Strefa Rezerwacji

Kalendarz wydarzeń

Lipiec 2017
pn wt śr cz pt sb nd
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6

linki

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

REKLAMA

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
TOP OKAZJE - najlepsze oferty biletów lotniczych, wycieczek i wyjazdów narciarskich. Sprawdź górne menu - druga zakładka od lewej.

Blog użytkownika gekon2010

W różnych butach po Armenii – część 9, czyli zakazany Górski Karabach

 

Jest 26 maja 2017 roku. W Polsce dzisiaj Dzień Matki, a w Armenii, gdzie właśnie jesteśmy – koniec roku szkolnego. Na ulicach widać wystrojone dzieci z kwiatami. Przed nimi 3 miesiące wakacji. Do szkoły pójdą dopiero 1 września. Także dzisiaj zaczął się czas letniego lenistwa dla dzieci w Rosji.

 

Ernat, nasz kierowca, i ja mamy jednak dzisiaj inne plany. Chcemy pojechać do Górskiego Karabachu. To nieuznawana, nawet przez Armenię enklawa. Oficjalnie, należy do Azerbejdżanu, który jednak nie sprawuje tam żadnej faktycznej i prawnej władzy. Górski Karabach, nazywany dzisiaj Arcach, był w czasach Związku Sowieckiego autonomicznym obwodem Azerbejdżańskiej SSR. Dlaczego tak się stało? Azerowie wkroczyli na te tereny pod koniec I wojny światowej. Następnie w listopadzie 1917 roku wybuchła rewolucja zwana październikową. Bolszewikom doskonale znana była zasada "dziel i rządź". Po zajęciu w 1920 roku Kaukazu, przekazali Górski Karabach Azerbejdżanowi.

 

Na długie dziesięciolecia sytuacja w miarę unormowała się. Jeżeli dochodziło do konfliktów pomiędzy dwiema najliczniejszymi narodowościami, to były one szybko wyciszane. Zaczęła się jednak pierestrojka Gorbaczowa i duchy nacjonalizmu wyszły z pudełka. Tereny Górskiego Karabachu w zdecydowanej większości zamieszkiwali Ormianie (pod koniec lat 80. ubiegłego wieku ponad 75 procent). Kiedy Azerowie zlikwidowali obwód autonomiczny doszło do krwawego konfliktu. Zakończył się w 1994 roku podpisaniem zawieszenia broni. Jednak co jakiś czas na granicy dochodzi do wymiany ognia i ciągle giną tam ludzie. Praktycznie w całej Armenii spotyka się groby tych, którzy polegli w Górskim Karabachu. Zmienił się rzecz jasna skład narodowościowy Arcachu. Według Wikipedii w 2007 roku Ormianie stanowili już 95 procent mieszkańców.

 

Ta sytuacja wpływa również na politykę zagraniczną Armenii. W kraju stałą bazę ma armia rosyjska. Rosja wydaje się być jedynym krajem, który może powstrzymać Azerbejdżan przed użyciem siły i zajęciem Górskiego Karabachu. To właśnie konflikt o tę enklawę powoduje, że stosunki między Armenią, a Azerbejdżanem są bardzo napięte. Państwa te ciągle obrzucają się oskarżeniami.

 

Arcach ma własny rząd, odbywają się tam wybory. Nie ma własnej waluty. Obowiązuje tam ormiański dram.

 

Tyle tytułem wstępu. Negocjacje z Ernatem, dotyczące wyjazdu do Górskiego Karabachu, zajęły mi trochę czasu. Wystartowaliśmy od 50 000 dramów (390 złotych) za przejechanie około 500 kilometrów. Gdyby jechało więcej osób, nie byłoby żadnego problemu. Biorąc pod uwagę, że miałem jechać tylko ja cena wydawała się trochę za wysoka. W końcu ustaliliśmy, że zapłacę 35 000 dramów (około 270 złotych).

 

Goris1 (powiększenie)

Okolice Goris, fot. autor

 

Jedziemy busem. Z Jermuku ruszamy przed 12.00. Pokonujemy tę samą drogę, którą jechaliśmy do Tatevu. Nie skręcamy jednak w prawo, w stronę stacji kolejki linowej, tylko kierujemy się na Goris (około 20 000 mieszkańców, czytałem gdzieś, że bardzo tam ładnie). Nie musimy przejeżdżać przez miasto. Droga je omija.

 

Goris2 (powiększenie)

W dole - Goris, fot. autor

 

Goris3 (powiększenie)

Goris, fot. autor

 

Po przejechaniu kilkunastu kilometrów Ernat w Starym Chyndzoresk zatrzymuje samochód i pokazuje mi groty, w których kiedyś mieszkali ludzie i znajdowały się stajnie. Data ich powstania określana jest na V wiek.

