Strefa Rezerwacji

Kalendarz wydarzeń

Listopad 2018
pn wt śr cz pt sb nd
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9

linki

REKLAMA

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych „RODO”. Prosimy o zapoznanie się, jak będziemy przetwarzać Państwa dane po 25 maja 2018 r. Szczegóły: zakładka "Dane osobowe, Regulamin. Polityka prywatności" w dolnym menu strony.

Blog użytkownika gekon2010

Borneo – część 6, czyli lot nad Kinabalu i ponoć niebezpieczny Sandakan

 

Jeżeli sięgniemy do encyklopedii, to znajdziemy tam informację, że Borneo jest po Nowej Gwinei i Grenlandii trzecią co do wielkości wyspą na świecie. Należy do archipelagu Wielkich Wysp Sundajskich i trzech państw, przede wszystkim do Malezji i Indonezji. Na północy położony jest też sułtanat Brunei Darussalam.

 

Do tego cuda właśnie mamy lecieć. Chcemy blisko poobcować z przyrodą, powłóczyć się po dżungli, zobaczyć dzikie zwierzęta w warunkach naturalnych. Bilety na przelot kupiliśmy w Polsce,  przez internet, w liniach Air Asia. Musieliśmy dopłacić do bagażu rejestrowanego, ale ogółem dla dwóch osób podróż z Sngapuru do Kota Kinabalu (Borneo) wyniosła nas 174 singapurskich dolarów (480 złotych).

 

Dwugodzinny lot  mieliśmy w miarę spokojny, wprawdzie błyskało się gdzieś daleko, ale kapitan celowo ominął burzę albo po prostu nie było jej na naszym kursie. W samolocie, jedno, może góra dwa wolne miejsca. Pierwszą czynnością po wylądowaniu była odprawa graniczna. Na lotnisku w Kota Kinabalu są oddzielne przejścia dla obywateli Malezji i dla obcokrajowców. Przed kontrolą nie musieliśmy wypełniać żadnych kwitów. Pan ze straży granicznej polecił nam tylko zeskanowanie w specjalnym urządzeniu palców wskazujących, zapytał na ile przylecieliśmy, po co, a po naszych odpowiedziach stwierdził, że wszystko w porządku i możemy odwiedzić malezyjską część wyspy. Pieczątki w paszporty, naklejki, z zagiętą jedną częścią i mogliśmy iść po bagaż. Po odbiorze musieliśmy go jeszcze w obecności celnika przepuścić przez skaner.

 

Przylecieliśmy późnym wieczorem, jutro wcześnie rano ruszamy w dalszą drogę samolotem do dżungli, dlatego tym razem nie żałowaliśmy pieniędzy na hotel. Najważniejsze było, iż był położony w pobliżu lotniska i zapewniał nam transport. Kiedy znaleźliśmy się w hali przylotów, czekał już na nas pan z hotelu.

 

Przeprosiliśmy go i poszliśmy wymienić trochę euro na miejscową walutę – ringgity. Kurs – 4,35 za euro. Trochę kręcimy nosami, że mało, ale musimy mieć jakieś pieniądze i robimy wymianę. No cóż, nie ma jak to lotniskowe kursy wymiany walut, chociaż akurat w Singapurze znaczących różnic w stosunku cen w kantorach w pozostałej części państwa – miasta nie było. Wracając do kantorów w Kota Kinabalu. W hali przylotów miejscowego lotniska zauważyłem dwa, były czynne jeszcze po godzinie 20.00

 

Nie mamy czasu, by jechać do centrum Kota Kinabalu, w hotelu meldujemy się, płacimy za pobyt (184 ringgity, 175 złotych) i idziemy spać. Wstajemy o piątej rano. Prysznic, ogarnięcie pokoju i do recepcji hotelu. Tam czeka już na nas kierowca, który zawozi nas na lotnisko. Znajdujemy część lotniska, gdzie będziemy się odprawiać. W Kota Kinabalu jest to o tyle istotne, że przed wejściem tam trzeba przeskanować swoje duże i małe bagaże, a panie z żandarmerii nie lubią żartów...

 

Borneo1 (powiększenie)

Czekamy na samolot, lotnisko w Kota Kinabalu, fot. autor

 

Lecimy na wschód, do Sandakanu. Bilety kupiliśmy wcześniej. Mamy okazję poznać kolejnego przewoźnika. Tym razem ma być to Malaysia Airlines. Bilety dla dwóch osób (bagaż rejestrowany w cenie) kosztowały nas 195 ringgitów, czyli 185 złotych. Z Sandakanu planujemy powrót inną, trochę tańszą drogą.

