciela. Kiedy wracam okazuje się, że nie musimy płacić żadnych pieniędzy. Beata mówi mi jeszcze, że chyba był telefon w naszej sprawie, bo Pani z recepcji coś tłumaczyła o tych 250 euro i wysyłała jakieś faksy. Żegnamy się z uśmiechem. Celowo, nie chcąc być posądzonym o reklamę, nie wymieniam nazwy firmy, w której się ubezpieczaliśmy, muszę jednak przyznać, że zajęli się nami super. I za to wielkie, wielkie dzięki.

Po powrocie do Polski, musimy jeszcze przesłać rachunki za leki (razem zapłaciliśmy 26,45 Euro) i dostaniemy zwrot poniesionych kosztów. Co ciekawe, dostałem jakiś antybiotyk na trzy dni i w aptece odbierając lekarstwo, dostałem je w firmowym opakowaniu zawierającym 3 tabletki. Leki nie zostają więc niepotrzebnie w domu.

Na obiad mamy tutejsze ruskie pierogi, czyli Käsenudeln. Myślimy już o jutrze. W dolinie coraz więcej wspaniałych starych samochodów, bo jutro moi mili z Bad Kleinkirchheim rusza Alpenfahrt.

 

 

17 września 2009 r.

Wybierając miejsce wypoczynku, nie wiedzieliśmy nic o tym, że w Bad Klienkirchheim swój start i metę będzie miał Alpenfahrt – rajd starych samochodów. Pierwszy miał miejsce w 1910 r. Jest więc starszy od Rajdu Monte Carlo. Przed I wojną światową uznawany był za jeden z najtrudniejszych w Europie.

Chwilę po zjedzeniu śniadania poszliśmy na parking pod Kaiserburgbahn, a tam po prostu poezja tak dla oczu jak i dla uszu. Dumni właściciele, ostatnie chwile przed startem wykorzystują na kolejne dmuchanie i chuchanie na swojego podopiecznego i widać, że robią to z olbrzymią miłością. Wśród samochodów między innymi zobaczyliśmy: Jaguara XK z 1960 r., Steyera Puch z 1968 r., BMW 328 z 1938 r., Jaguara XK 140 z 1955 r., Rileya Kestrela 9 z 1935 r., Rileya Kestrela Sport z 1938 r., Frazer – Nasha z 1948 r., Triumpha Roadstera 2000 z 1949 r., Ferrari Dino z 1971 r., Volvo 444 z 1947 r. Skodę 1000 MB Rallye z 1964 r. Fiata 124 Spider z 1973 r. i wiele, wiele innych cudownych samochodów. Zobaczcie zdjęcia z Alpenfahrt 2009.

Każdy inny, silnik w każdym z nich ma rozpoznawalny „głos”. Organizatorzy do tego dołożyli do słuchania porządny tradycyjny jazz i magia starych samochodów działała na wszystkich, którzy przybyli na rozpoczęcie imprezy. Pierwszy samochód (Alfa Romeo 2000 GTV z 1972 r.) wyjechał na trasę o godzinie 12.31. Następne pojazdy startowały w odstępach minutowych. Dzisiaj kierowcy mieli do przejechania prolog o długości 179 km. Jutro runda alpejska o długości 457 km, zaś w sobotę runda karyncka o długości 313 km.

Kupiliśmy sobie całkiem sympatyczne kurtki, wiosenno jesienne, po 20 Euro każda. Z programu rajdu dowiaduję się, że przyszłoroczny odbędzie się w dniach 15 – 18 września i że są już przyjmowane zapisy !!! Rajd ten będzie szczególny. Odbędzie się w 100 rocznicę pierwszego Alpenfahrt. Naprawdę warto to zobaczyć. Moje przeziębienie dosyć skutecznie niszczy austriacki antybiotyk. Czuję się o wiele, wiele lepiej. Beata, mówi, że też nie jest z nią tak źle jak wczoraj, tak więc kryzys chyba mamy za sobą i najpóźniej od niedzieli powinniśmy z powrotem ruszyć zdecydowanie na górskie szlaki. Jutro, chyba zrobimy sobie rundkę wokół St. Osvald (tę, którą planowaliśmy wczoraj) i ponownie zejdziemy Kulturrundweg do Bad Kleinkirchheim. Zobaczymy, decyzje zapadną jutro.

 

18 września 2009 r.

I miałem rację. Nie ruszyliśmy do St. Osvald, tylko wybraliśmy zupełnie inną opcję. Rano okazało się, że możemy być tutaj pewni wszystkiego poza jedną rzeczą – pogodą. W Bad Kleinkirchheim od rana przechodziły przelotne deszcze, a biorąc pod uwagę moje przeziębienie bez sensu było od razu wychodzić na szlak. Zdecydowaliśmy, że jedziemy do Millstatt (611 m. n.p. m.)

Mała, licząca około 3000 mieszkańców, ale urocza miejscowość, położona nad Millstätter See (588 m n.p.m.). Jezioro owo liczy 12 km długości i 2 km szerokości, zaś jego głębia sięga 142 m. Jedziemy bezpośrednim autobusem o 12.23. Za bilety (dwie osoby, po 50 % zniżki, mamy Kärnten Card) płacimy 5,80 euro. W Millstatt jesteśmy około 13.00. Miła, spokojna miejscowość, przypominająca w nastroju widziane wcześniej przez nas miasteczka nad Jeziorem Garda we Włoszech. Na Markplatz (budynek ratusza) mieści się biuro Informacji Turystycznej (od poniedziałku do piątku czynne w godzinach 08.00 – 18.00, zaś w soboty i niedziele w godzinach 09.00 – 12.00 i 15.00 – 18.00) , gdzie można uzyskać wszelkie możliwe wiadomości tak o Millstatt, jak i o Karyntii.

Stifsgasse przechodzimy do Kolegiaty (Stiftskirche) gdzie częściowo zachowały się pozostałości romańskich murów oraz zachowany został pochodzący z XIX w. cmentarz, a następnie do samego kolegium kanonickiego. Podziwiamy zachowane krużganki. Firma cateringowa przygotowuje jakieś przyjęcie. Wyjrzało słońce. Wreszcie widzimy w górze niebieski kolor, co nie było nam dane, kiedy przebywaliśmy 400 metrów wyżej. Przecinamy główną ulicę Millstatt (Kaiser Franz Joseph Straβe), dowiadujemy się o której mamy powrotny autobus i szukamy przystani. Jest z tym mały problem (nie najlepsze oznakowanie), docieramy tam jednak (Seemühlgasse) dwadzieścia minut przed odpłynięciem naszego stateczku.

Wybieramy opcję z najdłuższym rejsem (Grosse Seerundfahrt, Millstatt – Seeboden Pichler – Seeboden Steiner – Millstatt – Grossegg Schuster – Laggerhof – Döbriach Glanz – Dellach – Pesenthein – Millstatt, bilety w cenie: 11,50 euro dorośli, 6,00 – dzieci w wieku 6 – 15 lat, 26,00 euro – bilet rodzinny, to znaczy dorośli plus dzieci), ale nie płacimy, wiadomo, ma się taką jedną kartę. Do wyboru turysta ma także Panoramarundfahrt, gdzie płynie się na trasie Millstatt – Grossegg Schuster – Laggerhof – Döbriach Glanz – Dellach – Pesenthein – Millstatt, bilety w cenie: 8,00 euro dorośli, 3,80 – dzieci w wieku 6 – 15 lat, 17,00 euro – bilet rodzinny, a także Kurzrundfahrt obejmującą trasę Millstatt – Seeboden Pichler – Seeboden Steiner – Millstatt, bilety w cenie: 6,00 euro dorośli, 3,00 – dzieci w wieku 6 – 15 lat, 13,00 euro – bilet rodzinny. Najdłuższy rejs trwa około 2,5 godziny, średni – 1,5 godziny, a krótki – 1 godzinę.

Płyniemy MS Kärnten. Wsiadamy na odkryty pokład. Stateczek po krótkim postoju rusza w dalszy rejs. Zamawiamy coś do jedzenia i picia (bagietkę z zapieczonymi serami, mezo – wino z lemoniadą i piwo bezalkoholowe – 10,20 euro) i bierzemy się za kontemplację przesuwającego się powoli widoku. Przy Seeboden Pichler siedzibę ma jakaś szkoła windsurfingu. Ponadto zauważamy drewniane budynki, z pomostami przy których można cumować łodzie, a w razie potrzeby je schować pod dach. Po drzewach widać, że zbliża się Pani Jesień. Przybierają złoto, brunatno czerwoną barwę. Przy naszym stoliku miłe niemieckojęzyczne małżeństwo. Po przyniesieniu napitków (też coś sobie zamówili) wspólnie wznosimy toast. Kiedy zbliżamy się do Laggerhof zauważamy przesuwające się ze wschodu w naszym kierunku czarne chmury, zwiastujące nic innego tylko deszcz. Wysiadamy nie w Millstatt, po zrobieniu całej pętli, tak jak wcześniej zakładaliśmy, tylko w Döbriach See.

