Strefa Rezerwacji

Kalendarz wydarzeń

Listopad 2018
pn wt śr cz pt sb nd
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9

linki

REKLAMA

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych „RODO”. Prosimy o zapoznanie się, jak będziemy przetwarzać Państwa dane po 25 maja 2018 r. Szczegóły: zakładka "Dane osobowe, Regulamin. Polityka prywatności" w dolnym menu strony.

Blog użytkownika gekon2010

Borneo – część 9, czyli z czego słynie Kota Kinabalu, stolica prowincji Sabah

 

Dobrze nam w tej dżungli w Sepiloku na Borneo, ale musimy jechać dalej. Po śniadaniu wracamy do pokoju i sprawdzamy, czy zapakowaliśmy wszystkie rzeczy. Później kierunek recepcja i oddanie kluczy. Za pobyt zapłaciliśmy 509 ringgitów, czyli około 500 złotych.

 

Borneo52 (powiększenie)

Za chwilę w drogę, Sandakan, terminal dla autobusów dalekobieżnych, fot. autor

 

Borneo53 (powiększenie)

Sandakan, okolice terminala dla autobusów dalekobieżnych, fot. autor

 

W hotelu mogliśmy zamówić bilety na autobus do Kota Kinabalu (miejscowi nazywają to maistu po prostu KK), stolicy stanu Sabah. Za dwie osoby zapłaciliśmy 86 ringgitów (80 złotych). Autobusy do Koty odjeżdżają z terminala przy Jalan Utara, usytuowanego około 4 kilometrów na północ od centrum Sandakanu. Wiadomość ta jest o tyle ważna, że w Sandakaniejest także dworzec autobusowy. Nie pojedziecie jednak z niego do Kota Kinabalu. Na właściwy dworzec autobusowy dowieziono nas z hotelu. Musieliśmy za to ekstra zapłacić (50 ringgitów, niecałe 50 złotych). Mogliśmy poprosić o dowiezienie tylko do wspominanego już ronda i tam wsiadać do autobusu do Kota Kinabalu, ale chcieliśmy zobaczyć główne miejsce, z którego odjeżdżają autobusy w Sandakanie.

 

Borneo54 (powiększenie)

Kasa biletowa, fot. autor

 

Borneo79 (powiększenie)

...jeden do KK proszę, fot. autor

 

Nasz autobus z Sandakanu odjeżdża w samo południe. Pół godziny wcześniej kierowca pozwala nam na włożenie bagażów do luku i zajęcie miejsc. Siadamy na tych, które wskazane są na biletach. W rzędzie są cztery standardowe fotele spotykane również w autobusach jeżdżących po Polsce. Im bliżej do odjazdu, tym więcej ludzi. Pojazd wypełnia się prawie w całości. Przekrój społeczeństwa tutaj mamy. Jadą dorośli, dzieci, starsi ludzie i młodzież. Malezja jest krajem, a którym dominująca religią jest islam, nie dziwi więc nas ubiór niektórych pasażerek zakrywający praktycznie całe ciało. Widać tylko ich oczy.

 

Borneo55 (powiększenie)

Przed wyjazdem w ostatniej chwili można kupić to i owo, fot. autor

 

Borneo80 (powiększenie)

Kasa biletowa jednej z firm jeżdżącej do Kota Kinabalu, fot. autor

 

Z tego co się zorientowałem z Sandakanu do Kota Kinabalu jeżdżą co najmniej trzy firmy autobusowe. Są to Tung Ma Express, Sida Express i Salam Bumimas Express. Autobusy tej pierwszej powinny odjeżdżać do Kota Kinabalu o godzinie: 06.30, 07.00, 08.00, 09.00, 10.30, 14.00, 18.00 i 20.00. Pojazdy Sida Express zgodnie z rozkładem jazdy ruszają o: 06.30, 07.00, 07.30, 08.00, 08.30, 09.00, 10.00, 12.00, 13.00, 14.00, 17.30, 18.30, 19.00 i 20.00, zaś należące do Salam Bumimas o 07.15 i 17.15. Kasy biletowe należą do konkretnej linii autobusowej. Kupujesz bilet w kasie Tung Ma Express i pojazdem tej linii jedziesz.

 

Borneo56 (powiększenie)

Wnętrze "naszego" autobusu, czekamy na pasażerów, fot. autor

 

Do przejechania mamy około 340 kilometrów. Rzecz jasna klimatyzacja w autobusie odkręcona jest na całego. Na szczęście regulatory nawiewu nad naszymi głowami nie są uszkodzone i możemy je sobie ustawić według naszych gustów. Przezornie zabrane polary chyba nie będą nam dzisiaj potrzebne.

