Strefa Rezerwacji

Kalendarz wydarzeń

Luty 2018
pn wt śr cz pt sb nd
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11

linki

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

REKLAMA

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
TOP OKAZJE - najlepsze oferty biletów lotniczych, wycieczek i wyjazdów narciarskich. Sprawdź górne menu - druga zakładka od lewej.

Blog użytkownika gekon2010

Izrael – część 7, czyli 400 metrów pod poziomem wody - Morze Martwe i Masada

 

Kończy się nasz pobyt w Jerozolimie. Po śniadaniu robimy szybki spacer do kantoru. Na ulicy Salah – eDin widać jeszcze ślady po wczorajszych niepokojach. Na chodnikach leżą gumowe pozostałości po granatach z gazem łzawiącym. Niektóre kontenery na śmieci są wypalone. Poza tym normalny ruch, jak to w niedzielę w arabskiej dzielnicy.

 

Wracamy do hotelu, zabieramy bagaże i ruszamy na przystanek tramwajowy. Jedziemy do głównego dworca. W tramwaju w Jerozolimie napisy wyświetlane są po hebrajsku, arabsku i angielsku. Nie ma więc mowy, by przegapić swój przystanek. Ten, na którym dzisiaj wysiadamy nosi mało skomplikowaną nazwę „Central Station”. Przed dworcowym budynkiem spotykamy tłumy żołnierzy z długą bronią. Nie, nic się tym razem nie stało. Wczoraj wieczorem skończył się szabas i po prostu wojsko wraca z przepustek do swoich jednostek.

 

Przy wejściu na dworzec maszyna do prześwietlania bagażu. Porządku pilnuje mężczyzna z ochrony. Praca tutaj do bezpiecznych nie należy. Kilka dni temu jeden z jego kolegów został podczas niej zaatakowany nożem przez Palestyńczyka.

 

Wjeżdżamy ruchomymi schodami na trzecie piętro. Po prawej stronie znajdują się kasy. Kupujemy tam bilety do Ein Bokek nad Morzem Martwym. Za dwie osoby płacimy 75 szekli. Za kasami, prostopadle do nich, znajduje się rząd wejść na stanowiska, z których odjeżdżają autobusy. Nad nimi wyświetlacze, na których umieszczone są informacje dokąd i o której godzinie z danego miejsca odjeżdża autobus. Nasz rusza ze stanowiska 3.

 

Trudno zresztą do niego nie trafić. Ciągnie się przed nim potężna kolejka. Zaczynamy wątpić, czy damy radę wsiąść do naszego autobusu. Kolejny będziemy mieli za około półtorej godziny. Do Ein Bokek jedziemy z żydowskim przewoźnikiem, czyli firmą Egged. Jadą tam autobusy numer 486. Firma ma całkiem dobrą stronę internetową, dzięki której można poukładać sobie jazdę publiczną komunikacją po Izraelu. Przez Ein Bokek jeżdżą także autobusy linii 444, które swój ostatni przystanek mają w Ejlacie. Wreszcie podjeżdża nasz pojazd. Nie ma żadnego znaczenia, że kupiliśmy bilet w kasie. Kierowca sprzedaje je też w autobusie. Ten dosyć szybko zapełnia się. Stało się tak jak przewidywaliśmy. Zabrakło miejsc i musimy czekać dalej. Mamy jeszcze nadzieję, że wsiądziemy w jadący o tej samej godzinie 444, ale tutaj akurat szansę, żeby się do niego dostać mają jedynie ci, którzy chcą znaleźć się nad Morzem Czerwonym.

 

Kiedy już byliśmy przygotowani, że będziemy czekać dalej nagle, podjeżdża dodatkowy autobus. Obsługa zorientowała się, że 486 cieszy się dzisiaj olbrzymią popularnością i zareagowała tak jak należy. Do tego autobusu udaje nam się wsiąść.

 

Około 11.00 wyruszamy z Jerozolimy. Na ulicach duży ruch. Po kilkunastu minutach wjeżdżamy na terytoria palestyńskie. Przejazd około 120 kilometrów zajmuje nam mniej więcej 2 godziny i 15 minut. Po drodze opuszczamy teren Autonomii. Trudno tego nie zauważyć. Jest tam postawiony punkt kontrolny. Tym razem jednak nikt nie zatrzymuje autobusu i nie przeprowadza kontroli dokumentów.