 

Kiedy wchodziliśmy na płytę lotniska zauważam, że lecimy samolotem z logo MASwings. Wszystko mi jedno z kim polecę, byle szczęśliwie dostarczył mnie na miejsce. W samolocie po prostu usnąłem. Obudziła mnie niezawodna Beatka pokazując widok na najwyższy szczyt Malezji, Archipelagu Malajskiego i Borneo – Kinabalu, po malajsku Gunung Kinabalu. Jego wierzchołek znajduje się na wysokości 4101 metrów nad poziomem morza. Widok zachwycający.

 

Borneo2 (powiększenie)

Za chwilę lecimy, fot. autor

 

Przelot trwał nie dłużej niż 50 minut. Na lotnisku jesteśmy przed 9 rano. Odbieramy bagaże i idziemy zapytać ile kosztuje taksówka do Sepiloku.  W hali przylotów znajduje się biuro, w którym - jeżeli odpowiada nam cena - płacimy za przejazd, dostajemy kupon, który następnie przekazujemy kierowcy, a ten zawozi nas w konkretne miejsce. Kierowca nie dostaje żadnych pieniędzy. Marzy mi się takie proste rozwiązanie w kraju nad rzeką Wisłą. Ciekawe tylko, czy nasi taksówkarze by się do niego dostosowali. Raczej wątpię (i jest to bardzo delikatne stwierdzenie).

 

Borneo3 (powiększenie)

Gunung Kinabalu w sepii, widok z samolotu, fot. Beatka

 

Borneo4 (powiększenie)

Żeby nie było, że nie lecieliśmy samolotem, fot. Beatka

 

Za taksówkę płacimy 40 ringgitów (38 złotych). Mamy jednak do przejechania nie mniej niż 20 kilometrów, tak więc cena wydaje się całkiem dostępna.

 

Około godziny 10 zatrzymujemy się przed kolejnym hotelem. Kilka dni temu poprosiliśmy o, w miarę możliwości, wcześniejsze wydanie kluczy do pokoju i okazało się, że nie ma z tym żadnego problemu. Wreszcie możemy się rozpakować. Ledwo weszliśmy do pokoju, kiedy lunął mocny, tropikalny deszcz.

 

Borneo5 (powiększenie)

Widok z okna, tropikalny deszcz, fot. autor

 

Praktycznie mieszkamy w dżungli. Kilkaset metrów od nas znajduje się Ośrodek Rehabilitacji Orangutanów, który na pewno odwiedzimy. Dzisiaj jednak czas na chociaż pobieżne poznanie miasta. Po krótkim odpoczynku jedziemy do Sandakanu.

 

Borneo6 (powiększenie)

Sepilok, fot. autor

 

Borneo12 (powiększenie)

Sepilok, fot. autor

 

Tym razem chcemy dostać się tam busem. Musimy dojść asfaltową drogą do ronda, gdzie znajduje się droga do miasta. Do przejścia mamy 2,5 kilometra. Ani więcej, ani mniej. Przygotowując się do wyjazdu przeczytałem gdzieś, że trasa z hotelu, w którym mieszkamy do ronda liczy nie więcej niż 1 kilometr. Nie wierzcie nigdy takim wpisom. 2,5 kilometra. Koniec, kropka...

 

Borneo7 (powiększenie)

Sandakan, fot. autor

 

Marsz w tutejszym upale jest wyczerpujący. W sklepie przy rondzie kupujemy wodę. To niezbędna rzecz w tutejszym klimacie - powinno się wypijać nie mniej niż 3 litry dziennie. Trzeba cały czas się nawadniać. Cena mile nas rozczarowuje. Płacimy 3 ringgity (to prawie tyle samo w złotówkach) za dwie butelki, każda po 1,5 litra. Pani ze sklepu mówi nam skąd odjeżdża bus do miasta. Przechodzimy na drugą stronę (pamiętać trzeba o obowiązującym w Malezji ruchu lewostronnym) i czekamy. Wreszcie podjeżdża autobus. Numer 32. W środku grupa młodzieży. Za przejazd do Sandakanu, za dwie osoby płacimy 10 ringgitów (9,50 złotego) i ruszamy...

 

Sam przejazd dostarcza niezapomnianych wrażeń. Kierowca jest miłośnikiem malezyjskiego popu. Głośna muzyka wybrzmiewa z każdego punktu busa. Wsiada jakaś pani z workami, które stawia koło mojej nogi. W pewnym momencie czuję jakiś ruch w worku. Zastanawiam się jakie to groźne zwierzę jest na podłodze, uruchamiam wyobraźnię, delikatnie tam spoglądam i widzę... łeb kury, która właśnie znalazła dziurę w materiale. Bus pędzi, muzyka gra, kura zaczyna dziobać mnie w łydkę...Życie jest piękne, a świat jeszcze do końca nie zwariował. Chwile, o których szybko się nie zapomina...

 

Muszę przyznać, że jadąca z nami młodzież jest bardzo, bardzo dobrze wychowana. Ilekroć do busa wsiada ktoś starszy, dzieci wstają i proponują swoje siedzące miejsce. Z uwagi na moje siwe włosy spotyka mnie również taka propozycja, ale grzecznie odmawiam. Wprawdzie "piątka" z przodu, ale są starsi ode mnie.