 

Równo o 12.00 ruszamy w drogę. Z zainteresowaniem spoglądamy, czy autobus zatrzyma się na rondzie, skąd prowadzi droga do Sepiloku. Okazuje się, że owszem, wsiadają tam kolejni pasażerowie. Bez względu na to czym się przemieszczam (pociąg, autobus, samolot czy statek) mam jakoś tak dziwnie ustawiony organizm, że na początku podróży, co najmniej przez pierwszą godzinę muszę sobie przytulić głowę do oparcia. Gdy jestem bardzo zmęczony potrafię przespać całą drogą. Cecha bardzo przydatna w samolotach, szczególnie wtedy, kiedy występują turbulencje. Podobnie jest tutaj, autobus jeszcze nie ruszył z Sepiloku, a już byłem w krainie Morfeusza.

 

Budzi mnie hamowanie autobusu. Do środka wsiadają kobiety, które za kilka ringgitów sprzedają przekąski. Są wśród nich orzeszki, chipsy bananowe i (od razu przypomina mnie się dzieciństwo)... gotowane jajka. Trzeba przyznać, że popyt jest. Prawie każdy kupuje sobie małe co nieco. Sądząc po rozchodzących się zapachach, jajka na szczęście nie miały wzięcia.

 

Po prawie trzech godzinach od wyjazdu z Sandakanu zatrzymujemy się na dłużej. Kierowca daje podróżnym pół godziny wolnego, możemy więc coś zjeść. Zamawiamy ryż z kurczakiem, jakąś wodę i przekąski. Za wszystko płacimy 19 ringgitów (mniej więcej tyle samo to by było w złotówkach). Najedzeni wsiadamy do autobusu i ruszamy w dalszą drogę.

 

Borneo57 (powiększenie)

Przydrożny "paśnik", fot. autor

 

Wspinamy się do góry. Wiatr przegonił chmury i mamy piękną, słoneczną pogodę. Zaczynamy odczuwać zmianę ciśnienia. Uszy dają znać o sobie.

 

Nie mogę przez to znowu usnąć. Z nudów oglądam na ekranie w autobusie malezyjski wyciskacz łez, coś w rodzaju polskiej „Trędowatej”. Tutaj jednak wszystko się dobrze kończy, można powiedzieć, że później „żyli długo i szczęśliwie wychowując gromadkę dzieci”. Co niektóre kobitki dyskretnie wycierają oczy. Mężczyźni udają, że nie są zainteresowani projekcją, ale co chwila dyskretnie spoglądają na ekran. Widać wciągnęła ich ta historia...Ciekawe są sceny z „pocałunkami”. Nie ma, że usta w usta. Mowy nie ma. Mężczyzna całuje kobietę w rękę i koniec.

 

Po drodze mijamy dziesiątki katolickich kościołów. Są niewielkie, bardzo różnią się od naszego wyobrażenia, kiedy mamy na myśli taką budowlę.

 

Wjeżdżamy w chmury w okolice parku narodowego Kinabalu. Uszy bolą coraz bardziej. Znak, że jesteśmy wysoko. Autobus na chwilę przystaje i widzimy, że jesteśmy w pobliżu szlaków prowadzących na Gunung Kinabalu. Jesteśmy w gęstej mgle. Wreszcie zjeżdżamy na dół. W oddali widać morze. Znak, że dojeżdżamy do Kota Kinabalu.

 

Po 18.00 wreszcie dojeżdżamy. Końcowy przystanek nasz autobus ma na dworcu północnym (Inanam Bus Terminal, używana jest także nazwa Terminal Bas Bandaraya Utara). Nasz hostel położony jest w chińskiej dzielnicy KK. Praktycznie przejechać tam musimy kilka kilometrów. Z uwagi na bagaże szukamy taksówki, a właściwie to nas szuka jej właściciel. Uzgadniamy cenę za przejazd (30 ringgitów) i ruszamy. Po 30 minutach jesteśmy na miejscu. Taksówkarz trochę błądził, ale wreszcie znalazł nasz hostel. Meldujemy się i płacimy za pobyt (dwie noce: 173 ringgity, mniej więcej tyle samo złotówek). Wieczorem robimy sobie jeszcze krótki spacer, jemy coś w chińskiej knajpie i idziemy spać. Mimo, że człowiek prawie przez cały dzień siedział na czterech literach, to jednak czuje się zmęczony.

 

xxx

 

W hostelu w Kota Kainabalu spało nam się super i może byśmy jeszcze poleżeli w łóżku, ale stwierdziliśmy, że od tego to mamy ten mebel w domu, a tutaj trzeba wykorzystywać każdą chwilę. Za oknem słoneczna pogoda i niebieskie niebo. Nic tylko ruszać do miasta. Wprawdzie śniadanie mamy w cenie hostelu, ale nie chcemy zaczynać dnia tylko od dżemów i tostów i szukamy czegoś, gdzie można zjeść coś ciekawszego. Znajdujemy knajpkę po drugiej stronie ulicy, praktycznie naprzeciw wejścia do hostelu. Mimo wczesnej pory (po ósmej rano) jest otwarta i reklamuje się, że można kupić normalne w naszym pojęciu śniadanie. W środku panowie przygotowują większą porcję jedzenia. Wygląda to tak, jakby jakaś firma lub biuro zamówiła dla swoich pracowników drugie śniadanie.