Idziemy do Döbriach, po drodze mijamy dwa campingi. Widoczne wolne miejsca, życie toczy się leniwie. Nie tylko jednak po drzewach widać, że zbliża się jesień. W międzyczasie na drodze dopada nas deszcz. Beata szybko ubiera się w coś nieprzemakalnego i dochodzimy do przystanku autobusowego. Spoglądamy na rozkład jazdy. Mamy farta. Na autobus (bezpośredni) do Bad Kleinkirchheim czekamy tylko kilka minut, płacimy 4,80 euro za bilety powrotne i około 18.00 jesteśmy z powrotem. Wysiadamy przy poczcie, kupujemy chleb w piekarni (3,60 euro za bochenek) i szybkim krokiem pod dach. Beata rozmawiała jeszcze z jakimiś Austriakami, którzy powiedzieli, iż bardzo dobrze, że się wyrwaliśmy, bo tutaj cały dzień lało. Oni siedzieli przez cały dzień w pensjonacie. Może jutro coś się zmieni ? Na razie od około tygodnia po prostu szukamy miejsca, gdzie byłaby jako taka (czytaj, żeby nie padało) pogoda. Do tej pory się udaje. O przeziębieniu nie piszę, bo właściwie już nie ma o czym. Zdrowie wraca szybko do normy. Jeżeli tylko pogoda pozwoli pochodzimy jeszcze porządnie po górkach.

Millstatt (powiększenie)

Millstatt. Kolegium Kanonickie

 

19 września 2009 r.

Pogoda raczej nie pozwoli, wściekli patrzymy na totalnie zachmurzone niebo. Dobrze, że chociaż nie pada. Postanawiamy, że wjedziemy Kaiserburgbahn na górę, a potem zobaczymy … Na stacji kolejki pierwsza niespodzianka. Pan z obsługi informuje nas, że zostaniemy dowiezieni tylko do średniej stacji. Mówi się trudno. Wysiadamy na wysokości Waldratte (1370 m n.p.m.) i idziemy na dół. Dochodzimy do Talrundweg i w odwrotnym kierunku niż 8 września kierujemy się do domu. Zaczyna się przejaśniać. Niebo miejscami pokazuje, że poza szarością ma także inny zdecydowanie piękniejszy niebieski kolor. Po drodze oczywiście nie możemy sobie odmówić wypoczywania na hamakach, szczególnie celuje w tym Beatka.

Hamaczek (powiększenie)

Nie ma jak to spędzać życie na hamaku

 

Podsumowując, o 10.20 wyszliśmy z domu, z powrotem byliśmy około 14.00. Szybko przebraliśmy się i poszliśmy do Kaiserburgbahn. Wszak dzisiaj kończy się rajd starych samochodów Alpenfahrt i koniecznie chcemy jeszcze raz zobaczyć i poczuć ducha starych samochodów.

Jemy szybko jakieś kiełbaski (9,00 euro za dwie osoby). Kiedy kończymy zjadać ostanie kęsy uczestnicy rajdu zaczynają zjeżdżać z ostatniego, karynckiego odcinka. Znowu widzimy MG, BMW, Morgany, Ferrari i wiele, wiele innych bajecznych pojazdów. Łza się w oku kręci. Z jednego z samochodów wysiada znana niemiecka aktorka Katerina Jacob (grała między innymi w Polizeiruf 110, po polsku Telefonie 110, onegdaj popularnym u nas serialu). Od razu zjawia się przy niej grupka fanów, robią sobie zdjęcia i biorą autografy. Cóż taka jest cena sławy. Nasze prawdziwe gwiazdy i ci, którym się wydaje, że nimi są, bo tak kupuje ich lud, mogą coś na ten temat powiedzieć. Wszystko co dobre, niestety szybko się kończy. Alpenfahrt 2009 powoli przechodzi do historii. Pozostaje dekoracja zwycięzców. Trzecie miejsce zajęła załoga Erik Skreiner i Harald Neger na Austin Cooper MK1, drugie załoga Franz Brachinger, Otmar Schlager na Volvo 444, zaś pierwsze Daniel Volke i Andrea Berenfeld na samochodzie Jaguar E- Type Coupe. Wygrani otrzymali wieńce laurowe, przegrani pojechali do domów, obiecując sobie i innym rewanż za rok. Niektórzy, niestety nie wyjechali o własnych siłach, musiała ściągać ich pomoc drogowa. Fani Kubicy, domyślą się, jakiej marki, między innymi dotknęło to nieszczęście.

 

 

20 września 2009 r.

Mimo niedzieli robimy sobie dzień gospodarczy i zostajemy w pensjonacie. Trochę nam się przedłużyły wieczorne pogaduchy (zrobiły się późnonocne) i spaliśmy do 10.30.

 

 

21 września 2009 r.

Wstajemy zdecydowanie wcześniej niż wczoraj, szybko jemy śniadanie i w góry, tym bardziej, że pogoda zapowiada się wspaniale. Wjeżdżamy kolejką linową na Kaiserburg (2039 m n.p.m. – to jest wysokość górnej stacji kolejki, na sam szczyt położony na wysokości 2055 m n.p.m. nie wchodziliśmy), oczywiście nie płacimy za bilety, (przecież mamy Kärnten Card). Kije do Nordic Walking (mamy na portalu Klub Fanów Nordic Walking - zapisz się jak lubisz ten sport) w dłoń i dziarsko ruszamy w kierunku Roβalmhütte (1915 m n.p.m – tak jak już pisałem czynne od grudnia).

Z rozpędu wchodzimy na Strohsack (1910 m n.p.m.). Szczyt ten słynie z tego, że prowadzi stąd do dolnej stacji Kaiserburgbahn trasa wytyczona przez Franza Klammera (starsi blogowicze zapewne pamiętają wspaniały zjazd i złoty tego sportowca medal na Igrzyskach Olimpijskich w Innsbrucku w 1976 r.). Na Strohsack położone jest jeziorko (Strohsack – See, 1910 m n.p.m., głębokość 7 m, długość 170 m, szerokość 70 m, utworzone z wód pośniegowych), obchodzimy je, robimy zdjęcia i ruszamy w dalszą drogę. Na razie w dół, przez Maibrunnhütte (niestety nieczynne), obok górnej stacji kolejki Maibrunnbahn (1760 m n.p.m.), idziemy w kierunku Kolmnock.

Strohsack (powiększenie)

Strohsack-See

 

Mijamy, „republiki mrówek”, czyli pełno mrowisk. W jedno z nich, widać, że dopiero co założone, o mało, nieświadomie nie włożyłem kija. Na szczęście w ostatniej chwili zauważyłem, że koleżanki mrówki robią tu sobie swoją chatkę. Na szczyt Kolmnock (1845 m n.p.m.) wchodzimy około 13.00. Podchodzimy do małego domku, widać w nim pozostałości po niezłej imprezce (ludzie nieźle popili i pojedli), ale nas to nie obchodzi, tylko siadamy na ławeczce i odpoczywamy. Na każdym szczycie, który zdobywamy znajduje się budka, w której kiedyś były pieczęć i tusz potwierdzające wejście. Niestety, ani pieczęci, ani tuszu, tylko budki stoją nieruchomo, a w tej na Kolmnock wzruszający zapisek z 14 września 1975 r. o miłości jednego faceta do jakiejś kobitki. Ciekawe czy ona w ogóle o tym wiedziała, czy uczucie rozkwitło, czy byli razem, czy żyją ze sobą do dzisiaj i opowiadają dzieciom o tej historii?

