Strefa Rezerwacji

Kalendarz wydarzeń

Listopad 2018
pn wt śr cz pt sb nd
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9

linki

REKLAMA

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych „RODO”. Prosimy o zapoznanie się, jak będziemy przetwarzać Państwa dane po 25 maja 2018 r. Szczegóły: zakładka "Dane osobowe, Regulamin. Polityka prywatności" w dolnym menu strony.

Blog użytkownika gekon2010

Penang – część 13, czyli murale w George Town i spacer z makakiem

 

Przelot pomiędzy Kuala Lumpur, a lotniskiem na wyspie Penang zajmuje 40 – 50 minut. Lądujemy tam po 10.30. Odbieramy bagaże i wychodzimy na ogólnie dostępną część portu lotniczego. Jedziemy na północno-zachodnią część wyspy do miejscowości Teluk Bahang, by być jak najdalej od hałaśliwych miejsc turystycznych i jak najbliżej parku narodowego. W punkcie, w którym opłaca się przejazd taksówką dowiadujemy się, że za kurs zapłacimy 74 ringgity. Drogo. Usłyszawszy cenę nie dopytujemy dalej, czy pojedziemy przez zachodnią częścią wyspy (około 35 kilometrów), czy też naokoło przez George Town i Batu Feringgi (niewiele ponad 40 kilometrów). Lepiej wydać te pieniądze na coś innego, milszego dla ciała i ducha. Rozwiązaniem i to bardzo dobrym jest autobus.

 

Penang1 (powiększenie)

Jesteśmy na wyspie Penang, fot. autor

 

Po wyjściu z budynku, po lewej stronie, znajduje się przystanek autobusowy. Widzimy przy nim jakieś pojazdy. Podchodzimy bliżej i mamy szczęście. Stoi "nasz" numer. Do Teluk Bahang jeździ bowiem linia 102. Bilety dla dwóch osób kosztują 10 ringgitów, czyli jak łatwo policzyć 64 ringgity taniej niż mielibyśmy zapłacić za przejazd taksówką. Autobusy są czyste, klimatyzowane. Trzeba mieć odliczoną kwotę pieniędzy. Kierowca, którego duże zdjęcie z danymi personalnymi znajduje się na ścianie za jego miejscem, po sprawdzeniu, pokazuje pojemnik, gdzie wkłada się należność.

 

Penang2 (powiększenie)

Takie autobusy jeżdżą między lotniskiem, a Teluk Bahang, fot. autor

 

Ruszamy w drogę. Na początku nie ma za wiele przystanków, ale później zaczynają się postoje praktycznie co chwilę. Do autobusu należy wsiąść przednimi drzwiami. Kierowca wydaje bilety, obserwuje czy pasażer płaci określoną kwotę. Wysiada się środkowymi drzwiami, chociaż, są tacy, którzy robią to tymi z przodu. Są to jednak osoby znane kierowcy, z którym ucinają sobie zazwyczaj pogawędką.

 

Penang3 (powiększenie)

Teluk Bahang, fot. autor

 

Penang14 (powiększenie)

Teluk Bahang, fot. autor

 

Penang15 (powiększenie)

Teluk Bahang, fot. autor

 

Przejeżdżamy przez centrum George Town, a później przez Batu Feringgi, typowo wypoczynkową miejscowość. Przy drodze przez kilka kilometrów ciągną się hotele, restauracje i inne miejsca, gdzie turysta chce wypocząć.

 

Penang4 (powiększenie)

Teluk Bahang, fot. autor

 

Penang8 (powiększenie)

Pętla autobusów w Teluk Bahang, fot. autor

 

Penang7 (powiększenie)

...i jej oznaczenie, fot. autor

 

Wreszcie po ponad godzinnej jeździe dojecieramy do celu naszej podróży. Hotel mamy, można powiedzieć, w centrum. Podchodzimy do recepcji i mówimy, że mamy tutaj rezerwację. Dziewczyna, która tam siedzi patrzy na nas, robi okrągłe oczy i rozumiemy, że z angielskiego trzeba przejść na ręce. Na szczęście mamy wydrukowaną rezerwację, pokazujemy ją i słyszymy głęboki oddech ulgi. Dostajemy pokój, za cztery doby płacimy 480 ringgitów i idziemy się rozpakować. Bardzo szybko wsiadamy do windy, żegnający nas wzrok recepcjonistki jest zimniejszy niż największe syberyjskie mrozy.

