Strefa Rezerwacji

Kalendarz wydarzeń

Listopad 2018
pn wt śr cz pt sb nd
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9

linki

REKLAMA

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych „RODO”. Prosimy o zapoznanie się, jak będziemy przetwarzać Państwa dane po 25 maja 2018 r. Szczegóły: zakładka "Dane osobowe, Regulamin. Polityka prywatności" w dolnym menu strony.

Blog użytkownika gekon2010

Część 12 – Kuala Lumpur, czyli wieże Petronas, szalejące makaki i święte groty

 

Z Kota Kinabalu (Borneo) do  Kuala Lumpur lecimy liniami Malindo Air. Z tego co zauważyliśmy, to latają tam również niskokosztowe linie Air Asia i Malaysia Airlines. Przed południem startowało kilka samolotów.

 

Malindo Air to młoda linia lotnicza. Pierwszy lot z Kuala Lumpur do stolicy stanu Sabah linie te wykonały 22 marca 2013 roku. Powstały z połączenia National Aerospace and Defense Industries of Malaysia i Lion Air Indonesia. Startowali mając w swojej flocie dwa samoloty Boeing. Dzisiaj operacje lotnicze wykonuje 35 samolotów. Linie latają do 10 krajów i 30 portów lotniczych. W swojej gazetce chwalą się, iż są pierwszą linią lotniczą w Malezji, która wprowadziła WiFi na pokładach swoich samolotów. Od 15 marca 2016 roku ich statki powietrzne lądują na głównym lotnisku Kuala Lumpur – KLIA.

 

KL16 (powiększenie)

Jeden z samolotów należących do floty Malindo Air, fot. autor

 

Mijają prawie dwie godziny i około 12.30 lądujemy na KLIA 2. Musimy przejść ładnych kilkaset metrów, by dojść do punktu odbioru bagażu. Mijamy tłumy ludzi, którzy bądź przylecieli, bądź czekają na swój samolot. Akurat to, że jest ich aż tyle, nie powinno nas dziwić. Przez lotnisko przewijają się dziesiątki milionów podróżnych. Odbieramy bagaż i szukamy miejsca, z którego odjeżdżają autobusy. Lotnisko położone jest ponad 40 kilometrów od miasta i jakoś musimy się tam dostać. Nie bierzemy pod uwagę taksówki. Poza tym mamy dwie opcje dojazdu do Kuala Lumpur. Możemy dojechać do KL Sentral szybkim pociągiem, albo również tam, trochę dłużej jadącym autobusem. Pociąg kosztuje 55 ringgitów (dorosły, bilet w jedną stronę) i 25 ringgitów (dziecko, bilet także w jedną stronę). Można od razu kupić bilet w dwie strony. Wtedy dorosły zapłaci 100 ringgitów, zaś dziecko 45. Można także kupić bilet online płacąc za niego kartą MasterCard. Wtedy zapłacicie 20 procent taniej, czyli 40 ringgitów. To oferta promocyjna i będzie obowiązywała do 30 września 2016 roku. A i jeszcze jedno. Przejazd z KLIA do KL Sentral zajmuje 33 minuty.

 

Za to za autobus płaci się tylko 10 ringgitów (dorosły) lub 6 ringgitów (dziecko). Tyle kosztuje przejazd w jedną stronę. Jeżeli jedzie się tam i z powrotem dorosły zapłaci 18 ringgitów, a dziecko 10. Autobusy z lotniska jeżdżą pomiędzy 06.30, a 0.30 następnego dnia. Z KL Sentral pierwszy odjeżdża o 05.00, zaś ostatni o północy. Podróż, zgodnie z rozkładem jazdy, powinna trwać godzinę.

 

Droga do stanowiska odjazdu autobusów (tak samo zresztą jak do kolejki) jest bardzo dobrze oznaczona i nie powinno się mieć żadnych problemów z dotarciem tam.

 

Bilety na autobus kupujemy w kasach. Pakujemy nasze bagaże do luku wskazanego pojazdu i siadamy na miejsca. W środku mała „lodówka” (ach ta klima), ale mamy nadzieję, że nasze organizmy zdążyły się już do tego przyzwyczaić. Dojazd autostradami do KL Sentral rzeczywiście zajmuje nam około godziny. Autobusy zatrzymują się na poziomie ulicy. Jeżeli ktoś chce przesiąść się na kolejkę powinien podjechać schodami do góry, wejść na halę dworcową i następnie szukać skąd ma dalsze połączenie. Droga jest dobrze oznaczona.