Na szlaku (powiększenie)

Na szlaku

 

Czeka dalsza droga. Idziemy przez Kolmnockwiesen czerwonym szlakiem. W pewnej chwili Beata mówi, że zaczyna boleć ją kolano. Jest to o tyle zła wiadomość, że mamy do zejścia jeszcze trochę kilometrów, a ta kontuzja odzywa się właśnie przy schodzeniu w dół. Mimo to idziemy, mijamy powalone, pocięte drzewa, chwilę zastanawiamy się, cóż to za kataklizm tak je załatwił. Ciągle w dół, przez drzewa prześwituje Feldesee (Brennsee – 751 m n.p.m.). Mijamy krowy, ale one reagują na nas z wrodzonym sobie taktem. Po prostu żrą trawę i spokojnie patrzą przed siebie. Cały czas w dół. Wreszcie dochodzimy do Obertweng. Chwilę naradzamy się co robić i postanawiamy iść w kierunku Bad Kleinkirchheim. Tuż po minięciu tablicy oznaczającej, że jesteśmy w jego granicach człapiemy do przystanku autobusowego i żadna siła nie zmusi nas by iść do domu na nogach. Po 40 minutach podjeżdża autobus (nie płacimy, w granicach miejscowości, w której mieszkamy mamy go za darmo na podstawie kart gościa) i zawozi nas prawie pod pensjonat. Oj, chyba trochę przesadziliśmy. Przeszliśmy wprawdzie tylko około 11 kilometrów, to jednak ciągłe zejście w dół z wysokości 1845 m n.p.m. do około 1000 m n.p.m. kosztowało na „trochę” sił. Nic to, wrażenia były niezapomniane, widoki cudowne, jedyną niepokojącą wiadomością jest to lewe kolano Beaty. Od tego, w jakiej będzie formie, jutro uzależniony jest wybór kolejnej trasy.

 

 

22 września 2009 r.

Pospaliśmy, po wczorajszej „przechadzce” i to nieźle. Zdążyły odjechać poranne autobusy, co jest o tyle ważne, że z uwagi na kontuzje Beaty (cały czas kuleje i boli ją lewe kolano) dzisiaj bez sensu było wychodzenie na szlaki. Trudno. Od „rana” – było chyba po 9, porządne śniadanie i rzut oka na rozkłady jazdy autobusów. Analizujemy i jest decyzja. Dzisiaj odwiedzimy Spittal an der Drau. Autobus mamy po 12, za bilety płacimy 7,60 euro (mamy zniżkę, uważny czytelnik zaczyna się chyba nudzić – mamy Kärnten Card). Po około godzinie jazdy jesteśmy na miejscu. Pogoda wspaniała. Ostatni dzień lata dał nam możliwość pochodzenia w krótkich rękawkach.

Rok temu w Tyrolu, chodziliśmy w polarach, a przy wjeździe na ponad 3000 metrów zakładaliśmy zimowe ubrania. Spittal an der Drau to położone na wysokości 560 m n.p.m. szesnastotysięczne miasto będące stolicą powiatu o tej samej nazwie. Miłośnicy skoków narciarskich powinni wiedzieć, że urodził się tu 30 października 1986 r. Thomas Morgenstern – mistrz olimpijski z Turynu z 2006 r. A może wy znacie jeszcze kogoś słynnego pochodzącego z Spittal an der Drau?

Wysiadamy na Neuer Platz, tuż przy przystanku autobusowym znajduje się ciekawie pomalowany budynek dawnego zajazdu. Także na Neuer Platz w City Centre na pierwszym piętrze, znajdujemy coś, co bardzo lubią nie tylko mali, ale i duzi chłopcy. Jest to największa w Austrii makieta modeli kolejowych (Erlebniswelt Eisenbahn, czynna od 15 kwietnia do 31 października, od poniedziałku do piątku w godzinach 09.00 – 18.00, w soboty od 09.00 do 17.00, w niedziele – nieczynna, ceny biletów: dorośli 6 euro, dzieci 2,50 euro, przy wejściu grupy dorośli – 5 euro, dzieci – 2,20 euro, odwiedzający mają zapewniony na dwie godziny gratis garaż podziemny w City Centre). Makieta liczy sobie 300 metrów kwadratowych. Beata patrzy na mnie lekko zdziwiona, a ja nie mogę oczu oderwać od przejeżdżających pociągów. Niektóre stoją na semaforze i czekają, aż przejedzie ten z przeciwnego kierunku, niektóre wjeżdżają wysoko w góry. Na ścianach historia powstania kolei w Wysokich Taurach (pierwszą linię w 1905 r. osobiście otworzył cesarz Franciszek Józef I). Beata wygania mnie na zewnątrz. Rzeczywiście, nie przyjechaliśmy do Spittal an der Drau tylko oglądać modele kolejek.

Spittal an der Drau (powiększenie)

Spittal an der Drau. Największa w Austrii makieta modeli kolejek

 

Na połączeniu Burg Platz i Otrenburgerstarβe znajdujemy informację turystyczną. Zaopatrujemy się w niezbędne do dalszego zwiedzania plany miasta i w pierwszej kolejności ruszamy do Goldeck Seilbahn Talstation (dolnej stacji kolejki linowej Goldeck). Po drodze mijamy Zamek Porcia, widzimy wieżę miejscowego kościoła. Dojście do kolejki zajmuje nam około 30 minut z centrum miasta (musicie jednak pamiętać, że Beata kulała, myślę, że w normalnej formie fizycznej do przejścia z centrum miasta do kolejki potrzebować będziecie nie więcej niż 15 minut). Przechodzimy obok Drautal – Perle, miejscowego aquaparku, i już jesteśmy przy stacji. Za wjazd na górę i zjazd, nie mając Kärnten Card (my ją mamy – wjazd i zjazd za darmo) zapłacilibyśmy 16 euro (młodociani, to znaczy urodzeni w latach 1994 – 1991, i seniorzy – urodzeni w 1949 r. i starsi: 14,50 euro, zaś dzieci – 9,00 euro, cały cennik na: www.goldeck-spittal.at/sommer/index.php).

Przez średnią stację (Mittelstation, 1650 m n.p.m.), gdzie musimy się przesiąść do innego wagonika, wjeżdżamy na górę (2050 m n.p.m.). Widoki wspaniałe. Jak na dłoni widzimy cel naszej podróży. W oddali majaczy Millstätter See Widzimy odchodzące stąd szlaki i żałujemy, że nie możemy nawet zejść na dół. Beata przeszła parę metrów do góry, potem posłuchała mojej perswazji i zeszła ze mną do górnej stacji kolejki. W tym samym budynku jest restauracja. Czujemy się głodni, a może to nasze lenistwo (nie będzie trzeba robić obiadu) i zamawiamy jedzonko. Beatka, mogłaby być już fachowcem od oceniania jabłecznika z bitą śmietaną i oczywiście tylko takie danie ją interesuje (po zjedzeniu stwierdziła, że smaczne). Ja natomiast, nie wiedząc co mnie czeka z beztroską miną proszę o Geselchtes i widząc co wyprawia kucharz zaczyna robić mi się lekko słabo. Wyobraźcie sobie dwie potężne łychy gotowej kapusty z kminkiem, na to olbrzymi knedel, do tego gruby plaster szynki i dwa równie eleganckie plastry boczku, obok skromnie musztarda i chrzan i oczywiście duże piwo. Rachunek za wszystko – 17,90 euro. Nie wiem jak mi się udało, ale dałem radę (knedel był taki sobie, zostawiłem trochę, ale nie tyle, żeby mówić, iż go nie zjadłem). Po takim jedzeniu nie pozostało nam nic innego jak spalić kalorie jazdą kolejką na dół. Taka sama droga (przesiadka na średniej stacji), ale ludzi w wagonikach zdecydowanie więcej. Wszyscy niemieckojęzyczni, trochę zdziwieni, kiedy słyszą nasze szeleszczenie.

Goldeck (powiększenie)

Kolejka na Goldeck. W tle Spittal an der Drau

 

Wysiadamy z kolejki i kierujemy się na Hauptbahnhof sprawdzić autobusy. Akurat stoi POSTBUS do Bad Kleinkirchheim. Widzę, że Beatka już jest zmęczona, ładujemy się do autobusu i za te same pieniądze (7,60 euro) wracamy do domu. W autobusie grupa nastolatków wracających ze szkoły. Jest dobra wiadomość dla świata. Pod każdą szerokością i długością geograficzną w tym również w Austrii dzieciaki zachowują się dokładnie tak samo … niesfornie.

 

 

23 września 2009 r.

Kontuzja Beaty nie pozwala jej jeszcze na zbytnie forsowanie kolan. Kontynuujemy wczorajszą formę zwiedzania i postanawiamy odwiedzić trzecie jezioro w Karyntii – Ossiacher See oraz wjechać kolejką na Gerlitzen. Na stronie www.postbus.at sprawdziłem połączenia. Jest to o tyle ciekawe, że uwzględnia ona również dojazdy pociągiem. Zresztą na stronach kolei austriackich znajdziecie dokładnie to samo, jeżeli wyszukiwarka połączenia nie znajdzie pociągu do danej miejscowości, na pewno zaproponuje Wam POSTBUSA i co najważniejsze nie okłamie, jeżeli chodzi o połączenie.