 

Penang5 (powiększenie)

Teluk Bahang, fot. autor

 

Penang16 (powiększenie)

Fajnie by było przejechać się czymś takim, Teluk Bahang, fot. autor

 

Wyspa Penang (mówi się także Pinang) zaliczana jest do jednych z ciekawszych miejsc w Malezji. Spotkać tutaj można piękne plaże, ciekawe trasy piesze i przemiłych ludzi. Jej głównym miastem jest George Town. Ze stałym lądem (do którego jest daleko) połączona jest mostem.

 

Penang6 (powiększenie)

Malezyjska taksówka, fot. autor

 

Penang17 (powiększenie)

Teluk Bahang, fot. autor

 

xxx

 

Idziemy na Plażę Małp, znajdującą się w parku narodowym. Można tam również dopłynąć z Teluk Bahang jedną z łódek, my jednak wolimy spacer i nie żałujemy.

 

Penang10 (powiększenie)

Penang, fot. autor

 

Żeby tam dojść musimy wejść na teren parku narodowego i przemieszczać się wytyczonym szlakiem. Za wstęp nie płacimy ani grosza. Konieczna jest jednak rejestracja. Trzeba przy niej podać imię, nazwisko, numer paszportu, cel wycieczki i...kraj, z którego się pochodzi. Wejście do parku znajduje się na końcu Teluk Bahang (patrząc na zachód), nieopodal - dokładnie przy tym samym placu - znajdziecie miejsce, skąd odpływają łodzie.

 

Penang11 (powiększenie)

Teluk Bahang, siedziba parku narodowego, fot. autor

 

Penang12 (powiększenie)

Tutaj trzeba się zarejestrować przed wejściem do parku narodowego, fot. autor

 

Trasa do Plaży Małp liczy sobie prawie 3400 metrów. Idzie się wąską, leśną, mocno ubitą ścieżką. W niektórych miejscach postawiono drewniane pomosty. W innych trzeba wykazać minimum sprytu i przełazić nad lub pod powalonymi pniami. Pot leje się po plecach, jest upalnie - temperatura oscyluje dobrze ponad 30 stopni C. Trzeba sięgać po wodę. Na szlaku spotykamy makaki - sympatyczne małpy z długimi ogonami. W ogóle nie boją się ludzi, podchodzą i zainteresowaniem patrzą, któż to właśnie sobie idzie. Niektóre z nich idą razem z nami przez pewien odcinek - zupełnie jak u nas psy - trzymając się oczywiście w bezpiecznej odległości.

 

Penang27 (powiększenie)

Kierunek Plaża Małp, fot. autor

 

Penang13 (powiększenie)

Szlak na plażę małp, fot. autor

 

Penang18 (powiększenie)

Drogowskazy na szlaku, fot. autor

 

Penang19 (powiększenie)

Niedługo będziemy z makakami dobrymi kumplami, fot. autor

 

W parku są jeszcze trasy do latarni morskiej (4668 metrów) i Plaży Żółwi (3405 metrów). Pokrywają one krótsze odcinki. Na przykład ze znajdującego się na 934 metrze Sungai Tukun nie musimy iść prosto do Plaży Małp i dalej do latarni morskiej, tylko skręcić w lewo i przez wiszący most iść do Plaży Żółwi. Mieliśmy tę trasę w planach, ale okazało się, że szlak przez most wiszący jest zamknięty i musieliśmy zrezygnować. Szlaki nie są oznaczone żadnymi kolorami. Co jakiś czas można znaleźć informację ile jeszcze jest do przejścia i kierunek marszu. Według mnie nie można się tutaj zgubić.

 

Penang20 (powiększenie)

Port w Teluk Bahang, fot. autor

 

Penang21 (powiększenie)

Droga do Plaży Małp niekiedy bardzo  mocno zbliża się do brzegu, fot. autor

 

Penang22 (powiększenie)

Po drodze trzeba przejść przez inne plaże, fot. autor

 

Penang23 (powiększenie)

Przede wszystkim idzie się przez gęsty las, fot. autor

 

Przejście zajmuje nam niewiele ponad dwie godziny. Znajdujemy sobie miejsce na plaży i zalegamy. Beatka idzie sobie popływać, ja wyleguję się w słońcu. Przy brzegu chodzą młodzi ludzi. Oni w krótkich spodenkach, lekkich koszulkach i butach. One w długich czarnych strojach, na twarzach mają nikaby. Widać im tylko oczy. Pary śmieją się, rozmawiają, oni z uwagą słuchają tego co mają do powiedzenia one.