 

Armenia7 (powiększenie)

Stary Chyndzoresk, na pierwszym planie groty, fot. autor

 

Krajobraz robi się bardziej górski. Jest wreszcie ładna pogoda. Wszędzie wiosna daje znać, że znowu jest i przy świecącym słońcu wiadomość ta nastraja człowieka bardzo optymistycznie. Rozmawiając dojeżdżamy do granicy. Miły funkcjonariusz bierze ode mnie paszport. Po jakimś czasie zwraca mi go i poucza, że musimy najpierw pojechać do stolicy – Stepanakertu, by w Ministerstwie Spraw Zagranicznych złożyć wniosek o wizę. Trochę to skomplikowane, ale mówi się trudno.

 

Armenia8 (powiększenie)

W takich okolicznościach przyrody prowadzą ormiańskie drogi, fot. autor 

 

Armenia9 (powiększenie)

Droga Goris - Berdzor - Stepanakert, fot. autor

 

Jedziemy serpentynami. Mijamy Berdzor. Widoki zapierają dech w piersiach. Cały czas wznosimy się do góry, czasami zatykają mi się uszy. Na około 30 kilometrów przed Stepanakertem wjeżdżamy w mgłę, która będzie nam już cały czas towarzyszyć.

 

Górski Karabach1 (powiększenie)

A to już Górski Karabach, fot. autor

 

Wjeżdżamy do stolicy Arcachu. Tutaj także zakończył się rok szkolny. Na ulicach widać odświętnie ubrane dzieci. Po chodnikach przechodzą czasami kobiety z naręczami kwiatów. Od razu wiadomo jakiż to zawód wykonują. One także trochę odetchną od szkolnego gwaru, poprawiania klasówek i próby pomocy rodzicom w wychowywaniu ich pociech.

 

Stepanakert1 (powiększenie)

Stepanakert, pomnik patrona miasta Stepana Shahumiana, fot. autor

 

Stepanakert2 (powiększenie)

Stepanakert, fot. autor

 

Stepanakert3 (powiększenie)

Stepanakert, fot. autor

 

Zatrzymujemy się na Azatamartikneri 28. Tam znajduje się Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Wypełniam wniosek o wizę. Trzeba w nim koniecznie podać, jakie miejsca chcemy odwiedzić. Za 21 dniową wizę turystyczną płacę 3000 dramów, czyli 23 złote. Sama procedura nie trwa długo. Urzędnik jest miły i bardzo, bardzo profesjonalny. Wnioski wizowe są także w języku angielskim, tak więc gdybyście się tutaj wybierali i nie znali rosyjskiego i tak nie będziecie mieli problemów z ich wypełnieniem. Wizy nie wbija się do paszportu. Otrzymuję ją na oddzielnej kartce. Dostaję również kartę rejestracyjną. Tam określone są cele podróży. Będę musiał ją oddać przy wyjeździe.

 

Stepanakert4 (powiększenie)

Stepanakert, fot. autor

 

Stepanakert5 (powiększenie)

Stepanakert, fot. autor

 

Stepanakert6 (powiększenie)

Stepanakert, fot. autor

 

Zostawiamy samochód i robimy sobie spacer do parku Stepana Shahumiana. Był to działający na Kaukazie rewolucjonista, nazywany zresztą "Kaukaskim Leninem". Rozstrzelano go w 1918 roku,. Zrobili to brytyjscy interwenci. Od niego zresztą pochodzi nazwa miasta. Stepanakert nazywał się wcześniej Wararakn. Później podchodzimy pod kilka rządowych budynków, by na końcu, zejść schodami pod stadion piłkarski. Niestety, niebo uparło się bym nie zobaczył tutaj naturalnego niebieskiego koloru. Bure, ciemnoszare chmury nisko wiszą nad miastem, nie wieje wiatr, tak więc nie ma szans na to, by pogoda nam się jakoś szybko poprawiła.

 

Stepanakert7 (powiększenie)

Stepanakert, fot. autor

 

Stepanakert8 (powiększenie)

Stepanakert, fot. autor

 

Stepanakert9 (powiększenie)

Stepanakert, fot. autor

 

Podjeżdżamy pod targ. Tam kupujemy Żangialov Hac. To placek mocno faszerowany dzikimi ziołami. Jest przepyszny. Kupujesz taki jeden za 400 dramów (niewiele ponad 3 złote) i masz z głowy obiad i kolację. Danie tak cudownie smakuje tylko w Górskim Karabachu. To zasługa rosnących w górach ziół. Robią go także w innych częściach Armenii, ale podobno to już nie to.

 

Stepanakert10 (powiększenie)

Stepanakert, fot. autor

 

Stepanakert11 (powiększenie)

Stepanakert, fot. autor

 

Stepanakert12 (powiększenie)

Stepanakert, fot. autor

 

Chcemy jeszcze wpaść do Szuszy. Po drodze zatrzymujemy się przy szczególnym pomniku. To czołg T-72, który brał udział w walkach na początku lat 90. ubiegłego stulecia. Na pancerzu kwiaty zostawione przez uczniów. Ubrani w wojskowe mundury młodzi ludzie robią sobie zdjęcia.