Kierowca autobusu do Patergassen lekko się zdziwił, jak powiedzieliśmy mu, że chcemy bilety do Annenheim. Mówił, że musimy jechać przez Villach, zresztą tylko takie połączenie proponował jego komputerek biletowy. Uparliśmy się i powiedzieliśmy mu, że z Feldkirchen także mamy pociąg i … jedziemy. W Patergassen czekał autobus do Ebene Reichenau, kierowca, który nas przywiózł myślał, że tamten jedzie od razu do Feldkirchen, a widząc, że zostajemy na przystanku, zatrzymał swój autobus, wysiadł, pogadał z kolegą i dopiero wtedy ruszył w dalszą drogę. To tylko taka mała rzecz, która nas jednak bardzo podniosła na duchu. Gość wiedział, że ma do czynienia z obcokrajowcami (ach ten nasz niemiecki) i po prostu zadbał o nas. Może myślał, że się nie zrozumieliśmy. W każdym razie, po takim poranku, pomimo wspaniałej słonecznej pogody, dzień staje się jeszcze piękniejszy.

O 9.48 mieliśmy POSTBUSA do Feldkirchen (przejazd za dwie osoby – 6,60 euro, przypominam tylko, że płacimy 50 %). Jeżdżąc po Austrii autobusami pamiętajcie po pierwsze, że kierowca nie ma obowiązku zatrzymania się na przystanku, jeżeli nikogo nie widzi (my nie spotkaliśmy się, aby zatrzymywał się tam gdzie nie było ewentualnych pasażerów, a przez ostanie dwa lata podczas urlopów POSTBUSY były naszym podstawowym środkiem komunikacji), dlatego dobrze w porze przyjazdu autobusu, a najlepiej 5 minut przed planowanym przybyciem stanąć na przystanku w widocznym miejscu, a nie na przykład siedzieć w wygodnych drewnianych wiatach. Po drugie bilet wydaje Wam kierowca, u niego płacicie i oczywiście on wydaje resztę (dobrze mieć przy sobie drobne pieniądze, na przykład, jeżeli będziecie chcieli rano zapłacić banknotem o nominale 50 euro, kierowca może mieć problemy z wydaniem reszty).

Dla równowagi ducha, żebyśmy znowu tak sobie aż cudownie o tej Austrii nie myśleli, kierowca autobusu do Feldkirchen, pomimo tego, że według rozkładu jazdy miał podjechać pod dworzec kolejowy, zrobił sobie skrót i od razu zajechał na końcowy przystanek (dworzec autobusowy, po wyjściu z autobusu kierować się prosto około 500 metrów ulicą, po prawej stronie wypatrywać dworca kolejowego). Mamy około 10 minut, ale udaje nam się złapać pociąg do Villach. Przemiły konduktor, świetnie mówiący po angielsku, wydaje nam bilety do Annenheim (50 %, w kolejach też mamy zniżkę, praktycznie nasz portfel uszczupla się o kwotę 4,80 euro). Oczywiście nie ma mowy o jakiejś opłacie za wydanie biletu w pociągu.

A tak, a propos, nie znając niemieckiego świetnie dogadacie się w Austrii posługując się angielskim. W każdym newralgicznym punkcie (kasa biletowa, hotel, pensjonat, informacja turystyczna, lotnisko) znajdzie się na pewno osoba mówiąca w języku Franka Lamparda. Wreszcie dojechaliśmy do Annenheim. Kiedy wysiądziecie z pociągu po jednej stronie (lewa od Feldkirchen, prawa od Villach) będziecie mieli jezioro i przystań dla statków (Schiffsstation), a po drugiej (prawa od Feldkirchen i lewa od Villach) Kanzelbahn (kolej linową na Gerlitzen).

Na miejscu trochę zmieniamy plany. Podejmujemy decyzję, że w pierwszej kolejności wjedziemy kolejką na Gerlitzen, a dopiero potem popływamy sobie statkiem. Podchodzimy do kasy, okazujemy nasze karty turystyczne, dostajemy bileciki (nie płacimy, karta daje przywilej jechania kolejką za darmo) i wjeżdżamy do średniej stacji. Tam z kolei gondolowej przesiadamy się na krzesełkową (maksymalnie cztery osoby na krzesełku) i dojeżdżamy do szczytu (1911 m n.p.m.). Kapitalna góra, dużo świetnych szlaków, widać, że w zimie, co ważne również początkujący adepci narciarstwa mogą tutaj szlifować swoją formę. Sprzyjające wiatry powodują, że jest ona bardzo popularna wśród paralotniarzy. Sami widzimy ich kilkunastu, początkowo rozstawiających sprzęt, a następnie wzbijających się w powietrze. Idziemy do jednej z knajp. Tam poza piciem bierzemy sobie Brettljause (talerz, z pokrojonymi karynckimi przysmakami – to znaczy kiełbasą, szynką, boczkiem, pasztetową, metką, marynowaną papryką, chlebem i serem) i najadamy się do syta.

Gerlitzen (powiększenie)

Karyncka przekąska

 

Potem w kolejkę i na dół (o 14.20 mamy rejs statkiem). Jakiś czas pozostajemy na średniej stacji. Podziwiamy widoki. Mamy dzisiaj super pogodę, gdyby ktoś powiedział mi, że to pierwszy dzień jesieni, nie wiedząc o tym zrobiłbym mu na czole wymowne kółko. Przechodząc do konkretów, wjazd i zjazd kolejką kosztuje osobę dorosłą – 17,50 euro, dzieci płacą 8,50 euro, zaś za bilet rodzinny (dwoje dorosłych plus jedno dziecko, inne dzieci gratis) zapłacimy 43,50 euro. Piszę tutaj o pełnym zjeździe i wjeździe. Jest jeszcze kilka kombinacji, ale zainteresowanym najlepiej będzie jak polecę stronę www.gerlitzen.com (jest także wersja w języku polskim).

Po wyjściu z kolejki spacerkiem idziemy sobie się nad brzeg Ossiacher See. Tak jak już wspominałem jest to trzecie co do wielkości jezioro w Karyntii (501 m n.p.m., 11 kilometrów długości, od 600 do 1700 metrów szerokości, głębokość sięga 52 metry, podobno pod koniec II wojny światowej zatopiono tutaj duże ilości broni). Na przystani czeka już kilkunastu chętnych. Zgodnie z rozkładem jazdy przypływa MS Ossiach, wsiadamy, zamiast biletów okazujemy nasze Kärnten Card, wchodzimy na górny pokład i zaczynamy podziwiać widoki. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie obraz jeziora otoczonego górami robi piorunujące wrażenie (to samo miałem jak zobaczyłem Jezioro Garda). Nie mogę napatrzyć się na wspaniałe góry, i równie cudowne utrzymane, kolorowe brzegi, na których stoją domy, z których części, niczym z garażu można wypłynąć łódką na jezioro. Popijamy sobie Rotes Mezo i Radla (czerwone wino z lemoniadą i piwo ze spritem, 5,70 euro), widzimy wszystko takim jakim jest niebo czyli w pięknych niebiesko – błękitnym kolorze. Podziwiamy paralotniarzy, którzy jakby specjalnie dla nas robią w powietrzu swoje akrobacje. Żartuję sobie nawet z Beaty, że gdyby nie ta jej kontuzja, to byśmy chyba tutaj nie przyjechali i nie zobaczyli tych pięknych rzeczy. Ta patrzy na mnie badawczo i mówi, że mam rację. Wszystko co dobre i piękne ma jednak szybko swój koniec.

MS Ossiach (powiększenie)

Ossiacher See. Podpływa MS Ossiach

 

Z MS Ossiach wysiadamy po dwóch godzinach, również w Annenheim. Po pół godzinie mamy pociąg do Villach (bilety, 50 % zniżki – 2,20 euro), a stamtąd autobusem przez Radentheim dojeżdżamy do Bad Kleinkirchheim (bilet, z 50 % zniżką, dla dwóch osób – 8,40 euro). Acha zapomniałem dodać, że gdyby ktoś z Was zdecydował się na podróżowanie bez karty turystycznej to za rejs statkiem, taki jaki był naszym udziałem zapłaci 10 euro – dorosły, 5 euro – dziecko bądź 22,00 euro (bilet rodzinny, to znaczy dwoje dorosłych i jedno dziecko). Więcej kombinacji na stronie: www.kaerntner.schiffahrt.at.

 

 

24 września 2009 r.

Wstajemy wcale nie tak wcześnie, ale nie spieszymy się. Beata czuje się już lepiej i możemy wyjść trochę na szlak. O 12.30 ruszamy do Feld am See. Szlak zaczyna się przy Termach Świętej Katarzyny. Wystarczy przejść na drugą stronę ulicy (tam gdzie jest informacja turystyczna i prosto, początkowo przez Wasserix – Siennespark, następnie Talrundweg w kierunku Spittal an der Drau, a następnie zgodnie ze wskazówkami.