 

Penang24 (powiększenie)

Takimi łódkami chętni są przewożeni przez miejscowych na plaże, fot. autor

 

Penang25 (powiększenie)

Plaża Małp, fot. autor

 

Penang26 (powiększenie)

Plaża Małp, fot. autor

 

Po trzech godzinach wracamy do Teluk Bahang. Tym razem korzystamy z łódki. Rejs z Plaży Małp trwa najdłużej 15 minut.

 

Penang28 (powiększenie)

Port w Teluk Bahang, fot. autor

 

Penang29 (powiększenie)

Port w Teluk Bahang, fot. autor

 

Z tymi łódkami to dziwna rzecz. Za rejs na plażę żółwi i małp trzeba zapłacić 80 ringgitów (jedna osoba w dwie strony). Taka sama opcja, z tym, że obejmująca tylko plażę małp to 40 ringgitów. Można, tak jak my pójść do Plaży Małp, a następnie popłynąć do Teluk Bahang (nie ma z tym problemu, właściciele łodzi, widząc, że ktoś się zbiera natychmiast proponują rejs). Wtedy trzeba zapłacić 20 ringgitów od osoby. Ciekawe, że nie ma możliwości popłynąć tylko na plażę żółwi i stamtąd wrócić do Teluk Bahang. Trzeba zahaczyć o Plażę Małp. Właściciele łodzi chyba są dogadani. Rozmawialiśmy z kilkoma i żaden nie chciał się zgodzić na rejs tylko do Plaży Żółwi i z powrotem.

 

Penang30 (powiększenie)

Teluk Bahang, fot. autor

 

Penang31 (powiększenie)

Jeden z meczetów w Teluk Bahang, prawda, że uroczy, fot. autor

 

Za wieczorny posiłek płacimy 35 ringgitów. Następnie robimy sobie spacer nad morzem i po Teluk Bahang. Ludzie sympatyczni, wszyscy na nasz widok szeroko się uśmiechają i serdecznie witają. Wrażenie na nas robi jeden z tutejszych meczetów (przy którym polskie wiejskie kościółki wyglądają jak katedry) i stojące na błocie...łodzie. Znak, że mamy odpływ.

 

Penang32 (powiększenie)

Teluk Bahang, fot. autor

 

Penang33 (powiększenie)

Teluk Bahang, fot. autor

 

xxx

 

Po śniadaniu (około 20 ringgitów za dwie osoby), od razu wsiadamy do autobusu z myślą, że dojedziemy do George Town. Kierowca nie chce od nas żadnych pieniędzy. Trochę zdziwieni zajmujemy miejsca. Po przejechaniu dwóch – trzech przystanków okazało się, że mamy przesiadkę na inny pojazd i dopiero tam mamy kupić bilety. Za przejazd do Komtar w George Town płacimy za dwie osoby 6,80 ringgitów.

 

George Town2 (powiększenie)

George Town, fot. autor

 

George Town26 (powiększenie)

George Town, fot. autor

 

George Town30 (powiększenie)

George Town, fot. autor

 

Po drodze mamy...kontrolę biletów. Według mnie w tutejszych środkach komunikacji raczej nie ma możliwości przejechania się „na gapę”, ale jeżeli organizatorzy komunikacji uważają, że takie niezapowiedziane kontrole są konieczne, to widocznie mają rację.

 

George Town3 (powiększenie)

George Town, Komtar, fot. autor

 

George Town29 (powiększenie)

George Town, fot. autor

 

George Town31 (powiększenie)

George Town, fot. autor

 

Wysiadamy przy Komtar. Pod tą nazwą kryje się najwyższy budynek na wyspie, a szósty w Malezji. Jest ona skrótem od słów Kompleks Tun Abdul Razak. Liczy sobie 232 metry. Ciekawy pod względem architektonicznym. Jego bryła składa się z dwunastu równych boków. Wyróżnia się wśród wysokich budynków. Znajdziecie tutaj sklepy i biura (gdyby ktoś był tym zainteresowany).