 

Przystanek w Ein Bokek mamy tuż przy naszym hotelu. Wysiadamy, odbieramy bagaże z luku i po kilku minutach jesteśmy przy recepcji. Dostajemy klucze do pokoju, płacimy i wreszcie możemy rozpakować nasze rzeczy. Mamy piękny widok na Morze Martwe. Widzimy stąd znajdującą się po drugiej stronie wody Jordanię. Przed wejściem do pokoju, na prawej framudze drzwi zauważamy kawałek drewna. To mezuza. Żydzi wchodząc do domu powinni jej dotknąć i wypowiedzieć krótką modlitwę. Całują także dłoń, którą dotknęli mezuzy. W krajach islamu w pokojach hotelowych wyraźnie zaznaczany jest kierunek na Mekkę, zaś w Izraelu spotkacie się z mezuzą.

 

W samym Ein Bokek - najsłynniejszym uzdrowisku Izraela - tylko duże hotele. Nie zauważyliśmy w ogóle hosteli lub miejsc dla bardziej budżetowych klientów. Wśród turystów królują Rosjanie.

 

Kurort, do którego przyjechaliśmy, położony jest około 400 metrów... poniżej poziomu morza (w najniższym miejscu 421 metrów). Oznacza to, że jadąc z Jerozolimy znajdującej się na wysokości 580 metrów nad poziomem morza zjeżdżamy w dół około jednego kilometra. Tak dla porównania napiszę tylko, że najniżej położony punkt w Polsce we wsi Marzęcino na Żuławach sytuowany jest 2,07 metra poniżej poziomu morza (Raczki Elbląskie to tylko 1,81 metra p.p.m.).

 

Ein Bokek1 (powiększenie)

Ein Bokek, te góry w tle to już Jordania, fot. autor

 

Ein Bokek7 (powiększenie)

Takie cuda znajdziemy na dnie Morza Martwego, fot. Beatka

 

W Ein Bokek na plażach jest świetna infrastruktura. Są rzecz jasna prysznice. Woda Morza Martwego jest tak zasolona, że po każdym pobycie w niej koniecznie dokładnie trzeba się spłukać. Są także „oczkopłuki”. Przy nich pozbędziemy się słonej cieczy, gdyby tak się nieszczęśliwie złożyło, że wlałaby się nam do oczu.

 

Woda w Morzu Martwym za ciepła nie była. Beatka trochę tam się moczyła, ja tylko brodziłem. Na dnie znajdują się dosyć spore kulki soli, dlatego lepiej mieć ze sobą odpowiednie buty do wody. Inaczej narażamy się na niezły, naturalny peeling stóp. Samo Morze Martwe wyróżnia się zasoleniem wynoszącym aż 33,7 %. Biegnąca wzdłuż jego brzegu droga położona jest na wysokości 393 metrów p.p.m. Niesamowite miejsce. Nad nim za czasów króla Heroda Wielkiego powstać miał pierwszy ośrodek leczniczy. Nic dziwnego. Zawarte w tutejszej wodzie minerały mają doskonały wpływ na nasz organizm. Na wodzie można się położyć i na przykład czytać gazetę. Trzeba tylko złapać równowagę. Inaczej czeka nas szybki obrót, woda w oczach i szybki bieg do „oczkopłuka”.

 

Ein Bokek2 (powiększenie)

Plaża w Ein Bokek, fot. autor

 

Ein Bokek3 (powiększenie)

Plaża w Ein Bokek i "oczkopłuk", fot. autor

 

Ein Bokek4 (powiększenie)

"Oczkopłuk", fot. Beatka

 

Sklepy w kurorcie są dobrym tematem do dyskusji. Jeżeli już tutaj będziecie, radzę zrobić sobie porządny spacer i dobrze porównać ceny. Potrafią się różnić i to znacznie! Najwyższe są w ciągu sklepów przy plaży w okolicach dużego parkingu. Tam zatrzymują się wycieczkowe autobusy przywożące grupy turystów na jednodniowe wypady. Ludzie przyjeżdżają po to, by przede wszystkim pomoczyć się w solance. Potem ruszają na zakupy i nie patrzą na portfele.