Szlaki (powiększenie)

Takie drogowskazy prowadzą turytów na austriackich szlakach

 

Szliśmy tym szlakiem w przeciwnym kierunku podczas naszej niesławnego zejścia z Kolmnocka i dopiero teraz podziwiamy widok skąpanej w słońcu doliny. W oddali rozpoznajemy Radenthein, idzie się super, słonko, lekki wiaterek, nie jest ani za gorąco ani za zimno, czyli idealna pogoda na spacerek. Pierwsze mijamy Obertweng. Urocza wioska. Pełno w niej starych domów. Beata zaprzyjaźnia się z kozą, mało brakowało, a doszłoby do chyba pierwszego porwania kozy w tej okolicy. Ja o żadnych innych nic nie wiem. Dochodzimy do „stacji benzynowej dla rowerzystów i wędrowców – Tankstelle für Radfahrer und Wanderer” i pijemy z kubka zimną źródlaną wodę. Mamy scenkę z Barei. Kubek przymocowany jest do drzewa metalowym łańcuchem. Idziemy dalej, kolejne domy jak z obrazka, we wsi wre praca, prawie wszyscy mieszkańcy rzucili się do pił i tną drzewo na zimę. Przy domach, w domach i garażach widać równiutko poukładane pryzmy. Znak, że zima jednak zbliża się tutaj na razie małymi krokami.

Stacja (powiększenie)

Woda dla spragnionego wędrowca. Kubek przepisowo przypięty łańcuchem.

 

Ale co nam to, my mamy drugi dzień jesieni, która jakby jesienią w ogóle nie była. Zanim weszliśmy na dobre do Feld am See skręciliśmy w lewo i prowadzącą pod górę, mierzącą maksymalnie 200 – 300 metrów droga doszliśmy do wodospadów. Woda dopływa do nich z wysokości 1900 m, a więc ma do pokonania dobrze ponad kilometr. Porobiliśmy parę zdjęć i wreszcie weszliśmy do Feld am See.

Miejscowość ta leży na wysokości 745 m n.p.m. Warto wejść na Kirchenplatz (plac kościelny) i zobaczyć ewangelicki kościół. Przed nim, jak zaobserwowaliśmy, tak jak w każdej odwiedzanej przez nas wsi w Austrii pomnik ku czci poległych mieszkańców podczas I i II wojny światowej. Przechodzimy na plac, na którym znajdujemy „trzy w jednym”, to znaczy miejscowy urząd gminy (Gemeindeamt), dom kultury (Kulturhaus) i straż pożarną (Feuerwehr). W urzędzie gminy znajduje się informacja turystyczna. Dobrze zaopatrzona w materiały promocyjne tak ze wsi jak i z Karyntii. Potrzebujemy mapę i informację o zakwaterowaniu. I oczywiście dostajemy je. Z jeziorem (długość: 1,3 km, szerokość: 0,5 km, maksymalna głębia: 26,3 m, położone na wysokości 739 m n.p.m.) nad którym leży Feld am See zwanym również Brennsee i z jeziorem Afritzer (długość 1,7 km, szerokość: 0,4 km, maksymalna głębokość: 22,5 m, położone na wysokości 752 m n.p.m.) łączy się ciekawa legenda.

Dawno, dawno temu było tutaj jedne ogromne jezioro. Żył tutaj także olbrzym zwany Mirnockiem. Upodobał sobie córkę jednego z rybaków i porwał ją do siebie. Biedny ojciec nie mógł sobie znaleźć miejsca, tak tęsknił za ukochaną córką. Wreszcie poszedł po rozum do głowy, przyszykował sznapsa (wódkę) zaprawionego ziołami i dał go Mirnockowi do wypicia. Kiedy olbrzym zasnął, uwolnił córkę i uciekł z nią do domu. Wściekłość Mirnocka po obudzeniu była przepotężna. Wziął jeden z głazów rzucił nim w jezioro, a siła uderzenia była tak duża, że z jednego powstały dwa – Feldsee i Afritzer See. Tę historię poznaliśmy nad czystymi wodami jeziora. Żyje tutaj wiele gatunków ryb, na brzegach urządzane są liczne rybne festiwale. Postanawiamy zaszaleć i zjeść obiad w restauracji. Położona wspaniale, nad samym brzegiem jeziora, tak więc siedzimy sobie na pomoście na świeżym powietrzu. Szaleństwo jak szaleństwo, najeść się najedliśmy, wypić – wypiliśmy … zapłaciliśmy 35 euro. Trudno, niedługo wracamy, a nie zawsze chce się siedzieć w pensjonacie i gotować.

Po obiedzie wolnym krokiem dochodzimy do przystanku autobusowego. Przysiadają się do nas dwie miłe starsze panie. Patrzą na nas z coraz większym zainteresowaniem, bo słyszą jak „szeleścimy”. Wreszcie jedna z nich nie wytrzymuje i pyta czy jesteśmy z Holandii. Zaprzeczamy, chwalimy się polskością i że w ogóle to z Gdańska. Wtedy obie prawie jednocześnie mówią „Lech Waleza”. Jest nam szczególnie miło. Ludzie, mamy w kraju żywe ikony, osoby, przed którymi powinniśmy się kłaniać w pas i słuchać uważnie co mają do powiedzenia, a nie bawić się w niepotrzebne nikomu opowiastki o przewiezieniu motorówką na teren strajku czy o facecie, który w jednej bajce miał kumpla o imieniu Lolek. Ja bym się zresztą na miejscu Pana Prezydenta Wałęsy w tym kontekście tym nie przejmował, wszak Lolek wołano na niejakiego Karola Wojtyłę, późniejszego Papieża Jana Pawła II. A o czym by nie mówić, to Panowie zdecydowanie są z tej samej bajki. Zresztą rozmowa w miłymi Paniami także zeszła na Ojca Świętego, były pewne, że urodził się w Krakowie, zaręczam, że honor Wadowic został przez nas obroniony. W świetnych nastrojach wsiadamy do POSTBUSA (bilet dla dwóch osób: 4,80 euro, przy czym z uwagi na Kartę Karyncką mamy 50 % zniżki). Już w Bad Kleinkirchheim drobne zakupy (pół chleba w piekarni – 1,78 euro) i szybko do domu.

 

 

25 września 2009 r.

Wstajemy rano, wsiadamy w autobus i przez Villach jeszcze raz odwiedzamy Gerlitzen. Bardzo nam się tam podobało, ostatnio nie byliśmy za długo na szczycie, ponieważ goniliśmy do przystani, żeby popływać statkiem. Bilety z Bad Kleinkircheim do Annenheim – 10 Euro za dwie osoby (50 % zniżki – Kärnten Card). Po 10.00 jesteśmy na szczycie (1911 m n.p.m.). Wjazd mieliśmy za darmo (kolejka należy do programu Kärnten Card). Ubieramy cieplejsze rzeczy. Hula wiatr, czasami i to bardzo czasami coś nad nami przybiera niebieski kolor. Można nawet powiedzieć, że jesteśmy w chmurach, tylko niestety nie bujaliśmy w obłokach.

Beata decyduje, że kolano wytrzyma zejście do średniej stacji (Kanzelhöhe) i nóżka za nóżką idziemy na dół czerwonym szlakiem. Po drodze przystajemy przy Pöllingerhütte (1630 m n.p.m.). Mają dzisiaj ruhe Tag, w dosłownym tłumaczeniu cichy dzień, a normalnie po prostu schronisko jest nieczynne. Uważajcie planując chodzenie po górach, niektóre schroniska właśnie w piątki mają ten „cichy dzień”, lepiej dowiedzieć się wcześniej, szczególnie przy dłuższej trasie, bo można srodze się rozczarować. Ze sprawdzeniem nie ma problemów, wszak od czego jest internet.

Około 12.15 jesteśmy przy średniej stacji. Obsługi kolejek gondolowej i krzesełkowej mają przerwę obiadową (Mittagpause – też trzeba na to uważać i lepiej zamiast od razu wskakiwać do wagoników, sprawdzić na stacji czy przerwa jest planowana i w jakich godzinach), więc wchodzimy do czynnego baru, zamawiamy gorącą czekoladę i herbatę z rumem (zmarzliśmy schodząc z góry), pijemy, płacimy (5,60 euro), w międzyczasie kolejka gondolowa rusza, więc szybko zjeżdżamy na dół. Dosłownie na styk łapiemy autobus do Villach. Przyszło nam do głowy, żeby jeszcze zobaczyć punkt wyznaczający geograficzny środek Karyntii (w Arriach). W Villach mamy szczęście po ra z kolejny, tylko parę minut czekamy na autobus do Arriach.