 

George Town4 (powiększenie)

George Town, kolonialna zabudowa, fot. autor

 

George Town28 (powiększenie)

George Town, fot. autor

 

George Town32 (powiększenie)

George Town, fot. autor

 

Upał. Wiruje rozgrzane powietrze. Z takim gorącem jeszcze się nigdzie podczas naszego wyjazdu nie spotkaliśmy. Pytamy miejscowych - mówią, że jest ok. 43 stopni. Beatka bierze przykład z Chinek i rozkłada parasol. Ma chociaż trochę cienia.

 

George Town1 (powiększenie)

Nie ma tego wiele w Malezji. Ścieżka rowerowa w George Town, fot. autor

 

George Town27 (powiększenie)

George Town, fot. autor

 

George Town33 (powiększenie)

George Town, fot. autor

 

Jesteśmy na ulicy Lebuh Armenian. Od tego miejsca zaczynamy naszą mini wycieczkę śladami murali. A jest ich tutaj bez liku. Sztuka uliczna kwitnie. Pierwszym oglądanym przez nas dziełem są "Dzieci na rowerze" autorstwa pochodzącego z Litwy Ernesta Zacharevica. Murale są wszędzie, nawet w bardzo niespotykanych miejscach. Widzisz dziewczynę w kowbojskim kapeluszu, siedzącą nad piecykiem, czy też stojącego na krześle, na palcach, chłopca, który koniecznie chce dosięgnąć kubka. Po mieście chodzą ludzie z mapkami w dłoniach, szukając kolejnych murali. Świetna zabawa, czasami trzeba się mocno narozglądać by je znaleźć.

 

George Town5 (powiększenie)

Oznaczenia ulic w George Town, fot. autor

 

George Town6 (powiększenie)

Dzieci na rowerze, fot. autor

 

George Town7 (powiększenie)

Chłopiec na krześle, fot. autor

 

Podczas poszukiwań spotykamy Francuza, który wczoraj mijał nas na szlaku do Plaży Małp. Trochę rozmawiamy i okazuje się, że jego babcia była Polką. Pamiętał jeszcze pojedyncze polskie słowa i chwalił się przed nami ich znajomością. Przesympatyczny człowiek, który wskazał nam, gdzie jeszcze znajdują się murale.

 

George Town8 (powiększenie)

Tego Pana nie trzeba przedstawiać..., fot. autor

 

George Town9 (powiększenie)

...a może coś tak upiec, fot. autor

 

George Town10 (powiększenie)

Stary motocykl, fot. autor

 

Sztuki ulicznej mamy na razie dosyć. Na Lebuh Cannon jemy obiad (rachunek dla dwóch osób obejmujący napoje – 45 ringgitów). Następnie podchodzimy nią do Lebuh Light. Po drodze mijamy XIX-wieczny meczet – Masjid Kapitan Keling. Dokładnie położony jest na rogu Lebuh Buckingham i Jalan Masjid Kapitan Keling (Pit Street).

 

George Town24 (powiększenie)

George Town, fot. autor

 

George Town25 (powiększenie)

George Town, po mieście można przejechać się rikszą, fot. autor

 

Na tej ostatniej ulicy położony jest kościół św. Jerzego.

 

Skręcamy w lewo, w Jalan Padang Kota Lama. Mijamy stojące obok siebie budynki Town Hall i City Hall. Pierwszy z nich zbudowany został w pierwszej połowie lat 80. XIX stulecia, drugi w 1903 roku. Obydwa wzniesione są w kolonialnym stylu.

 

George Town11 (powiększenie)

Town Hall, fot. autor

 

George Town12 (powiększenie)

Town Hall, w oddali Komtar, fot. autor

 

George Town13 (powiększenie)

City Hall, fot. autor

 

George Town14 (powiększenie)

City Hall, fot. autor

 

Wychodzimy na nadmorski bulwar. Jalan Tun Syed Shen Barakbah prowadzi nas do Fortu Cornwallis. Powstał w 1786 roku, siedem lat później został przebudowany. Spełniał funkcje administracyjne i jak to fort – odstraszające. Położoną na jego terenie kaplicę wzniesiono w 1799 roku. Jest otwarty od 09.00 do 22.00. Zaliczany jest do jednej z głównych atrakcji turystycznych wyspy. Dorosły obcokrajowiec płaci za wstęp 20 ringgitów, zaś dziecko 10. Malezyjczycy mają oczywiście taniej.