 

Pierwszym używanym przez sprzedawców językiem jest rosyjski, angielski wchodzi w grę wtedy, kiedy zorientują się, że mowa Puszkina i Putina jest nam obca. Dobrze mają opanowane techniki sprzedaży, ciężko im wytłumaczyć, że na razie się tylko przyglądamy. W tym samym miejscu, w ciągu sklepów, znajduje się kantor wymiany walut. O kursach lepiej nie mówić...Są fatalne. Jest jeszcze jeden kantor, położony w okrągłym budynku w Petra Shopping Centre w okolicach hoteli Hod i Crowne Plaza Dead Sea. Centrum znajduje się przy dosyć dużym parku. Tam kursy są zdecydowanie korzystniejsze i nie odbiegają tak znacznie od tych z dzielnicy arabskiej w Jerozolimie. Zresztą ceny w sklepach również tam są bardziej przyjazne. Niezłe ceny kosmetyków są także w Hordus Centre, który znajdziecie naprzeciwko Isrotel Hotel Ganim (jego atutem jest to, że jest położony blisko plaży).

 

Asortyment w sklepach wszędzie jest podobny - to głównie kosmetyki robione na bazie tego, co można znaleźć w Morzu Martwym. Króluje wszelkiego rodzaju błoto do smarowania ciała i twarzy, sól i kremy.

 

Ein Bokek5 (powiększenie)

Ein Bokek, fot. autor

 

Ein Bokek6 (powiększenie)

Ein Bokek, fot. autor

 

W naszym hotelu pełno gości. Trwa Chanuka, dzieci mają wolne w szkołach i rodzice skorzystali z okazji, by wybrać się na dłuższy lub krótszy wypoczynek. Kiedy chodziliśmy na wewnętrzne baseny ze słoną wodą, czasami bardzo trudno było znaleźć wolne leżaki. Jakoś się nam jednak udawało.

 

Nie wyobrażamy sobie, by być tutaj i nie odwiedzić Masady. Dlatego jeden z dni poświęcamy na obejrzenie tego miejsca. To tylko około 17 kilometrów od Ein Bokek. Dojeżdżają tam autobusy linii 386, 421, 444 i 486. Za bilety dwie osoby płacą 29 szekli. Przejazd zajmuje niewiele ponad 20 minut. Problemem w Ein Bokek są jedynie rozkłady jazdy. Informacje sporządzone są w dwóch pięknych i powszechnie znanych oraz używanych na całym świecie językach. Hebrajskim i arabskim. O angielskim i o dziwo, rosyjskim można zapomnieć. Trudno domyśleć się o co chodzi z kontekstu wiadomości. Najlepiej patrzeć, czy przy przystanku gromadzą się pasażerowie, o wcześniejszym sprawdzeniu wszystkiego w internecie nie wspominając. Tak samo jest na przystanku w Masadzie. Tutaj jednak znajduje się wyświetlacz, który pokazuje numer linii i ile minut zostało do przyjazdu pojazdu.

 

Ein Bokek8 (powiększenie)

Oznaczenie przystanku autobusowego, fot. autor

 

Ein Bokek9 (powiększenie)

Z tego rozkładu jazdy raczej się nic nie dowiemy, chyba, że znamy hebrajski lub arabski, fot. autor

 

Słowo Masada oznacza „forteca”. Podczas wojny żydowskiej, w 66 roku naszej ery zajęta została przez Zelotów. Oblegana przez Rzymian broniła się do 73 roku n.e. Kiedy dalszy opór okazał się bezcelowy obrońcy popełnili zbiorowe samobójstwo. Józef Flawiusz podał, iż ocalało kilka osób – dwie kobiety i pięcioro dzieci. Ruiny odkryto w połowie XIX wieku.

 

Masada1 (powiększenie)

Na płaskowyż można między innymi wejść Drogą Węża, fot. autor

 

Masada2 (powiększenie)

Można także wjechać kolejką linową, fot. autor

 

Masada stała się jednym z najważniejszych symboli państwa Izrael. Składają tutaj przysięgę młodzi żołnierze. Wypowiadają przy tym między innymi słowa „Masada nigdy więcej nie padnie”.

 

Masada3 (powiększenie)

Masada, fot. autor

 

W Masadzie mamy wybór. Można iść na płaskowyż m.in.  Drogą Węża (45 minut do godziny), bądź też wjechać na górę kolejką. Wejście drogą kosztuje dorosłego 29 szekli. Jest ona otwarta od 5.30 rano. Teren, na którym są pozostałości twierdzy można zwiedzać od kwietnia do września w godzinach: 08.00 – 17.00, zaś od października do końca marca pomiędzy 08.00, a 16.00.