 

Borneo8 (powiększenie)

Morze Sulu, fot. autor

 

Wreszcie zatrzymujemy się w centrum Sandakanu, w stanie Sabah. Wystarczy przejść kilka kroków z dworca mini busów, by wejść na gwarną Jalan Pryer. Miasto, położone nad morzem Sulu, liczy około 400 tysięcy mieszkańców i jest dosyć rozległe. Przyjechaliśmy tutaj nie tylko, by je zobaczyć, ale też by wymienić pieniądze. W bankach, do których zaglądamy wskazuje nam się drogę do najbliższego kantoru. O dziwo, nikt z pracowników nie proponuje nam wymiany pieniędzy, po prostu banki tego nie robią. Znajdujemy dwa kantory. Jeden przy Jalan Pryer (z prostopadłej ulicy, trzeba iść w kierunku morza, na końcu której znajduje się bar KFC) i drugi przy Lebuh Tiga naprzeciwko Public Bank. Kursy – zabójcze. Za euro dają tylko 4,20 ringgita. Zaczynamy chwalić kurs na lotnisku w Kota Kinabalu i mielić pod nosami nie nadające się do publikacji słowa. Mówi się trudno. Musimy mieć jakieś pieniądze. Wymieniamy trochę euro, włóczymy się po mieście, które nie jest specjalnie warte odwiedzin. Zaglądamy na nabrzeże - jeszcze niedawno porwano stąd turystów (konflikt między mieszkańcami wyspy, a Filipińczykami), ale teraz wszystko wygląda bezpiecznie. Wracamy do Sepiloku.

 

Borneo9 (powiększenie)

Sandakan, fot. autor

 

Powrót mamy miły. Z centrum wzięliśmy taksówkę. Wcześniej dogadaliśmy się z kierowcą za ile pojedzie (45 ringgitów, 40 złotych za prawie 26 kilometrów). I tak trzeba tutaj robić, zapomnijcie o tym, że ktoś włączy licznik. Przed jazdą trzeba dogadać się co do ceny, żeby później nie było niepotrzebnych nerwów. Po drodze kierowca dopytuje o życie w Polsce, najbardziej interesują go ceny. Chwali malezyjski rząd, który według niego, bardzo pomaga mieszkańcom. Pokazuje nam również miejscowe slumsy, zamieszkane w większości przez Indonezyjczyków. Do Sepiloku jedziemy mniej więcej 40 minut. Pan skrupulatnie wydaje nam resztę. Wreszcie oddychamy z ulgą. Gwar i rozgardiasz w Sandakanie dał się nam we znaki. Wolimy już ciszę i spokój, a takie warunki właśnie mamy.

 

Borneo10 (powiększenie)

Sepilok, fot. autor

 

Borneo11 (powiększenie)

Sepilok, fot. autor

 

Borneo13 (powiększenie)

Sepilok, fot. autor

 

Tak jak już pisałem, Sandakan znajduje się w stanie Sabah. W styczniu 2016 roku polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zamieściło komunikat, w którym odradzało podróże w te rejony. Dochodziło tutaj do przestępstw na szkodę obcokrajowców. Łodzie podpływały do nabrzeży i stamtąd byli porywani dla okupu. Przed wyjazdem sprawdziliśmy dokładnie oficjalne miejscowe witryny internetowe i nie znaleźliśmy żadnych informacji o takich wydarzeniach w ostatnim czasie (piszę o roku). Zdecydowaliśmy, że nie będziemy zmieniać planów. W Sandakanie nie spotkało nas nic złego. Fakt, że byliśmy tam krótko, właściwie tylko po to, by wymienić pieniądze. Nie oznacza to jednak, że jadąc za granicę nie należy stosować się do zaleceń naszych służb konsularnych. Wszak nie piszą ostrzeżeń o wyjeździe, ot tak sobie. Przed wyjazdem z Polski, tak jak zwykle w platformie Odyseusz zamieściliśmy nazwy i lokalizacje wszystkich hoteli, w których mieliśmy mieszkać, wraz z datami pobytów i szczegółowymi danymi adresowymi. Trzeba zostawić jakiś ślad na wypadek nieszczęścia.

 

A jutro - już tylko dżungla...

 

Borneo14 (powiększenie)

Sepilok, fot. autor

 

gekon2010, 10 i 11 marca 2016 roku

 

 POPRZEDNIE (miniaturka)                                                                                    NASTĘPNE (miniaturka)

 

Dodano: 08.04.2016 10:27
Ostatnia aktualizacja: 13.11.2018
Miejsce:

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com


Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.29
USD
3.78
CHF
3.76
GBP
4.84
Średnie kursy, 18-11-2018
Żródło: NBP

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.