Przejeżdżamy przez austriackie wsie i nagle uderza mnie, że dosłownie w każdej znajduje się bankomat. I żeby to tylko jeden, na przykład w Patergassen malutkiej miejscowości pomiędzy Bad Kleinkircheim, a Feldkirchen naliczyliśmy dwa bankomaty w promieniu 50 metrów. W Bad Kleinkircheim, gdzie mieszkamy znalazłem trzy, przy czym te dwa, z których akurat korzystaliśmy były w odległości nie większej niż 300 m. Taki po prostu kraj. Rozmyślania przerywa mi Beata sójką w bok. Znak, że dojeżdżamy do Arriach. Wysiadamy w samym centrum, przy poczcie, tuż przy placu na którym znajduje się kościół ewangelicki. Szukamy owego punktu, idziemy tak jak pokazują na drogowskazy i tuż przed kościołem katolickim widzimy, że nici z zamiarów, ponieważ do środka Karyntii i z powrotem musimy przeznaczyć na to co najmniej 4 godziny, a tyle czasu nie mamy (jest 14.15, o 16.39 musimy wsiadać w autobus powrotny). Robimy parę zdjęć, kręcimy kilka ujęć. Zostawiam Beatę (oczywiście na chwilę) i idę zwiedzić kościół katolicki p.w. św. Filipa i Jakuba (Pfarrkirche St. Philippus und Jakobus). Nie jest zamknięty, wchodzę do środka i chłonę atmosferę wiejskiego kościółka. Niedawno odbyły się w nim dożynki, widać dekoracje w jaką ubrano świątynię (przy ławkach małe bukiety z plonów, przed ołtarzem wieniec).

Arriach (powiększenie)

Arriach. Kosciół p.w. św. Filipa i Jakuba

 

Wracam do żony. Trochę leniuchujemy, wreszcie stwierdzamy, że już czas i ruszamy do centrum wsi. Podczas zakupów w piekarni bardzo miła rozmowa z panią, która sprzedaje nam chleb. Pyta oczywiście skąd przyjechaliśmy, a potem rozmawiamy o najkrótszej drodze przez góry do Bad Kleinkirchheim. Zauważyłem, że w Austrii w piekarniach jest parę stolików, gdzie można sobie zjeść świeże ciacho i wypić coś bezalkoholowego. I bardzo mi się to podoba. Kupić chlebek, ciacho, kawę, spokojnie zjeść ciacho, wypić kawę, wziąć chleb i iść do domu. Za szybko zdecydowanie w tej naszej Polsce żyjemy. Oj, za szybko. Po zakupach siedzimy na ławce. Podchodzi do nas starszy pan i pyta gdzie jedziemy, bo nie po raz pierwszy widzi nas, jak kundujemy po okolicy. Odpowiadam, że mieszkamy w Bad Kleinkirchheim, pan bardzo żałuje, bardzo przeprasza, ale nie może nas podwieźć. My w odróżnieniu od niego nie żałujemy, tylko jesteśmy pod wrażeniem uprzejmości, kultury i taktu. Może Austria jest małym krajem, ale jeżeli chodzi o jej mieszkańców mogę tylko powiedzieć, że należy do światowych mocarstw. Bezinteresowna, dobra, uprzejma, uśmiechnięta i cierpliwa. Powtórzę się, ale będę to jeszcze wiele razy pisał. Fajna ta Austria!!!

Tuż przed odjazdem autobusu, jeszcze kiedy czekamy na przystanku, zaczyna padać deszcz. Jesteśmy jednak w takim nastroju (dzięki tuziemcom), że w ogóle to nam nie przeszkadza. Wsiadamy do środka. Kierowca po przejechaniu paru kilometrów pokazuje nam gdzie mamy wysiąść i czekać na kolejny, potem parę minut na przystanku i w autobus do Radenthein, gdzie przesiadamy się w POSTBUSA do Bad Kleinkircheim. Około 18.00 otwieramy drzwi naszego pokoju w pensjonacie. Koszty podróżowania (wszystkie bilety kupowane w POSTBUSACH): Anneheim – Villach: 2,20 euro, Villach – Arriach: 5,80 euro, Arriach – Bad Kleinkirchheim: 6,60 euro (wszystkie ceny za dwie osoby, które miały 50 % zniżki, ponieważ posługiwały się Kärnten Card). Na marginesie powiem tylko, że Arriach wybraliśmy ponieważ parę razy przejeżdżaliśmy obok miejsca (droga numer 98: Villach – Radenthein), gdzie na drogowskazie podana była odległość do miejscowości, a bezpośrednio pod nim znajdowała się informacja o tym, że jest tam centralny geograficzny punkt Karyntii (Mittelpunkt). Pamiętajcie jednak, że nie oznacza to, że doń pozostają podane na drogowskazie 4 kilometry. Co to, to nie. Z samego Arriach trzeba jeszcze iść dwie godziny w jedną stronę. Do jutra, jeżeli po trzech tygodniach macie jeszcze siły na czytanie tego bloga.

 

 

26 września 2009 r.

Zaledwie trzy tygodnie temu przyjechaliśmy do Bad Kleinkirchheim, a nasze myśli coraz częściej wracają do kraju, pracy, codziennych problemów. Zleciał nam ten urlop nie wiadomo kiedy. Tak to jednak jest. Wszystko co sprawia przyjemność ulatuje bardzo szybko, problemy za to potrafią zagnieździć się i gnieść przez długie lata. Nazywają to życiem… Koniec filozofii.

Pospaliśmy sobie do oporu (10.00 – 10.30). Potem spokojnie śniadanie mistrzów, a po nim kije w dłoń i plany o wejściu na Wöllaner Nock (2145 m n.p.m.). Na Kaiserburg wjeżdżamy kolejką (cały czas nie płacimy, mamy Kärnten Card). Potem powoli, bez wygłupów (Beata narzeka cały czas na lewe kolano) wchodzimy na Wöllaner Nock. Pogoda taka sobie, mgły wzbijają się do góry i łączą z coraz ciemniejszymi chmurami, w których często musimy chodzić. Na szczęście nie pada. Na szczycie zaczynamy zastanawiać się w jaki sposób można by dojść do Arriach (876 m n.p.m.) i ruszamy na Vorderer Wöllaner Nock. Po 20 minutach jesteśmy na szczycie (2090 m n.p.m.). Chmury na chwilę rozstępują się i możemy zobaczyć w dole miejscowość, w której wczoraj byliśmy (Arriach). Niestety podczas tegorocznego pobytu nie damy rady tam dojść. Czas goni, szybko z powrotem, musimy wspiąć się na Wöllaner Nock. Później już z górki, spokojnie dochodzimy do kolejki.

Woellaner Nock (powiększenie)

Droga na Woellaner Nock

 

Mijamy przejście przez płot (deski zbite na kształt schodów). Piszę o tym, ponieważ jest to urządzenie często spotykane na austriackich szlakach i nie stanowi części ogrodzenia, tylko właśnie przejście na jego drugą stronę. Nie ma więc co się martwić, że narusza się święte prawo własności, tylko śmiało przechodzić i wędrować dalej (rzecz jasna po wytyczonym szlaku). Wieczorem robimy sobie mały spacerek po naszej wsi. Cisza, spokój, ładnie oświetlone hotele i domy wypoczynkowe. Wyciszeni wracamy do domku. Jutro planujemy pożegnanie z St. Osvald.

 

 

27 września 2009 r.

Planowanie u nas niestety leży i kwiczy. W niedzielę do St. Osvald!!! Dobre sobie!!! Połączenia fatalne (niedziela) i pomimo tego, że jutro już nie wjedziemy na górę Nationalparkbahn Brunnach, mówi się trudno. Za to dzisiaj we wsi mamy dożynki (Erntdankfest) i postanawiamy je sobie obejrzeć. Początkowo uroczystości odbywają się oddzielnie w kościele ewangelickim i oddzielnie w katolickim. My idziemy od razu na plac przed urzędem gminy, gdzie zaczęło się już wspólne ekumeniczne nabożeństwo. Razem stoją ksiądz katolicki i pastor, wspólnie odmawiają modlitwy. Śpiewa dziecięcy chór. Miejscowa ludność ubrana odświętnie, widać, że czekali na ten dzień. Po nabożeństwie ksiądz i pastor wsiadają do bryczki i jadą około 2 kilometrów do miejsca gdzie przygotowano coś dla ciała i dla ducha. Za nimi rusza barwny pochód. Na doczepionych do ciągników przyczepach jedzie miejscowa orkiestra, przewożone są wieńce dozynkowe. Za ostatnim ciągnikiem pod niezawodną opieką miejscowej policji podąża pochód mieszkańców i turystów.