 

Masada4 (powiększenie)

Masada, fot. autor

 

Decydujemy się na wjazd kolejką. Podchodzimy do dolnej stacji i kupujemy bilety. Za dwie osoby, licząc jeszcze wejściówki do parku narodowego płacimy 112 szekli. Do biletów każdy otrzymuje szczegółowy plan. Sama kolejka rusza z 257 metrów p.p.m i przemieszcza się na niebotyczną wysokość 33 metry n.p.m. Trasa liczy 900 metrów, przejazd trwa 3 minuty.

 

Są stąd wspaniałe widoki. Włącza się wyobraźnia i człowiek przenosi się do czasów, kiedy dzielni Żydzi odpierali ataki rzymskiej armii.

 

Masada5 (powiększenie)

Masada, fot. autor

 

Na płaskowyżu tłumy młodzieży. Przyjechali z nauczycielami na wycieczki, na kartkach mają zapisane zadania, które skrupulatnie wykonują. Jest to dla nich świetna lekcja historii.

 

Ruszamy na dół. Beatka jest dzielna i wchodzi na Drogę Węża. Ja odczuwam jeszcze kontuzję pleców, nie jestem za bardzo pewien jak się zachowam na stromej ścieżce i decyduje się na zjazd na dół kolejką. Za trzy minuty przyjemności płacę 28 szekli.

 

Masada6 (powiększenie)

Droga Węża pokonana, fot. autor

 

Kiedy czekamy na autobus do przystanku podjeżdża inny pojazd. Kierowca proponuje nam przewiezienie do Ein Bokek. Cena – taka jak za bilety autobusowe. Decydujemy się na to. Nie musimy czekać jeszcze kilkunastu minut. Mamy tylko nic nie mówić pasażerom, których zabierze za kilka minut. Oni widocznie zapłacili za swój przejazd, a my łapiemy się na tak zwanego „łebka”. Cóż niech sobie człowiek dorobi. Zresztą stojąc w Ein Bokek na przystanku wielokrotnie spotykaliśmy się z propozycją podwiezienia. Rzecz jasna nie za darmo. Można powiedzieć, że niektóre samochody jeździły wręcz wahadłowo w poszukiwaniu klientów. Czyli o dojazdy nad Morzem Martwym nie ma się co martwić.

 

Ein Bokek10 (powiększenie)

Autobus firmy Egged, fot. autor

 

Dzień przed odjazdem dostaję od linii Ryanair maila, że owszem, możemy lecieć z powrotem do Gdańska...ale tylko z małym bagażem podręcznym. Jeżeli chcemy wziąć ten większy (do kabiny) to musimy wykupić pierwszeństwo wejścia na pokład. Gdybyśmy tego nie zrobili zostaniemy skasowani dodatkowo na kwotę od 50 do 100 euro (za dwie osoby). Jako żywo przypominało to „propozycję nie do odrzucenia”. Wszystko tłumaczone było dodatkowymi kontrolami bezpieczeństwa w Tel Avivie. Cóż było robić. Zgrzytając zębami i wypowiadając nieparlamentarne słowa kupiliśmy to pierwszeństwo. Po co wydawać kilkaset złotych, kiedy mogliśmy pozbyć się tylko kilkudziesięciu? Inna rzecz, że kiedy kupowaliśmy bilety do Izraela nie było mowy o takich zasadach.

 

Czas w Ein Bokek zleciał nam nie wiadomo kiedy. Jutro musimy wracać do Polski. O 13.35 mamy autobus do Tel Avivu. Przed nami 170 kilometrów. Tym razem jedziemy linią 421. Bilety kupujemy u kierowcy i płacimy za dwie osoby 85 szekli. W Tel Avivie wysiadamy o 16.20. Można powiedzieć, że autobusy zatrzymują się na wielkim placu budowy. Trzeba chodzić wyznaczonymi i ogrodzonymi drogami. Parę minut zajmuje nam zorientowanie się w sytuacji. Po kolejnych dwudziestu dochodzimy do pensjonatu.

 

Ein Bokek11 (powiększenie)

Ein Bokek, fot. autor

 

Ein Bokek12 (powiększenie)

Ein Bokek, fot. autor

 

Ein Bokek13 (powiększenie)

Ein Bokek, fot. autor

 

Wieczorem robimy sobie jeszcze krótki spacer po okolicy. Niby za trzy dni Wigilia, a tutaj ciepło. Można chodzić w koszulkach z krótkimi rękawami. Żałujemy, że nie obejrzymy dokładniej i Tel Avivu i Jafy. Cóż, może tutaj jeszcze kiedyś wrócimy?