 

George Town15 (powiększenie)

George Town, nadmorski bulwar, fot. autor

 

George Town17 (powiększenie)

Monument zbudowany na cześć poległych żołnierzy alianckich w I wojnie światowej, fot. autor

 

George Town16 (powiększenie)

George Town, nadmorski bulwar, fot. autor

 

George Town18 (powiększenie)

George Town, Fort Cornwallis, fot. autor

 

Podchodzimy pod położoną przy rondzie Queen Victoria Memorial Clock Tower. Jak sama nazwa wskazuje to po prostu wieża zegarowa. Zbudowano ją w 1897 roku, na 60-lecie rządów królowej Wiktorii. Dlatego jej wysokość liczy sobie 60 stóp.

 

George Town19 (powiększenie)

George Town, Queen Victoria Memorial Clock Tower, fot. autor

 

George Town20 (powiększenie)

George Town, fot. autor

 

Wracamy wieczorem, tym razem z przystanku Jeti. Właściwie, to pętla kilku linii autobusowych, a tym również 101, która także jeździ do Teluk Bahang. Trudno go nie zauważyć. Prowadzi do niego pomost nad Pengkalan Weld. Jest tam także terminal promowy. Miejsce o tyle ważne, że jadąc z kierunku Teluk Bahang linią 101 można się tutaj przesiąść na linie 401 lub 401E i dojechać do lotniska. Za bilety płacimy trochę drożej, to znaczy 8 ringgitów za dwie osoby. Nie dziwimy się. Trasa, którą mamy do przejechania jest nieco dłuższa. Jedziemy przez Lebuh Chulia i na tej ulicy radzę Wam wysiąść, jeśli zdecydujecie się na spojrzenie na stare George Town. Poza tym właśnie tam są miejsca, gdzie można kupić miejscowe jedzenie, a twierdzi się, że Penang, jest królem malezyjskiej kuchni. Niestety, nie udało nam się kupić szukanych przez nas przypraw. Są wprawdzie sklepy indyjskie, gdzie można je kupić, ale na przykład daun limau purut, czyli mówiąc inaczej liści kaffiru nigdzie nie uświadczyliśmy. Dobrze zaopatrzony w przyprawy sklep indyjski znajduje się na Lebuh Pantai (pomiędzy Lebuh Chulia, a Lebuh Pasar).

 

George Town21 (powiększenie)

George Town, Pengkalan Weld, fot. autor

 

George Town22 (powiększenie)

George Town, fot. autor

 

W Batu Feringgi ruch jak w godzinach szczytu w Kuala Lumpur. Turyści snują od knajpy do knajpy, oglądają pamiątki. Nie chciałbym tu mieszkać. Za duży zgiełk. Teluk Bahang, w odróżnieniu, jest spokojną cichą miejscowością. Szkoda, że już niedługo. Od wschodu budowane są nowe, duże budynki. Zapewne będą tam hotele i Teluk Bahang straci cały swój urok. Znak czasów. Szkoda, że taki.

 

George Town23 (powiększenie)

George Town, Jeti, fot. autor

 

Gorąco trochę zelżało. Nie ma to jak porządnie klimatyzowany pokój.

 

xxx

 