 

Borneo58 (powiększenie)

Żeby przygotować te porcje, trzeba w to włożyć dużo pracy, fot. autor

 

My wreszcie dostajemy swoje pierwsze. Jakieś jajka, wołowa wędlina, tosty i kawa. Płacimy 15 ringgitów (mniej więcej tyle samo w złotówkach) za dwie osoby.

 

Borneo59 (powiększenie)

Kota Kinabalu, Jalan Gaya, fot. autor

 

Borneo73 (powiększenie)

Kota Kinabalu, Jalan Gaya, fot. autor

 

Po śniadaniu ruszamy na spacer w miasto.

 

Kota Kinabalu do końca 1967 roku nazywało się Jesselton. Położone nad Morzem Południowochińskim jest stolicą stanu Sabah. Mieszka tutaj około 500 000 ludzi.

 

Borneo72 (powiększenie)

Kota Kinabalu, Jalan Haji Saman, fot. autor

 

Na początku musimy załatwić swoje sprawy. Jutro śpimy gdzie indziej, tylko musimy tam się dostać (czytaj: kupić bilety). Jalan Haji Saman dochodzimy do Jesselton Point, czyli miejsca skąd odpływają statki, między innymi do Brunei. Pytamy o cenę biletów i od razu je kupujemy. Lepiej się jutro nie denerwować.

 

Borneo69 (powiększenie)

Jesselton Point, fot. autor

 

Borneo70 (powiększenie)

Jesselton Point, fot. autor

 

Borneo71 (powiększenie)

Jesselton Point, fot. autor

 

Uff, najważniejszą rzecz mamy załatwioną. Jalan Gaya dochodzimy do Sabah Tourism Board. Można tutaj zapytać o najważniejsze rzeczy, otrzymać bezpłatną (bardzo dobrą) mapę Kota Kinabalu. Biuro otwarte jest od poniedziałku do piątku w godzinach 08.00 – 17.00, w soboty, niedziele oraz w wakacje od 09.00 do 16.00. Dokładny adres to Jalan Gaya 51. Samo biuro znajduje się w budynku dawnej drukarni. Budowę rozpoczęto w lutym 1916 roku, zakończono zaś w marcu dwa lata później. Przez lata znajdowały tam swoją siedzibę różne instytucje. W 1945 roku budynek ucierpiał podczas nalotów, był jednak jednym z trzech domów w mieście, który nie runął. W 1987 roku przejęła go organizacja turystyczna. Przywrócono mu oryginalny kształt. Dzisiaj służy turystom odwiedzającym stolicę stanu Sabah.

 

Borneo67 (powiększenie)

Sabah Tourism Board, fot. autor

 

Skręcamy w lewo i podchodzimy do świateł przy przejściu dla pieszych przez Jalan Balai Polis. Upał jest niemiłosierny, a nam szykuje się wspinaczka. Bierzmy zapas wody i ruszamy. Po drugiej stronie ulicy zaczynają się schody do Signal Hill Observatory Tower. To nic innego jak punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama Kota Kinabalu. Na górze wielu turystów. Nie ma się co dziwić. Jest piękna, słoneczna pogoda i doskonała widoczność. Nad naszymi głowami co jakiś czas przelatują samoloty startujące z pobliskiego lotniska. Pijemy jakieś zimne napoje i tą samą drogą wracamy. Jest jeszcze parę rzeczy, które chcemy zobaczyć.

 

Borneo68 (powiększenie)

Widok z Signal Hill Observatory Tower, fot. autor

 

W drodze nad morze wchodzimy do Wisma Merdeka (róg Jalan Tun Razak z Jalan Tun Fuad Stephen), gdzie na parterze znajdujemy kilka, jeżeli nie kilkanaście kantorów. Kursy różne. Najdrożej można sprzedać euro po 4,58 ringgita. Po bandyckim kursie w Sandakanie wreszcie normalne pieniądze. Obiecujemy sobie, że wieczorem wpadniemy tutaj, by jeszcze raz przyjrzeć się ile właściciele oferują za europejską walutę i zrobimy wymianę.