 

Rano szybko wychodzimy na dworzec kolejowy. Tel Aviv Savidor Central Station to dokładnie to miejsce, do którego przyjechaliśmy wczoraj autobusem. Przed wejściem musimy rzecz jasna prześwietlić bagaż. Chyba nie wzbudziłem swoim wyglądem zaufania, ponieważ po przejściu przez bramkę, musiałem wyjąć wszystkie przedmioty z kieszeni i zostałem dokładnie sprawdzony. Okazało się, że wszystko jest w porządku i podeszliśmy do kas (po prawej stronie, patrząc od wejścia na stację), żeby kupić bilety. Jedziemy na lotnisko. Za dwie osoby płacimy 27 szekli. Odjazdy do portu lotniczego są doskonale oznaczone. Nad kasami wisi duża świetlna tablica, gdzie pociągi jadące przez lotnisko oznaczone są samolocikiem. Wystarczy dojść na peron, z którego ma odjeżdżać pociąg. Czekając, widzimy panią z ochrony, która tak szczegółowo sprawdzała mnie przy wejściu. Robi sobie co jakiś czas spacer po peronie i dokładnie patrzy, czy w koszach na śmieci nie ma podejrzanych przedmiotów.

 

Egged1 (powiększenie)

Jedziemy do Tel Avivu, fot. autor

 

Przejazd na lotnisko zajmuje dokładnie 18 minut. Odlatujemy z Terminala 1, który upodobały sobie tanie linie lotnicze. Musimy tam się dostać. Na szczęście nie trzeba iść daleko, żeby trafić na przystanek shuttle busa. Po prostu wjeżdżamy ruchomymi schodami do góry i przechodzimy 100-200 metrów. Czekają tam tłumy pasażerów. Shuttle busy jeżdżą do Terminala 1 co 15 minut. Przejazd jest bezpłatny. Udaje nam się dostać do pierwszego pojazdu, który podjechał. Później okazało się, że niepotrzebnie martwiliśmy się, czy się do niego dostaniemy. Praktycznie natychmiast podjechał następny autobus, tak, by wszyscy pasażerowie w miarę szybko trafili do hali odlotów.

 

Bilety1 (powiększenie)

Bilety komunikacji publicznej w Izraelu, fot. autor

 

Na lotnisku musimy podejść z paszportami do miejsca, gdzie spodziewaliśmy się rozmowy o naszym pobycie w Izraelu. Nic z tych rzeczy. Pani zapytała nas tylko jak dostaliśmy się do portu lotniczego, zeskanowała nasze paszporty, przykleiła do nich białe karteczki i okleiła bagaż rejestrowany. Zostało nam podejście do stanowiska, nadanie bagażu i przejście piętro wyżej do kontroli paszportowej. Nie musimy zawracać głowy funkcjonariuszom granicznym. Mamy paszporty biometryczne i możemy odprawić się w automacie. Jeżeli jest wszystko w porządku, drukowana jest żółta karteczka (taka jak wiza, która przypomnę była w kolorze niebieskim), potwierdzająca przekroczenie granicy.

 

Nie wiem na czym Ryanair opierał swoje twierdzenia o dodatkowych kontrolach bezpieczeństwa, ale tak jak na innych lotniskach, przeszliśmy tylko jedną. Chyba, że za taką uznano rozmowę z panią, która nie tylko nasz bagaż podręczny miała akurat w... (trzy kropki jak najbardziej zamierzone).

 

Samo wejście do samolotu i lot przebiegły spokojnie. Okazało się jedynie, że pomimo tego, iż mieliśmy pierwszeństwo wejścia na pokład nikt w ogóle nie brał tego pod uwagę i decydowała kolejka.

 

Przy rozpakowywaniu dojrzałem na wierzchu plecaka kartkę. Na niej znalazłem informację, że mój bagaż został sprawdzony „ręcznie ”przez odpowiednie służby lotniskowe. Wszystko to rzecz jasna dla naszego bezpieczeństwa. I to chyba najlepsza puenta naszego wyjazdu. Jeżeli będziecie w Izraelu sami się przekonacie, że bezpieczeństwo przede wszystkim...

 

gekon2010, 17 – 22 grudnia 2017 roku

 

 POPRZEDNIE (miniaturka)                                                                                    

 

Dodano: 21.01.2018 22:14
Ostatnia aktualizacja: 18.02.2018
Miejsce:

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com

Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.15
USD
3.31
CHF
3.60
GBP
4.67
Średnie kursy, 18-02-2018
Żródło: NBP

HOTELE

Booking.com

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.