Cztery dni na wyspie zleciały nam nie wiadomo kiedy. Z założenia przeznaczone były na wypoczynek, ale był on w takim razie bardzo czynny. Zostawiamy pokój i idziemy oddać klucze. Żegnamy się z dziewczyną z recepcji, która z nieukrywaną radością macha nam ręką. Nie będzie musiała się zastanawiać za każdym naszym wejściem i wyjściem, czy aby, o zgrozo, nie mamy do niej jakiejś sprawy. Zresztą jej obawy nie były takie zupełnie bezpodstawne. Któregoś dnia zabrakło nam papieru toaletowego (wiem, że w tej kulturze można inaczej, ale jakoś nie jestem przekonany). Ze słowem „papier” po angielsku daliśmy sobie wspólnie radę szybko i bez problemów. Recepcjonistka wyjęła od razu papier z drukarki. Gorzej nam poszło ze słowem "toaletowy". Chciałem już zrobić bardzo wymowny gest, żeby pokazać dosłownie, do czego mi ta rzecz potrzebna, ale uznałem, że byłoby to niegrzeczne. Wreszcie wpadliśmy na pomysł, by zrobić okrągły gest dłonią. Bingo. Radość recepcjonistki i obsługi hotelowej, która na czas naszej „rozmowy” zastygła w bezruchu – bezcenna. Z drugiej strony, kto powiedział, że trzeba w każdym zakątku globu znać język Szekspira? Jak człowiek ma ręce i jako taką wyobraźnię, wszędzie sobie poradzi.

 

Autobus na lotnisko podjeżdża dosyć szybko. Przejechanie około 40 kilometrów zabiera kierowcy równo...2 godziny. Wyszła więc nam „niezła” średnia – 20 kilometrów na godzinę. Jest sobotnie popołudnie i od Batu Feringgi ciągną się potężne korki. Wygląda to mniej więcej tak, jakby wszyscy mieszkańcy wyspy uparli się, żeby właśnie wyjechać z domów na swoich czterech i dwóch kołach. Jeżeli więc będziecie chcieli dojechać do portu lotniczego na Penangu w takim „gorącym” czasie jak my, pamiętajcie o wcześniejszym wyjeździe. Lepiej poczekać na lotnisku niż się spóźnić na swój samolot. My trochę oszołomieni wysiadamy i idziemy do stanowiska Air Asia. Tam drukujemy taśmy na bagaż, a następnie idziemy go nadać. Na kilkanaście stanowisk tylko w kilku są ludzie z obsługi i spędzamy około pół godziny w kolejce. Mamy na szczęście czasowy zapas i bez nerwów czekamy na samolot do Johor Bahru.

 

Penang9 (powiększenie)

Stanowiska odpraw bagażu na lotnisku na wyspie Penang, fot. autor

 

Lot na Lapangan Terbang Antarabangsa Senai trwa około godziny. Do Johor Bahru mamy stąd jeszcze około 30 kilometrów. Już po odebraniu bagaży idziemy do kasy, w której kupujemy bilety autobusowe. Za każdy płacimy po 8 ringgitów. Autobusy z lotniska do Johor Bahru jeżdżą od 6.10 do 23.30, zaś w drugą stronę od 5.30 do 22.00.

 

Johor Bahru4 (powiększenie)

Lapangan Terbang Antarabangsa Senai, fot. autor

 

Johor Bahru7 (powiększenie)

Takie autobusy jeżdżą z lotniska do Johor Bahru, fot. autor

 

Po 45 – 50 minutowej podróży dojeżdżamy na JB Sentral. Niedaleko stąd mamy hotel. Dochodzimy tam z pewnymi komplikacjami (musieliśmy pytać o drogę, ale pani w mundurze od razu nam ją wskazała). W recepcji na ścianie portrety sułtana Johor – Ibrahima Ismaila z dynastii Temenggong (jest władcą od 2010 roku), jego żony i następcy tronu. Za hotel płacimy 140 ringgitów za dwuosobowy pokój. Robimy sobie krótki wieczorny spacer. W tajskiej knajpie jemy kolację. Oddzielnie płacimy za jedzenie, oddzielnie za napoje. Beatka szukała chińskich pierożków, za którymi przepada, ale niestety nie znalazła nic, co by je przypominało i musiała zjeść to co oferowali Tajowie. Przechodzimy na dworzec, żeby zorientować się w drodze do przejść granicznych i Singapuru. Z JB Sentral nad ulicą jest przejście do galerii handlowej. Zachodzimy do Hindusa by zapytać w jakiej cenie ma mocniejsze trunki. Okazuje się, że za butelkę 0,33 litra żąda 50 ringgitów. Nie kupujemy, powiedzmy, że nasza wizyta tam była tylko i wyłącznie w celu informacyjnym.