 

Dobre jest to, że mamy bardzo prostą drogę do hotelu. Kierowcy taksówek co chwila pytają czy nie skorzystamy z ich usług. Kiedy słyszą, gdzie będziemy mieszkać i że znamy drogę, miny im rzedną i cierpliwie szukają kolejnej okazji.

 

A mieszkamy bardzo blisko, około 500 metrów od KL Sentral, czyli nie tak znowu daleko, by nawet z bagażami zrobić sobie spacer. Tak jak w Singapurze dostajemy pokój bez okna. Inna rzecz, że nie jest nam ono do niczego potrzebne, albowiem i tak mamy zamiar tylko tutaj spać. Za dwie doby płacimy 160 ringgitów. Szybko rozpakowujemy się i ruszamy na popołudniowo-wieczorne zwiedzanie.

 

KL33 (powiększenie)

Kuala Lumpur, fot. autor

 

Na KL Sentral zaglądamy na chwilę do punktu informacji turystycznej. Tam otrzymujemy bezpłatny plan miasta i informację, skąd odjeżdżają bezpłatne autobusy. Tak, tak. Bezpłatne. W stolicy Malezji istnieje coś takiego jak GO KL. To sieć czterech linii oznaczonych różnymi kolorami (czerwona, niebieska, zielona i fioletowa). Autobusy jeżdżą co kilka, kilkanaście minut. W niektórych miejscach linie przecinają się i można się wtedy przesiąść.

 

Przed dworcem jest przystanek autobusu czerwonej linii. Wewnątrz okazuje się, że na ekranie nad kierowcą nie wyświetlają się nazwy przystanków. Musimy więc mocno wyglądać ich nazw przy każdorazowym zatrzymaniu autobusu. Stwierdzamy, że to nie dla nas i na Menara DBKL wysiadamy. Być może mieliśmy pecha i akurat trafiliśmy na taki pojazd, gdzie na przykład była awaria wyświetlacza. Te autobusy jednak nie powstały z myślą o turystach, tylko po to by zminimalizować ruch na ulicach Kuala Lumpur. Panuje w nich spory tłok. Myślę, że ktoś, kto zatrzymuje się tutaj na dłużej może poświęcić trochę czasu, by "rozgryź system" i wtedy przejazdy GO KL będą tylko i wyłącznie przyjemnością.

 

KL29 (powiększenie)

Kuala Lumpur, fot. autor

 

Przechodzimy przez targ i znajdujemy się w miejscu, skąd chyba powinno rozpocząć się zwiedzanie stolicy Malezji. To meczet Masjid Jamek. Postawiono go w miejscu, gdzie schodzą się rzeki Gombak i Kelang. Wejście jest między innymi od Jalan Tun Perak. Sam meczet był gotowy w 1907 roku, dopiero w 1909 roku decyzją sułtana Selangoru, udostępniono go wiernym. Posiada piękne minarety i kopuły. Sala modlitewna nie jest ograniczona ścianami. Widać ją z zewnątrz. Meczet zaprojektował Arthur Benison Hubbard.

 

KL17 (powiększenie)

Masjid Jamek, fot. autor

 

KL18 (powiększenie)

Masjid Jamek, fot. autor

 

KL19 (powiększenie)

Masjid Jamek, fot. autor

 

Z wejściem doń nie ma żadnego problemu, trzeba tylko poddać się ocenie pana pilnującego stosowności ubioru i ewentualnie zdjąć go z wieszaków. Moje spodnie okazują się za krótkie i muszę założyć...spódnicę. Zakrywa mi nie tylko kostki, ale i prawie całe stopy. Beatka ma na szczęście chustkę na głowę. Zakłada ją, a reszta jej stroju nie budzi zastrzeżeń pana przy wejściu, który wpuszcza nas do środka. Orientalny, lekki styl. W środku siedzą lub leżą wierni. Jakieś dziewczynki pokazują nas sobie palcami i wybuchają śmiechem. Muszę wystrzałowo wyglądać w tym swoim stroju. Niestety, piękno budynku psują okoliczne budowy. Z czasem zapewne się to zmieni. A i jeszcze jedno, do czasu otwarcia w 1965 roku meczetu Masjid Negara, odwiedzany przez nas Masjid Jamek pełnił funkcję meczetu narodowego.

