Strefa Rezerwacji

Kalendarz wydarzeń

Listopad 2018
pn wt śr cz pt sb nd
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9

linki

REKLAMA

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych „RODO”. Prosimy o zapoznanie się, jak będziemy przetwarzać Państwa dane po 25 maja 2018 r. Szczegóły: zakładka "Dane osobowe, Regulamin. Polityka prywatności" w dolnym menu strony.

Blog użytkownika gekon2010

Singapur - część 3, czyli łódź na dachu i magiczny Gardens by the Bay

 

Pierwszą noc w Singapurze w naszej malutkiej klitce bez okna jakoś przeżyliśmy. Łatwo nie było... Co rusz musieliśmy wstawać, by regulować klimatyzację (pilota brak), która czasami za bardzo obniżała temperaturę w naszym pokoju. Dobrą stroną klitki było to, że człowiek nie budził się dlatego, że na zewnętrz zrobiło się jasno. Co jak co, ale ciemność to mieliśmy zapewnioną 24 godziny na dobę.

 

Singapur4 (powiększenie)

Singapur, Chinatown, fot. autor

 

Po wyjściu z hostelu zaczęliśmy poszukiwania miejsca, gdzie moglibyśmy zjeść śniadanie. I znowu łatwo nie było. W Chinatown wprawdzie zbliżała się 10.00, ale jednak większość knajp, czynnych do późnej nocy, nie pracowała. Wreszcie na Smith Street, pod numerem 42, znaleźliśmy restauracyjkę o nazwie Tak Po, której głównym hasłem reklamowym było to, że od godziny 07.00 można tam zjeść śniadanie.

 

Singapur18 (powiększenie)

Singapur, Chinatown, fot. autor

 

Menu trochę się różniło od tradycyjnego europejskiego śniadania. Kupiliśmy pyszne pierogi robione na parze, nadziewane krewetkami, podane w bambusowych okrągłych koszykach, oraz zieloną herbatę. Beatka stwierdziła, że ma wreszcie coś dla siebie do jedzenia i zajadała się pierogami. Jak na śniadanie, które traktujemy jako najważniejszy posiłek, to najedliśmy się. Koszt dla 2 osób około 15 dolarów singapurskich (ok. 42 zł) - tanio nie jest..

 

Przyszedł czas na ruszenie w miasto. Na stacji Chinatown kupiliśmy trzydniowe bilety upoważniające do nieograniczonej liczby przejazdów singapurską kumunikacją publiczną (z wyłączeniem busów premium, czyli: Fast Forward, NightRider i Nite Owl). Za każdy zapłaciliśmy w sumie 20 dolarów (około 56 złotych), plus 10 dolarów kaucji (mniej więcej 28 złotych), oddawanej przy zwrocie biletu. Można jeszcze kupić bilety na 1 dzień (10 dolarów) i 2 dni (16 dolarów, 45 złotych). Kaucja pobierana jest przy każdym bilecie. Ważne jest to, że można je oddać na lotnisku przy wylocie z Singapuru. Bilety możemy kupić na stacjach metra: Ang Mo Kio, Bayfront, Bugis, City Hall, Chiangi Airport, Chinatown, Farrer Park, Harbourfront, Jurong East, Kranji, Lavender, Orchard, Raffles Place, Somerset, Tanjong Pagar i Woodlands.

 

Singapur3 (powiększenie)

Singapur, wejście do stacji Chinatown od strony Pagoda Street, fot. autor

 

No to przejazdy mamy załatwione! Wchodzimy na peron kolejki. W Singapurze perony są zasłonięte przezroczystymi ekranami. Zapobiega to ewentualnym wypadkom i samobójstwom, bo człowiek - nawet gdyby bardzo chciał - nie ma szans rzucić się, ani wpaść pod pociąg. Kolejki zatrzymują się tak, że drzwi do wagonów są w tym samym miejscu, co drzwi w ekranach. Otwierają się jednocześnie. Ci, którzy chcą wsiąść do wagonu powinni stać po bokach wejścia. Centralna część przeznaczona jest dla tych, którzy wysiadają. Wszyscy zasad przestrzegają. Dzięki temu wsiadanie i wysiadanie z kolejki jest sprawne i szybkie. Gdyby ktoś miał wątpliwości, dokładne oznaczenia znajdzie namalowane na podłodze przed każdym wejściem.