 

Johor Bahru5 (powiększenie)

Hotelowa informacja, fot. autor

 

Johor Bahru1 (powiększenie)

Johor Bahru, fot. autor

 

Po śniadaniu sprawdzamy, czy spakowaliśmy wszystkie rzeczy. Oddajemy klucze, odbieramy depozyt (50 ringgitów) i idziemy do przejścia granicznego (CIQ, na tabliczkach są także napisy Woodlands). Nie my jedni... Towarzyszą nam tłumy ludzi. Na szczęście jest kilkadziesiąt punktów kontroli granicznej i nie ma do nich kolejek. Pokazujemy swoje paszporty i żegnamy się z Malezją.

 

Johor Bahru2 (powiększenie)

Johor Bahru, fot. autor

 

Johor Bahru6 (powiększenie)

Standardowe oznaczenie pokoju hotelowego, czyli droga do Mekki, fot. autor

 

Zjeżdżamy schodami na dół. Tam znajdują się stanowiska odjazdów autobusów w kierunku granicy z Singapurem. I tak może wyglądać piekło dla kogoś, kto akurat nie lubi tego środka lokomocji. Smród paliwa, gorąco i głośno tak, że po krótkim czasie zaczyna boleć głowa. Trudno, można spróbować pojechać z JB Sentral pociągiem, ale z tego co widzieliśmy wczoraj przy kasach, to biletów już na dzisiaj było bardzo niewiele, no i było drożej niż autobusem. Wsiadamy do jakiegoś autobusu, który dowozi nas na singapurską stronę (bilety po 1,50 ringgita). Tam wszyscy muszą wysiąść. Do następnego pojazdu wsiądziemy już w Singapurze.

 

Johor Bahru3 (powiększenie)

Droga do granicy, fot. autor

 

Przechodzimy przez granicę. Na niej znowu niekończąca się ciżba ludzi. Na szczęście, tak jak w Johor Bahru stanowisk jest tyle, że, jak na razie, nie tworzą się kolejki. Musimy przekazać panu w mundurze, wypełnione takie same druczki (otrzymaliśmy je w autobusie), z którymi mieliśmy do czynienia już trzy tygodnie temu. Nie ma żadnego znaczenia, że do Singapuru jedziemy praktycznie po to, by dostać się na lotnisko Chiangi i dalej, do Stambułu. Prawo jest prawo, druk jest druk i musi być. Jego część zostaje oderwana i, tak jak wcześniej, oddana nam z pouczeniem, że mamy ją przed wylotem przekazać funkcjonariuszowi granicznemu na przejściu. Dodatkowo mamy okazać jeszcze bilety z Singapuru. Wystarcza wydruk z rezerwacji.

 

Następnie podchodzimy przed kontrolę celną. Singapurczyków interesuje tylko czy wwozimy alkohol i papierosy. Na naszą odpowiedź, że nie, kiwają głowami i na szczęście nie każą nam wszystkiego wypakowywać. Nie dlatego, że coś przewoziliśmy, tylko, że jak sobie pomyślę o powtórnym pakowaniu, to jeszcze dzisiaj słabiej się czuję.

 

Udaje nam się wsiąść do autobusu numer 170, którym dojeżdżamy do stacji metra Kranji. Za dwie osoby płacimy razem 2,80 dolara (można płacić walutą z Brunei). Jazda zajmuje kilka minut. Następnie wymieniamy na dolary ringgity, które nam jeszcze zostały z Malezji.

 

W automacie kupujemy bilety na lotnisko. Płacimy 5,20 dolara za dwie osoby. Czerwoną linią jedziemy do stacji Jurong East. Tam przeskakujemy na zieloną linię. Później jeszcze jedna przesiadka na stacji Tanah Merah i zatrzymujemy się na lotnisku Chiangi. Przez całą drogę mamy okazję przyjrzeć się przedmieściom państwa – miasta i nabieramy do niego coraz większego szacunku. Wszędzie czysto i schludnie. Nawet wyprane rzeczy wiszą na balkonach w jakimś porządku.

 

Jesteśmy na lotnisku. Mamy parę godzin do samolotu do Stambułu. Idziemy coś zjeść, na jakiś czas przysiadujemy na punkcie widokowym. Są tutaj również miejsce do zabawy dla dzieci. Maluchy mogą także wziąć sobie kredki i porysować. Tematem dominującym ich dzieł są oczywiście samoloty. Znajdujemy punkt, gdzie możemy wcześniej odprawić bagaże do luku i dostać karty pokładowe. Z samym bagażem podręcznym jest o wiele lżej. Czas na odprawę graniczną. Funkcjonariusz zostawia sobie oderwane kilka godzin wcześniej części kartek, które musieliśmy mieć przy paszportach.