 

KL20 (powiększenie)

Masjid Jamek, fot. autor

 

KL21 (powiększenie)

Masjid Jamek, fot. autor

 

KL22 (powiększenie)

Masjid Jamek, fot. autor

 

Z Jalan Tun Perak skręcamy w lewo w Leboh Ampang. Kluczymy trochę po uliczkach, by wreszcie popatrzeć na katedrę św. Jana. Pierwsza świątynia była tutaj pod koniec XIX wieku. Obecną konsekrowano na początku lat 60. ubiegłego stulecia. Idąc dalej Jalan Bukit Nanas dochodzi się do budynku szkoły. Uczy tutaj około 100 nauczycieli, zaś naukę pobiera ogółem niewiele ponad 1000 osób, z czego zdecydowaną większość stanowią chłopcy. Sam budynek łatwo zauważyć, zbudowano go z czerwonej cegły, w kolonialnym stylu.

 

KL23 (powiększenie)

Kuala Lumpur, Leboh Ampang, fot. autor

 

KL24 (powiększenie)

Kuala Lumpur, katedra św. Jana, fot. autor

 

KL25 (powiększenie)

Szkoła, fot. autor

 

Niebo zaczyna szarzeć, znak, że niedługo zrobi się ciemno. Z Jalan Bukit Nanas dochodzimy do Jalan Raja Chulan. Skręcamy w lewo, następnie znowu w lewo w Jalan P Ramlee i na końcu znowu w lewo w Jalan Puncak. W ten sposób znaleźliśmy się pod wieżą telewizyjną.

 

KL26 (powiększenie)

Menara Kuala Lumpur, fot. autor

 

Budowę Menara Kuala Lumpur zakończono w 1995 roku. Na początku października 1996 roku została uroczyście otwarta (publiczność mogła ją odwiedzać od końca lipca 1996 roku). Liczy sobie 421 metrów wysokości i zaliczana jest do najwyższych wolnostojących budynków na świecie. Przy Jalan Puncak na chętnych czeka minibus, który zawozi ich pod wejście do wieży. Tam czekają uśmiechnięci młodzi ludzie, którzy oczywiście zapraszają do środka. My na razie grzecznie dziękujemy i robimy sobie spacer. Na balustradach siedzą małpy i przyglądają się z zainteresowaniem, było nie było, spokrewnionemu gatunkowi.

 

KL27 (powiększenie)

Menara Kuala Lumpur, fot. autor

 

Wieża jest otwarta codziennie od 09.00 do 22.00. Za bilet uprawniający do wjazdu na poziom, z którego można obserwować panoramę miasta dorosły płaci 52 ringgity, zaś dziecko – 31. Może być drożej, jeżeli doliczymy do tego atrakcje typu mini ZOO, teatr XD, symulator Formuły 1 i akwarium. Wtedy za pełen pakiet dorosły płaci 110 ringgitów, a, jeżeli jest z dzieckiem musi pamiętać o tym, że będzie musiał wyłożyć dodatkowe 80 ringgitów...

 

KL28 (powiększenie)

Chodzą pod tę wieżę ci dwunożni i chodzą..., fot. autor

 

Wracamy do Jalan P Ramlee, skręcamy w lewo i idziemy pod słynne bliźniacze wieże Petronas. Są świetnie oświetlone i przez to doskonale widoczne. Przyznać trzeba, że robią potężne wrażenie. Zbudowane pod koniec ubiegłego wieku, według projektu pochodzącego z Argentyny architekta Césara Pelli, przez kilka lat były najwyższym budynkiem na świecie. Nic dziwnego - mają aż 452 metry wysokości. Na 41 poziomie połączone są łącznikiem o długości prawie 60 metrów. W jednej z nich swoje siedziby mają: Filharmonia Dewan, w której gra Malezyjska Orkiestra Symfoniczna i centrum handlowe – Suria KLCC, gdzie z kolei można oddawać pokłon bożkowi konsumpcjonizmu.

 

Pod wieżami, pomimo dosyć późnej pory wielu, wielu ludzi. Miejscowi oferują turystom telefony komórkowe po 200 dolarów. Stoimy tam dłuższą chwilę, później podchodzimy z różnych stron. Wreszcie przez galerię handlową przechodzimy do stacji kolejki z postanowieniem powrotu do hotelu.