 

W wagonach wywieszone są piktogramy, czego nie w nich wolno robić i z jaką karę należy się liczyć w przypadku złamania zakazu. Za jedzenie i picie w metrze grozi kara 500 dolarów (około 1380 złotych), Więcej płaci się w przypadkach palenia papierosów (1000 dolarów – 2760 zł), czy też niecenia w wagonach otwartego ognia (5000 dolarów – 13817 złotych). Singapurską kolejką nie wolno również, jak wynika z piktogramów, przewozić durianów, najbardziej śmierdzących owoców świata. Obok zakazu nie spotkaliśmy się jednak z grożącą za to karę.

 

Z Chinatown jedziemy niebieską linią metra do stacji Promenade. Nieopodal znajduje się singapurskie diabelskie koło. Jakoś z tego typu budowli, wzniesionych ku uciesze turystów, najcieplejsze uczucia żywię do tego na wiedeńskim Praterze. Koło w Singapurze oficjalnie oddano do użytku w kwietniu 2008 roku. Liczy sobie 165 metrów wysokości i przez jakiś czas było nawyższym diabelskim kołem na świecie. Ciekawostką jest, że początkowo obracało się przeciwnie do ruchów wskazówek zegara. Zmieniono to wskutek rad mistrzów Feng Shui. Posiada 28 klimatyzowanych kapsuł o powierzchni 26 metrów kwadratowych każda. Do jednej może wejść 28 pasażerów.

 

Singapur2 (powiększenie)

Singapurski diabelski młyn, fot. autor

 

Koło jest dostępne od 8.30 do 22.30 (świetna okazja do obejrzenia nocnej panoramy rozświetlonego Singapuru). Bilety tanie nie są. Dorosły (za którego uznaje się osobę, która liczy więcej niż 13 wiosen) płaci 33 dolary (około 90 złotych), dziecko od 3 do 13 roku życia – 21 dolarów (niewiele mniej niż 60 złotych), a seniorzy, czyli ci, którzy ukończyli 60 lat – 24 dolary (mniej więcej 67 złotych). Najlepiej nie mieć ukończonych 3 lat. Wtedy mamy darmowy przejazd.

 

Temasek Avenue i Bayfront Road dochodzimy do hotelu Marina Bay Sands, będącego dziś wizytówką Singapuru. Jego dach to...olbrzymia łódź osadzona na trzech filarach, które są budynkami hotelu. Cały kompleks otwarto w 2011 roku i od razu stał się jednym ze znaków firmowych miasta. Hotel posiada ponad 2500 pokoi. Wjeżdżamy windą do baru położonego na dachu w ogromnej łodzi (można tam wjechać bezpłatnie). Obsługa wskazuje nam miejsce skąd możemy, nie przeszkadzając gościom, popatrzeć na Singapur i trzeba przyznać, że widok robi wrażenie. Niestety, niebo dzisiaj jest zachmurzone, zanosi się na deszcz. Inaczej jak przez bar nie dostaniecie się tutaj. Goście hotelowi mają oprócz baru...basen na dachu. Wydaje się, że woda z niego wypływa. Niesamowite. Hotel połączony jest z kasynem, galerią handlową i stacją kolejki. Wszystko rzecz jasna klimatyzowane.

 

Singapur5 (powiększenie)

Marina Bay Sands, fot. autor

 

Singapur6 (powiększenie)

Marina Bay Sands w środku, fot. autor

 

Singapur7 (powiększenie)

Widok z Marina Bay Sands, fot. autor

 

Przechodzimy do Gardens by the Bay, tuż obok hotelu. To nic innego jak park obejmujący niewiele ponad 100 hektarów. Powstał kilka lat temu i jest jednym z wyznaczników działań władz Singapuru, które chcą stworzyć z niego "miasto w ogrodzie". W projektówaniu tego dzieła brały udział 24 osoby z całego świata. Koszt przedsięwzięcia wyniósł podobno 800 milionów dolarów. Przez 3 lata odwiedziło to miejsce 20 milionów ludzi!