 

Górski Karabach3 (powiększenie)

Czołg T-72 jako pomnik na drodze do Stepanakertu, fot. autor

 

W Szuszy mgła. Widoczność maksimum na kilkadziesiąt metrów. Kiedyś uznawana była za najważniejsze miasto i ośrodek kulturalny w Górskim Karabachu. Podczas wojny, do czasu zdobycia przez Ormian, Azerowie ostrzeliwali z niej Stepanakert i okolice. Zatrzymujemy się przed katedrą Ghazanczecoc, czyli Chrystusa Zbawiciela, wzniesioną w połowie drugiej połowy XIX wieku. Za władzy ludu pracującego miast i wsi był tutaj magazyn. Dzisiaj służy celom, do których została zbudowana.

 

Szusza1 (powiększenie)

Szusza, katedra Ghazanczecoc, fot. autor

 

Szusza2 (powiększenie)

Szusza, katedra Ghazanczecoc, fot. autor

 

Jest rzecz jasna jeszcze wiele wspaniałych miejsc, które warto zobaczyć. Ja miałem tylko jeden dzień. Z tego, co sam zauważyłem, jest tam bezpiecznie, a goście są mile witani.

 

Wracamy. Na granicy stoimy chyba z minutę. Funkcjonariuszy interesuje tylko moja karta rejestracyjna. Kiedy ją oddaję, mówią, że wszystko w porządku i mogę jechać dalej. W Goris Ernat musi się zatrzymać i wymienić oponę. Nie ma z tym żadnego problemu. Wśród punktów wulkanizacyjnych można wręcz przebierać. Po przymusowym przystanku ruszamy dalej. Po drodze trzeba jeszcze dać samochodowi trochę gazu. W drodze do Jermuku goni nas mgła, udaje nam się jednak przed nią uciec. W hotelu jestem około 22.00.

 

Armenia10 (powiększenie)

Wracamy do Jermuku, fot. autor

 

Armenia11 (powiększenie)

To już Armenia, fot. autor

 

Jeżeli będziecie chcieli obejrzeć Arcach, koniecznie monitorujcie sytuację pod kątem ewentualnych starć zbrojnych. Jeżeli coś się będzie działo, absolutnie tam nie jedźcie! Pod żadnym pozorem nie odwiedzajcie terenów przygranicznych. Życie mamy tylko jedno. Nasze MSZ ostrzega, że nie jest w stanie zapewnić tam naszym obywatelom pomocy konsularnej. Przed wyjazdem trzeba więc rozpatrzeć wszystkie za i przeciw.

 

Górski Karabach2 (powiększenie)

Jeszcze jedno spojrzenie na Arcach, fot. autor

 

xxx

 

Po kilku dniach pobytu w Jermuku przyszedł czas na powrót do Polski. Do Erywania zawiózł nas niezawodny Ernat. Tym razem jednak wziął od nas 20 000 dramów. Kiedy pytałem go, dlaczego teraz bierze od nas o wiele więcej niż za przywiezienie do Jermuku, odparł, że wtedy przywiózł już kogoś do Erywania za 15 000 dramów i dlatego wziął od nas tylko po 3000 dramów. Dziwna logika, ale tak nam to tłumaczył. Zresztą te 20 000 dramów to raptem niecałe 160 złotych za przejechanie około 200 kilometrów. Tak jak Wam już pisałem cena jest za samochód z kierowcą. Gdybyście chcieli kiedyś spotkać się i pojeździć z Ernatem, podaję numer jego telefonu komórkowego: 093873597.

 

Przed lotniskiem żegnamy się. Samolot do Polski odlatuje z prawie dwugodzinnym opóźnieniem. Wśród nas jest jednak wielu pasażerów, którzy przesiadają się na inne loty i pilot ląduje w Warszawie raptem 40 minut później niż powinien. My odbieramy nasze bagaże, idziemy do kolejki i jedziemy na Dworzec Centralny. Tam kilka minut czekamy i wsiadamy w pociąg do Gdyni. Dojeżdżamy około południa. Czeka na nas Diana, spragniona wiadomości z rodzinnego kraju. Wchodzimy do niestety pustego domu, w którym nie wita nas nasz kochany rudy czterołap. Bardzo, bardzo nam żal. Będziemy musieli się do tego przyzwyczaić...

 

Wam możemy za to z czystym sumieniem polecić Armenię. To bardzo różnorodny, gościnny kraj, z serdecznymi mieszkańcami, którzy zawsze Wam pomogą i wspaniałymi miejscami, które warto zobaczyć. Niech żyje Hajastan!

 

gekon2010, 26, 29 i 30 maja 2017 roku 

 

 POPRZEDNIE (miniaturka)

 

Dodano: 05.07.2017 22:49
Ostatnia aktualizacja: 26.07.2017
Miejsce: Armenia

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com

Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.25
USD
3.65
CHF
3.85
GBP
4.75
Średnie kursy, 26-07-2017
Żródło: NBP

HOTELE

Booking.com

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.