 

KL30 (powiększenie)

Tego opisywać nie trzeba, fot. autor

 

KL31 (powiększenie)

Łącznik pomiędzy wieżami na 41 piętrze, fot. autor

 

Wieże są dostępne dla publiczności od wtorku do niedzieli w godzinach 09.00 – 21.00 (są jeszcze zamknięte w piątki od 13.00 do 14.30). Dzieci do 2 roku życia za bilety nie płacą. Wejście tych do 12 roku życia kosztuje 35 ringgitów, zaś dorosłego 85 ringgitów (seniorzy, czyli ci, którzy ukończyli 61 lat płacą tylko 45 ringgitów). W cenie łącznik między wieżami i poziom obserwacyjny na 86 poziomie.

 

KL32 (powiększenie)

Co kupujecie? Do wyboru, do koloru...,fot. autor

 

Jednak, kiedy tam byliśmy nie można było wjechać na powietrzny most, który chyba jest największą atrakcją tego miejsca. Był remontowany. Wszystko miało wrócić do normy 3 maja 2016 roku.

 

Ze stacji KLCC jedziemy na KL Sentral kolejką (czerwona linia - LRT). Za przejazd (po 1,60 ringgita) płacimy w automatach biletowych. Otrzymujemy nie papierowe wydruki, tylko żetony. Przykładamy je do czujników przy bramkach i wchodzimy na peron. Przejazd zajmuje kilka, kilkanaście minut. Żeby wyjść z peronu po przyjeździe na KL Sentral musimy wrzucić żetony do otworu przy bramce, wtedy ta otwiera się i możemy wysiąść.

 

Szybkim krokiem ruszamy do hotelu. W pokoju od razu zasypiamy.

 

Śniadanie jemy tuż przy naszym hotelu. Obsługujący nas młody człowiek robi łaskę, że żyje. Myli się w zamówieniach i generalnie ma, powiedzmy, dosyć lekkie podejście do klienta i swoich obowiązków. Trochę jesteśmy tym zaskoczeni, ale trudno. Jak młody uważa, że w ten sposób utrzyma swoje miejsce pracy, to nic tylko powinien tak się zachowywać. My skupiamy się na posiłku i po uiszczeniu wynoszącego prawie 40 ringgitów rachunku ruszamy do KL Sentral.

 

Chcemy nabyć bilety do Batu Caves, hinduistycznej świątyni położonej w jaskiniach. Myśleliśmy, że możemy to zrobić w automacie, w którym wczoraj kupowaliśmy bilety z KLCC do KL Sentral (linia LRT). Okazuje się, że nie. Jeden z pracowników mówi nam, że musimy kupić bilety w kasie. Oczywiście wskazał nam, gdzie ona jest. Czyli żadne żetony, tylko normalne papierowe bilety. Za przejazd w dwie strony płacimy za dwie osoby 10,40 ringgitów. Do Batu Caves jeździ granatowa linia, czyli KTM Komuter.

 

KL15 (powiększenie)

KL Sentral, wejście na perony kolejek KTM Komuter, fot. autor

 

Czekamy na torze 3. Na płytkach chodnikowych zauważamy napis na różowym polu, z którego wynika, że to miejsce przeznaczone jest tylko i wyłącznie dla kobiet. W niektórych kolejkach, pośrodku składów znajdują się wagony przeznaczone tylko i wyłącznie dla przedstawicielek płci pięknej. Mogą tam również wsiadać panie z dziećmi. Stąd te wyznaczone strefy. Panowie je omijają, tak jak damskie wagony. Ma to służyć bezpieczeństwu i komfortowi podróży kobiet.

 

KL13 (powiększenie)

Wagon tylko dla pań, fot. autor

 

KL14 (powiększenie)

W tym miejscu mogą przebywać tylko kobiety, fot. autor

 

W drodze zapoznajemy się z obowiązującymi w kolejce zakazami. Nie wolno więc palić, jeść i pić, żuć gumy, śmiecić, wprowadzać zwierząt, używać otwartego ognia oraz...zachowywać się nieprzyzwoicie. Pamiętać przy tym trzeba, że Malezja jest krajem muzułmańskim i normy przyzwoitości, także w stosunkach damsko-męskich, są surowsze niż u nas. Nie widać jednak, by młodzi, zakochani ludzie, aż tak bardzo tym zakazem się przejmowali.

 

KL11 (powiększenie)

No to mamy pełen zestaw zakazów, fot. autor

 

KL12 (powiększenie)

Między innymi nie można zachowywać się...nieprzyzwoicie, fot. autor

 

Ciekawa ta komunikacja w Kuala Lumpur. Kiedyś przeczytałem, że nawet autor pracy doktorskiej nie odkryłby wszystkich tkwiących w niej niespodzianek. My, jak na razie zauważyliśmy, że w niektórych kolejkach bilety, a właściwie żetony kupuje się w automatach, a w innych za przejazd trzeba zapłacić w kasie. Trzeba by było tutaj trochę dłużej pobyć, by to w miarę opanować.