Dożynki (powiększenie)

Dożynki. Ekumeniczna modlitwa

 

Na dużej polanie rozstawiono już ławy i stoły. Do jedzenia miejscowe specjały, do picia to co zwykle, czyli sznaps, piwo, wino i oczywiście napoje bezalkoholowe. Jest jakoś inaczej niż na Almabtrieb. Atmosfera na dożynkach wydaje się być bardziej podniosła. Może to dlatego, że dzisiaj nie było żadnego handlu? A może jestem przewrażliwiony. Nie wiem. W każdym razie bierzemy sobie jakieś winko i piwo (5,20 euro) i rozmawiamy o tym naszym urlopie. Gra kapela, ludzie wyluzowani siedzą przy stołach, piją, jedzą, rozmawiają. W pewnej chwili do naszego stolika dochodzi przemiła para Austriaków w zacnym już wieku i dowiedziawszy się, że jesteśmy z Polski zaczynają z nami rozmawiać. Uruchamiamy mózgi na najwyższe obroty znajomości mowy Goethego i muszę przyznać, że to było jedne z najmilszych trzech godzin, jakie kiedykolwiek mi było spędzić z obcymi było nie było ludźmi. Jakoś się dogadaliśmy, wspólnie pośmialiśmy, wypiliśmy jeszcze jakieś winko i piwko. Pan, który z nami rozmawia ma 78 lat. Po pierwsze to ja wcale nie jestem pewien czy w ogóle tego wieku dożyję, a po drugie jeżeli już to chyba nie w takiej cudownej formie. Śmiejemy się, że to powietrze tak dobrze robi.

Dożynki (powiększenie)

Na dożynkach też trzeba się posilić

 

Para, z którą rozmawiamy pochodzi z Grazu. Niech żyje Graz!!! Żegnamy się bardzo wylewnie i serdecznie. To były bardzo dobre chwile. W drodze powrotnej przechodzimy obok „gazet na słupie”. Już wyjaśniam cóż to takiego. Otóż gazety znajdują się w foliowych torbach, aby czasem nie zamokły, potencjalny czytelnik wrzuca do skarbonki odliczoną kwotę i bierze sobie z niezabezpieczonej niczym torby gazetę. Taki test nie na uczciwość, ale według mnie na jak najbardziej normalną normalność. Chcesz bracie gazetę, proszę bardzo, jest na wyciągnięcie dłoni, pamiętaj jednak, że trzeba za nią po prostu zapłacić. Takie same „gazety na słupie” widzieliśmy w ubiegłym roku w Innsbrucku i w tym w Klagenfurcie. Rozmawiamy trochę o tym i stwierdzamy, że gdyby jakieś „ginęły” nikt by ich po raz kolejny na te słupy nie wieszał. Tak niedaleko od naszej południowej granicy, a tyle innych zwyczajów i przyzwyczajeń.

Gazeta na słupie (powiększenie)

Miejscowy kiosk. Cena 1,60 (Euro oczywiście)

 

Od czasu do czasu musimy, co oczywiste, wyrzucać śmieci. Rodzaje koszów zmuszają od razu do sortowania, inne są na białe szkło, inne na kolorowe, inne na papier, inne na butelki typu PET, folie, inne na resztki organiczne. Mają dzieci przykład ekologicznego myślenia i jak dorosną takie postępowanie staje się dla nich czymś oczywistym, co będą naturalnie dalej przekazywać swojemu potomstwu.

Będąc w Bad Kleinkirchheim dwa razy zetknęliśmy się z sytuacją, w której we wsi lądował śmigłowiec medyczny (pogotowie ratunkowe), który po przywiezieniu chorego przez karetkę nazwijmy to „lądową” natychmiast wzbijał się w powietrze i leciał do szpitala. Można zorganizować pomoc medyczną jak należy? Oczywiście, że można. To co się u nas „w tym temacie” wyrabia woła o pomstę do nieba i nie jest dla mnie niczym innym jak szafowaniem zdrowiem własnych obywateli. To najbardziej człowieka wkurza. Oczywiste rzeczy, za które nikt się nie chce zabrać. Bo sami powiedzcie na ilu polskich podwórkach znajdują się kosze gdzie należy wrzucać posegregowane odpady? Nawet już jak są, to i tak w większości przypadków nie patrzy się na to co i gdzie się wrzuca. Wszystko do jednego wora i do śmieci. Tak po prostu. Bezmyślnie. O służbie zdrowia i opiece powypadkowej nie wspominam. Nie ma to najmniejszego sensu. Za duże różnice. „Gazety na słupach”, czyste, nie pobryzgane żadnymi szprejami pociągi i autobusy też sobie zostawiam. Szkoda słów.

 

 

28 września 2009 r.

Jutro zaczynamy drogę powrotną do Polski. Szkoda stąd odjeżdżać, ale żeby ten urlop jako taki mieć trzeba jeszcze popracować. Dzień na totalnym luzie. Kaiserburgbahn wjechaliśmy do góry, pokręciliśmy się trochę po okolicy, zrobiliśmy jeszcze parę zdjęć i po trzech godzinach zjechaliśmy do doliny. Przechodząc przez jezdnię śmieję się do Beaty, że będzie trzeba szybko zmienić przyzwyczajenia. Tutaj dochodząc do przejścia dla pieszych można być pewnym, że nadjeżdżający samochód zatrzyma się. Nie chciałbym trenować tego w Polsce i wchodzić na przejście nie interesując się i to bardzo, co zrobi nasz kierowca, który prowadząc samochód uważa się za pana świata i w nosie ma innych, a pieszych to już przede wszystkim. To jednak nic innego jak kwestia kultury. Nie masz jej, nie przepuścisz pieszego, zajedziesz drogę rowerzyście, wjedziesz z impetem w kałużę. Dlaczego? Dla kilku marnych minut. Kompleksiki poza tym można sobie poleczyć. Inna rzecz czy się je w ten sposób wyleczy. Wieczorem jedna z najsmutniejszych czynności na każdym urlopie, czyli pakowanie. Jakoś daliśmy radę. Ale to już znak, że nieodwołalnie wracamy. I bardzo, bardzo nam smutno.

 

 

29 września 2009 r.

Dogadaliśmy się w pensjonacie, że możemy karty turystyczne odesłać z Polski. Miło ze strony gospodarzy, tym bardziej, że miało to swój konkretny finansowy wymiar. Za podróż z Bad Kleinkirchheim do Klagenfurtu zapłaciliśmy połowę normalnej ceny – konkretnie 14,60 euro. Pogoda super. Karyntia żegna nas słońcem i ciepłem. Wyjechaliśmy o 10.18, w Villach przesiedliśmy się do pociągu i o 12.26 byliśmy w Klagenfurcie. W pierwszej kolejności postanowiliśmy zostawić rzeczy w hotelu. Z dworca mieliśmy około 15 minut drogi. Hotelik uroczy, w samym centrum Klagenfurtu (City Hotel zum Domplatz), jak wskazuje nazwa położony tuż przy miejscowej Katedrze. I od niej właśnie zaczęliśmy zwiedzanie miasta.

Do roku 1578 była miejscem gdzie zbierali się protestanci. Następnie przekazano ją Jezuitom. Przebudowana i powiększona w stylu barokowym. W XVII wieku pomimo pożaru została zrekonstruowana. W środku podziwiamy ołtarz główny, ołtarze boczne, ambonę, freski na sklepieniu, organy i chór. Kościoły same narzucają nam, że w środku mówimy szeptem. Nie inaczej jest podczas naszej wizyty. Rozmawiamy cicho. Nie chcemy przeszkadzać modlącym się wiernym. Wychodzimy z Katedry i kierujemy się na Neuer Platz. Lindwurm jak stał tak stoi, dumnym spojrzeniem spogląda na nas cesarzowa Maria Teresa.

Na chwilę zaglądamy do informacji turystycznej (także Neuer Platz, budynek ratusza). Idziemy na obiad (21 euro) i snujemy się po mieście. Wchodzimy na wieżę kościoła farnego (Pfarrplatz) pod wezwaniem świętego Egidiusza (św. Idziego) – między innymi patrona Karyntii. Kościół ten dawniej miał dwie wieże. Na jego zewnętrznych murach znaleźć można tablice nagrobne. Żeby popatrzeć na panoramę miasta z wysokości 50 metrów musieliśmy pokonać 225 stopni. Kasa biletowa na górze!!! (dorośli – 1 euro, dzieci – 0,5 euro). Nie płacimy, cały czas mamy karty, o których tak wiele pisałem. Po zejściu z wieży spacerujemy po Alter Platz, na którym pełno czynnych knajpek.