 

Lecimy ze stanowiska D49. Wcześniej organizujemy sobie połączenie internetowe. Na lotnisku jest kiosk, gdzie po okazaniu paszportu otrzymuje się hasło dostępu do sieci. Czekaliśmy na samolot trzy godziny i wszystko działało idealnie.

 

Przechodzimy kontrolę bezpieczeństwa. Za kilka minut komunikat, że można wsiadać do samolotu. Nasze miejsca są w samym ogonie. Startujemy o czasie. Teraz przed nami 11 godzin nocnego lotu. Na początku jest w miarę spokojnie, ale później nad Indiami i Himalajami zaczyna bardzo porządnie rzucać. Skaczemy jak piłki. Góra, dół, góra, dół...Wychodzę z założenia, że i tak nie mam wpływu na to co się dalej stanie i z tą myślą zasypiam. Beatka powie mi później, że spałem...bardzo głęboko.

 

Samolot do Warszawy mamy o 12.30. Próbujemy spać, ale nic z tego. Siadamy i wspominamy Borneo, Brunei, Kuala Lumpur i Penang. Przy tych rozmowach czas jakby przyspiesza. Naprzeciwko siada młoda muzułmańska para. Jej widać tylko oczy, on jak zwykle na luzie. W pewnej chwili dziewczyna podnosi zasłonę i zaczyna robić do telefonu różne, nie zawsze najmądrzejsze miny. Chłopak przyłącza się do zabawy. Robią sobie wspólne selfie. Zanoszą się ze śmiechu. Po kilku minutach poważnieją. Ona zakłada z powrotem zasłonę i znowu widać tylko jej ciemne, duże oczy. Poprawia garderobę i razem wsiadają do samolotu lecącego do Kuwejtu.

 

Stambuł1 (powiększenie)

Stambuł, za chwilę start do Warszawy, fot. autor

 

Wreszcie, na ekranach, pojawia się numer stanowiska, z którego lecimy. Lot, bez problemów. Piękna pogoda. Przed 14.00 lądujemy na lotnisku im. Fryderyka Chopina. Samolot do Gdańska mamy za ponad dwie i pół godziny. Bilet łączony mieliśmy tylko do Warszawy. Musimy więc odebrać bagaż, przejść do stanowiska LOT-u, wydrukować karty pokładowe, nadać bagaż i ponownie przejść kontrolę bezpieczeństwa.

 

Po wszystkim mamy wreszcie czas, by zatelefonować do najbliższych i przekazać im co u nas słychać. Do Gdańska ruszamy o czasie, po godzinie jesteśmy na miejscu. Już czeka na nas Tomek. Pakujemy bagaż i próbujemy wyjechać. Pomysłodawcom oznakowania miejscowego lotniska gratuluję. Kręcimy się i wreszcie znajdujemy właściwą drogę. Przy okazji spotykamy błądzących kierowców "z Polski", których słów, z uwagi na to, że mogą ten blog czytać dzieci, lepiej nie będę przytaczał.

 

Gdańsk1 (powiększenie)

No to jesteśmy z powrotem, fot. autor

 

Dom. Tylko trzy litery, a jak dużo znaczą. Patrzymy w okno i widzimy rudy łeb, znak, że pies został przywieziony z hotelu i na nas czeka. Później czekają nas piski, skoki, lizanie twarzy, rąk, wtulanie się i ogólna radość. Kolejna podróż za nami. Ciekawe, że jeszcze w samolocie z Singapuru zacząłem planować kolejny wyjazd...Czy to objaw jakiejś choroby? A nawet jeżeli tak, to chcę mieć tę „przypadłość” jak najdłużej, a najlepiej cały czas.

 

gekon2010, 22,23,24,25,26,27 i 28 marca 2016 roku 

 

Dodano: 04.05.2016 19:18
Ostatnia aktualizacja: 15.11.2018
Miejsce:

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com


Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.29
USD
3.80
CHF
3.78
GBP
4.86
Średnie kursy, 16-11-2018
Żródło: NBP

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.