 

KL34 (powiększenie)

Kasa biletowa na stacji Batu Caves, fot. autor

 

Do stacji Batu Caves dojeżdżamy po 30 – 40 minutach. Przechodzimy na prawą stronę (patrząc w kierunku jazdy) i wchodzimy na teren świątyni. Po lewej stronie widzimy potężny pomnik boga Hanumana. My idziemy jednak prosto, aż znajdujemy plac, na którym stoi wysoka na prawie 43 metry statua hinduskiego bóstwa Muruga, zwanego również Lordem Subramaniam. Jest pozłacana. Za nią 272 schody prowadzące do jaskiń. Niestety, w porze, w której jesteśmy (południe) nie można po nich wejść. Trochę się kręcimy. Wokoło biegają makaki, które tylko wypatrują kogoś z plastikową torebką, by mu ją wyrwać i sprawdzić, czy w środku nie ma aby nic do jedzenia.

 

KL35 (powiększenie)

Batu Caves, statua Muruga, fot. autor

 

KL36 (powiększenie)

Batu Caves, fot. autor

 

KL37 (powiększenie)

Batu Caves, fot. autor

 

Idziemy do Ramayama Cave. Płacimy za wstęp i za chwilę oglądamy historie z życia Ramy. Widzimy potężny posąg przedstawiający śpiącego Kumbakharna brata Ravany. Związana jest z nim ciekawa historia. Prosił Brahmę, o możliwość zajęcia miejsca Indry i rządzenia niebiosami. Indra poczuł się zagrożony, przekonał więc Brahmę, by spełnił życzenie giganta, lecz w ostatniej chwili wykręcił język Kumbakharny. I ten nie poprosił o „Indraasana” (tron Indry), lecz o „Nidraasana” czyli… sen. Ma się on budzić co sześć miesięcy. Ravana miał kiedyś go wcześniej obudzić wzywając do walki z wrogami.

 

KL41 (powiększenie)

Wejście do Ramayama Caves, fot. autor

 

KL38 (powiększenie)

Ramayama Caves, śpiący Kumbakharna

 

KL39 (powiększenie)

Ramayama Caves, fot. autor

 

KL40 (powiększenie)

Ramayama Caves, fot. autor

 

Naokoło znajdują się ołtarzyki przedstawiające figurki hinduskich świętych.

 

KL42 (powiększenie)

Batu Caves, fot. autor

 

KL43 (powiększenie)

Batu Caves, fot. autor

 

KL44 (powiększenie)

Batu Caves, fot. autor

 

Na sam koniec wizyty przystajemy pod pomnikiem króla małp Hanumana. Ten znowu miał walczyć z Ravaną po stonie Ramy.

 

KL7 (powiększenie)

Batu Caves, pomnik Hanumana, fot. autor

 

KL8 (powiększenie)

Batu Caves, fot. autor

 

Makaki nie mają z nas żadnego pożytku. Krótko nam się przyglądają, by ruszyć dalej w poszukiwaniu łatwego jedzenia. My tymczasem wracamy do kolejki i na odpoczynek do hotelu.

 

KL9 (powiększenie)

Kuala Lumpur, Jalan Padang Belia, fot. autor

 

Po dwóch – trzech godzinach znowu ruszamy na Central Market. Z KL Sentral mamy tam „czerwoną ” kolejkę (LRT). Musimy wysiąść na najbliższej stacji, czyli Pasar Seni. Dlatego za bilety płacimy niewiele – po 1 ringgicie (cena przejazdu metrem w KL zależy od długości trasy). Po wyjściu z wagonu kierujemy się prosto i następnie po schodach na prawą stronę. Jeżeli będziecie chcieli dojść tak jak my do Central Market nie skręcajcie w lewo. Wtedy przechodzicie przez rzekę i oddalacie się od celu. Podchodzimy do Jalan Tun Sambanthan. Tam musimy mieć oczy dookoła głowy. Jest to bardzo ruchliwa ulica, gdzie co niektórym kierowcom zdarza się w ogóle nie patrzeć na sygnalizację świetlną. Wreszcie udaje nam się przejść i wychodzimy na deptak, będący częścią Jalan Hang Kasturi. Wokoło sprzedawcy oferują spodnie, koszulki, plecaki, torby, drobne pamiątki, jedzenie i jeden Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. Kiedy przystajemy przy jednym ze stoisk od razu pojawia się kupiec i zachwala swój towar. Nie zwraca uwagi na nasze słowa, że tylko się przyglądamy i jak będzie trzeba to go poprosimy. Nic z tych rzeczy. Trudno, odchodzimy, nie lubimy jak ktoś w takich sytuacjach stoi nam nad głowami.