 

Borneo60 (powiększenie)

Wisma Merdeka, fot. autor

 

Robimy sobie spacer nad morzem. Przy brzegu cumują rybackie łodzie. Właściciele i naganiacze proponują nam rejs na położone w pobliżu lądu wyspy. Grzecznie odmawiamy, jeszczwe nie dzisiaj, ale wkrótce i na nie popłyniemy... Patrzymy na postawione tutaj kamienne rybki i przy okazji wspominamy naszą Gdynię. Noga na nogą, dochodzimy do Jalan KK Bypass. Oglądamy Wieżę Zegarową Atkinsona.

 

Borneo61 (powiększenie)

Rybki na Jalan Tun Fuad Stephens, fot. autor

 

Borneo62 (powiększenie)

Nad morzem, fot. autor

 

Borneo63 (powiększenie)

Łodzie rybackie, fot. autor

 

Borneo64 (powiększenie)

Łodzie rybackie, fot. autor

 

Borneo65 (powiększenie)

Kota Kinabalu, fot. autor

 

Jest to najstarsza stojąca budowla w Kota Kinabalu. Wzniesiono ją na cześć Francisa George'a Atkinsona, pierwszego oficera, zarządzającego dystryktem Jessleton w północnej części brytyjskiego Borneo. Zmarł na malarię w 1902 roku, mając zaledwie 28 lat. Samą wieżę oddano do użytku w 1905 roku. Przez dziesięciolecia wieża była kilkakrotnie remontowana. Liczy sobie dokładnie 14,63 metrów wysokości.

 

Borneo66 (powiększenie)

Wieża Zegarową Atkinsona, fot. autor

 

Upał. Zbliża się czas, kiedy słońce operuje najmocniej, czyli południe. Przechodzimy przez chińską dzielnicę i wracamy do hostelu. Lepiej przeczekać ten żar w klimatyzowanym pomieszczeniu. Przy okazji w recepcji hostelu robimy odprawę na samoloty, którymi będziemy w przyszłości lecieć. Płacimy tylko za druk kart pokładowych, czyli 1 ringgita za dwie strony formatu A4.

 

Około 18 najpierw idziemy wymienić pieniądze (kurs się nie zmienił, polecam kantory w Wisma Merdeka), a później zobaczyć Nocny Rynek. Wyznaczają go Jalan Sentosa, Jalan Sembulan i Jalan Merdeka. Kupcy na razie rozkładają się z towarem. Nie chce nam się czekać i ruszamy w kierunku morza.

 

Borneo74 (powiększenie)

Głodny to człowiek stąd nie wyjdzie, fot. autor

 

Borneo75 (powiększenie)

...a może tę niebieską rybkę, fot. autor

 

Tutaj handel idzie na całego. Można kupić mięso, owoce, warzywa, przyprawy, ubrania i wszelką możliwą galanterię. My podążamy w kierunku, z którego dochodzą zapachy grillowanego mięsa. Wchodzimy w sektor rybny i bierzemy owoce morza. Dużo owoców morza... Cena – 47 ringgitów (w złotówkach będzie tyle samo). Jak na kolację dla dwóch osób, może trochę drogo, ale najedliśmy się jak bąki. Przypuszczam także, że cenę za jedzenie podaje się tutaj „po wyglądzie” klienta. Jesteś turysta, to płacisz drożej. Przy ofercie nie ma żadnych cen. Posiłki je tutaj sporo Malezyjczyków, których chyba nie stać by było codziennie na takie wydatki. Jest to jednak tylko i wyłącznie moje przypuszczenie. Jedzenie było smaczne i to jest najważniejsze. Tak jak już wspominałem, Malezja jest krajem, gdzie dominuje islam i raczej nie kupicie tam wieprzowiny. Jeżeli już jesteśmy przy tym temacie, to w sklepach, owszem można kupić mocny alkohol, na półkach z nim znaleźliśmy w jednym ze sklepów napis „non halal”, czyli niedozwolone.

 

Borneo76 (powiększenie)

...człowiek zastanawia, co z tego wybrać..., fot. autor

 

Borneo77 (powiększenie)

...i naprawdę trudno mu się zdecydować, fot. autor

 

Zachodzi słońce. Robi się ciemno. Wracamy do hostelu, szybkie przepakowanie potrzebnych rzeczy i do spania. Jutro ruszamy w dalszą drogę. Tym razem naszym celem jest sułtanat Brunei, którym rządzi jeden z najbogatszych ludzi świata.

 

Borneo78 (powiększenie)

Rybacy wracają z połowu, fot. autor

 

gekon2010, 14 i 15 marca 2016 roku

 

 POPRZEDNIE (miniaturka)                                                                                    NASTĘPNE (miniaturka)

 

Dodano: 14.04.2016 22:04
Ostatnia aktualizacja: 15.11.2018
Miejsce:

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com


Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.29
USD
3.78
CHF
3.76
GBP
4.84
Średnie kursy, 18-11-2018
Żródło: NBP

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.