Kierujemy się do siedziby Sejmu Krajowego (Landhaus). Zbudowany został w latach 1574 – 1594. Wchodzimy do Sali Herbowej i podziwiamy 665 herbów stanów Karyntii, premierów rządów krajowych, kanoników i innych oficjeli. Ponadto znajdują się tam wspaniałe obrazy i freski przedstawiające między innymi przekazanie stanom przez cesarza Maksymiliana w roku 1518 aktu darowizny miasta. Obok Sali Herbowej miejsce obrad obecnego Sejmu Krajowego. Skromna sala, ale z wszelkimi udogodnieniami technicznymi. Z Landhausu przez Heligengeist Platz idziemy do Parku Schillera. Potem znowu na Alter Platz.

Klagenfurt (powiększenie)

Klagenfurt. Sejm Krajowy. Sala Herbowa

 

Przystajemy przed Starym Ratuszem. Zbudowany w 1600 r. Nad wejściem malowidło Fromilla przedstawiające Justitię oraz godła kraju związkowego i miasta. Kręcimy się trochę nieskładnie, ale nie zawsze musisz chodzić według założonego z góry planu. Wchodzimy na Kramergasse (pomiędzy Neuer Platz, a Alter Platz) – pierwsza w Austrii (od 1961 r.) strefa pieszego ruchu i jednocześnie najstarsza ulica Klagenfurtu. Takie chaotyczne „szwendanie się” także ma swoje zalety. Zaczyna zapadać zmierzch. Zachodzimy do domu piwa (Bierhaus) Zum Augustin. Pijemy piwko i wino (Grüner Weltiner – polecam). Żegnamy się z miastem i krajem. Masz Austrio nie wypominając Ci Twego wieku piękną twarz. Do zobaczenia za rok!!!

 

 

30 września 2009 r. 

Wstajemy o 4.15, wsiadamy do taksówki i jedziemy na lotnisko (Flughafen). Za kurs, po zaokrągleniu płacimy 13 euro. Na lotnisku wiadomość, że padł system informatyczny Lufthansy i będziemy odprawiani ręcznie. I tak jest. Każdy dokument panie w kasach muszą sporządzać odręcznie. W pierwszej kolejności odprawiany jest samolot do Wiednia (6.00), a potem nasz do Monachium (6.55). Lot jak to lot, nic szczególnego. Patrzymy na złocące się w promieniach wschodzącego słońca szczyty górskie, milczymy i tak troszeczkę sobie wzdychamy.

W Monachium jesteśmy planowo. Szybko idziemy do Lufthansa Service, gdzie, jakże by inaczej, ręcznie wypisują nam karty pokładowe na lot do Polski. Jemy śniadanie (24,80 euro, dwa razy jajecznica, kanapka z tuńczykiem i łososiem, dwa razy kawa). Dziewczyna, która nas obsługuje, nagle odzywa się po polsku. Przy płaceniu pytam jak dawno temu wyjechała z Polski, ta odpowiada mi, że urodziła się w Niemczech, a po polsku umie jedynie kilka podstawowych zwrotów. To był pierwszy usłyszany język polski od naszego wyjazdu 5 września. Do tego w bardzo miłych okolicznościach. Potem siadamy w kącie wypoczynkowym. Mija godzina za godziną, w punkcie Lufthansy dziki tłum czeka na karty pokładowe. Jeżeli system wysiadł w całych Niemczech, to lepsze kongo mają na przykład we Frankfurcie, z tego co wiem większym porcie lotniczym niż Monachium.

Po 13.00 idziemy do swojego wyjścia. Pani z obsługi mówi nam, że cały system odpraw Star Alliance nie chodził, od godziny wszystko zaczyna jako tako funkcjonować. Drukuje nam karty pokładowe. Rozmawiamy z Polakami wracającymi do Polski. Dwóje młodych ludzi lecąc z Chicago kupiło sobie w Duty Free alkohol i perfumy. Pomimo, że mieli je zapakowane w bezpieczne torby na przejściu do Strefy Schengen nie chciano ich z nimi przepuścić. Włożyli je do bagażu głównego i denerwowali się czy aby nie będą mieli rzeczy w zapachu rudej. Lot mamy opóźniony, wreszcie przed 15 (planowy wylot 14.45) zapraszają nas do autobusu, który ma nas zawieźć do samolotu. Już ruszamy, kiedy wpada do wyjścia Jacek Kurski. Niestety dla niego autobus nie zatrzymuje się. Przed wyjściem z pojazdu pan z obsługi informuje nas, że będziemy wysiadać po 5 osób i rozpoznawać bagaż, jak się okaże, że nasz, poleci razem z nami. Jesteśmy w drugiej piątce. Poznajemy plecak oraz torbę i pakujemy się do samolotu. W Gdańsku lądujemy około 17.00. To już naprawdę koniec tego urlopu.

 

 

1 października 2009 r.

Tym razem po przebudzeniu człowiek nie biegał do okna, aby sprawdzić jaka jest pogoda. Od rana bierzemy się za ogarnianie prawie miesięcznej nieobecności, pralka ma chyba najwięcej pracy. Odkurzanie, wycieranie kurzów i czasami westchnienie, że fajnie nam tam było. Na sam koniec wspomnę o tyle razy wymienianej karcie turystycznej. W tym roku posługiwaliśmy się Kärnten Card. Za jej okazanie można było w samej Karyntii za darmo odwiedzić sto sześć miejsc. Były to rejsy statkami, jazdy kolejkami górskimi, zwiedzanie muzeów, wchodzenie na wieże widokowe i kościelne itd., itd. Na komunikację publiczną w Karyntii za okazaniem wspomnianej karty przysługiwała 50 % zniżka. W kontekście podawanych przeze mnie cen za atrakcje z których my korzystaliśmy zauważycie zapewne, że sprawa jest warta zainteresowania. Radzę przed wyjazdem do jakiegokolwiek regionu Austrii sprawdzić czy oferuje on karty turystyczne i jakiego są benefity.

Wszystko można sobie spokojnie, jeszcze w domu przeliczyć. W internecie dostępne są (najczęściej w PDF) broszury wydawane przez lokalne organizacje turystyczne. Według moich wyliczeń w tym roku zaoszczędziliśmy używając karty karynckiej 563 euro!!! (2364,60 zł). Biorąc pod uwagę koszt karty w tym roku (my mieliśmy ją w cenie pensjonatu), który za 5 tygodni dla osoby dorosłej wynosił 52 euro (dla dzieci – 25 euro), to i tak płacąc za dwie karty zaoszczędzilibyśmy 459 euro. Pomnóżmy to razy 4,2 i wychodzi nam 1927,80 zł. Warto? Pewno, że warto. Nie musicie kupować karty na pięć tygodni. Dostępne są także ważne przez dwa tygodnie w cenie: 36 euro (osoba dorosła) i 13 euro (dzieci, to znaczy urodzeni w latach 1994 – 2002). Ta, którą się posługiwaliśmy była ważna od 19 kwietnia do 26 października (karta sezonowa – dostaliśmy ją w pensjonacie). Więcej o niej dowiecie się na www.kaerntencard.at . Są również karty sprofilowane na zimę, na przykład: Snow & Fun Card Oberösterriech, Salzburger Super Ski Card, czy też Steiermark Joker.

Wrzesień według nas jest doskonałym miesiącem na pobyt w Austrii. My jesteśmy w sytuacji, w której nie musimy jeździć na urlop podczas letnich wakacji (dziecko dorosłe, ma swoje życie). Szlaki we wrześniu są mało uczęszczane, a najczęściej jest tutaj typowo letnia pogoda, przy czym nie jest ona aż tak uciążliwa jak w sierpniu czy lipcu.

W poniedziałek do pracy. Powoli zaczynam myśleć o przyszłorocznym urlopie. Jeżeli do niego dojdzie (a nie jest to takie pewne, bo zwalniam się i rozkręcamy z Beatą własną firmę) to już wiemy gdzie znowu pojedziemy. Do Austrii, bo uwierzcie mi – fajna ta Austria!!!

gekon2010

 

Zobacz album do tego wpisu: Austria Almabtrieb

Dodano: 20.01.2010 21:30
Ostatnia aktualizacja: 16.11.2017
Miejsce: Austria » Karyntia » Bad Kleinkirchheim

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com

Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.23
USD
3.59
CHF
3.62
GBP
4.74
Średnie kursy, 17-11-2017
Żródło: NBP

HOTELE

Booking.com

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.