 

KL3 (powiększenie)

Wejście na deptak będący częścią Jalan Hang Kasturi, fot. autor

 

KL4 (powiększenie)

Stoiska na Jalan Hang Kasturi, fot. autor

 

KL5 (powiększenie)

Jalan Hang Kasturi, fot. autor

 

Targ był w tym miejscu już pod koniec XIX wieku. Charakterystyczny, niebieski budynek wzniesiono w 1937 roku. Tam na dwóch poziomach szwarc, mydło, powidło i dużo różnego jedzenia. Szukamy jakiejś inspiracji, co by tutaj z tej części Azji przywieźć najbliższym i w niektórych przypadkach nam się to udaje.

 

KL2 (powiększenie)

Central Market, fot. autor

 

Przedłużeniem Jalan Tun Sambanthan jest Jalan Tun Tan Cheng Lock. Tam, w jednym z kantorów wymieniamy pieniądze. Kurs niższy niż w Kota Kinabalu. Za jedno euro otrzymujemy 4,53 ringgita. Wchodzimy jeszcze do chińskiej dzielnicy. Wejścia z Jalan Tun Tan Cheng Lock na Jalan Petaling trudno nie zauważyć. Prowadzi tam bowiem wielka brama z napisami w języku chińskim. Na samej Jalan Petaling stoisko przy stoisku z rozłożonymi towarami. Sprzedawcy zachęcają do kupna. Nie widzimy niczego szczególnego, ale mamy za to sympatyczny spacer. Jeżeli macie ochotę na mocniejszy trunek, to w miarę rozsądne ceny (porównywalne do polskich) są właśnie w Chinatown. Gdzie indziej trudno kupić jakikolwiek alkohol, a poza tym ceny są jak dla mnie zaporowe.

 

KL1 (powiększenie)

Wejście na Jalan Petaling, fot. autor

 

Także kolejką LRT, wracamy do KL Sentral, a później jak najszybciej do hotelu.

 

KL10 (powiększenie)

Kuala Lumpur, Jalan Thambipillay, fot. autor

 

Jest późny wieczór. No i jutro żegnamy się z Kuala Lumpur. Znowu trzeba się przepakować. Trudno, to tylko taka mała niedogodność związana ze zmianą miejsca pobytu.

 

Pobudkę robimy sobie tuż po 4 rano. Toaleta, bagaż na plecy i do recepcji. Oddajemy klucze. Obsługa sprawdza jeszcze czy czasem nie wynieśliśmy z pokoju telewizora lub innego cennego wyposażenia i wtedy możemy wyjść z hotelu. Na lotnisko jedziemy autobusem. Nie było co kombinować. Ten sposób akurat mamy wypróbowany i co najważniejsze był on najtańszy. Bilety na ten przejazd kupiliśmy rezerwując lot (w niektórych miejscach przewoźnik – Air Asia – dawał taką możliwość).

 

KL6 (powiększenie)

Kwiaty dla każdego, fot. autor

 

Mija godzina i jesteśmy na KLIA 2. Przy stanowiskach Air Asia duży ruch. Oddajemy bagaże i idziemy coś zjeść. Później kontrola bezpieczeństwa i dochodzimy do odpowiedniego wyjścia. Samolot, którym mamy lecieć przybył z opóźnieniem. Jednak załoga pokładowa tak się uwinęła, że wystartowaliśmy prawie o czasie. Przed nami kolejna malezyjska wyspa z parkiem narodowym w dżungli - Penang - i wreszcie krótki odpoczynek.

 

gekon2010, 20, 21 i 22 marca 2016 roku

 

 POPRZEDNIE (miniaturka)                                                                                    NASTĘPNE (miniaturka)

 

Dodano: 28.04.2016 16:35
Ostatnia aktualizacja: 27.10.2018
Miejsce:

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com


Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.29
USD
3.78
CHF
3.76
GBP
4.84
Średnie kursy, 18-11-2018
Żródło: NBP

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.