 

Singapur8 (powiększenie)

Gardens by the Bay, fot. autor

 

Spacerujemy pomiędzy olbrzymimi superdrzewami. Największe z nich liczą około 50 metrów wysokości. Pomiędzy nimi przeciągnięte wiszące kładki, po których można sobie pochodzić. Są również dwie szklane budowle. W jednej z nich można zobaczyć las deszczowy, w drugiej rośliny z całego świata.

 

Singapur9 (powiększenie)

Gardens by the Bay, fot. autor

 

Za przejście kładką w koronach drzewa trzeba zapłacić. Przyjemność ta kosztuje dorosłego (czyli kogoś, kto ma skończone 13 lat) 5 dolarów (niecałe 14 złotych). Dziecko do 13 roku życia zapłaci 3 dolary (około 8 złotych). Wejście do przykrytych kopułą ogrodów wiąże się z wydaniem przez dorosłego 28 dolarów (77 złotych), zaś przez dziecko 15 dolarów (41 złotych). Są to ceny dla obcokrajowców, którzy i tak mają mniej opcji do wyboru niż miejscowi. Muszą na przykład kupić bilet zarówno do obiektu, w którym znajduje się las deszczowy, jak i rośliny. Obywatele Singapuru płacą taniej, chciaż są to i tak niemałe pieniądze. No i mają wybór, mogą na przykład wybrać czy wchodzą tylko do budynku z lasem deszczowym, czy też tylko do tego z roślinami... Zresztą będąc tutaj (jak i w większości krajów Azji) musicie się przyzwyczaić, że są inne (wyższe) ceny dla obcokrajowców i niższe dla miejscowych.

 

Po parku chodzimy przez 2 - 3 godziny. Chmury nad Singapurem zmieniły kolor na czarny. Widzimy, że w niektórych częściach miasta pada już deszcz. Chowamy się przed nim w jednej z galerii handlowych. W pobliżu widzimy marinę i ArtScience Museum. Ma bardzo ciekawą bryłę. Jest białe i wygląda jak rozwinięty kwiat lotosu. To cudo zostało zaprojektowane przez Moshe Safdie. Znajdujące się tam galerie zajmują 6000 metrów kwadratowych. Dzięki przyjętym przy budowie rozwiązaniom na przykład woda deszczowa jest zbierana i wykorzystywana w toaletach.

 

Singapur10 (powiększenie)

ArtScience Museum, fot. autor

 

Zaczął lać deszcz. Pomimo tego w budynku, ze szklanym dachem, w którym jesteśmy, panuje cisza. W ogóle nie słychać spadających kropli deszczu. Suchymi stopami przechodzimy do stacji kolejki Bayfront i stamtąd "naszą" niebieską linią jedziemy do Chinatown.

 

Jest około 16.00. Kiedy wychodzimy na ulicę okazuje się, że leje jak z cebra. Jakiś czas kryjemy się pod dachem. Wreszcie dochodzimy do wniosku, że ciepły deszcz, choćby nie wiadomo jak intensywny nic nam nie zrobi i dostojnie kroczymy do hostelu. Tam szybko wycieramy się i czekamy na pogodę.

 

Singapur11 (powiększenie)

Singapurska Chinatown w deszczu, fot. autor

 

Około 19.00 wracamy do Gardens by the Bay. O godzinie 19.45 i 20.45 odbywają się tutaj pokazy z gatunku światło i dźwięk pod nazwą Garden Rhapsody. Takie pory obowiązują w czasie 23 lutego 2016 – 24 kwietnia 2016 roku. W ogrodach tłumy ludzi. Sam pokaz robi wrażenie. Jest świetna muzyka i doskonała "gra" światła.

 

Singapur12 (powiększenie)

Gardens by the Bay wieczorem, fot. autor

 

Singapur13 (powiększenie)

Garden Rhapsody, fot. autor

 

Singapur14 (powiększenie)

Garden Rhapsody, fot. autor

 

Singapur15 (powiększenie)

Garden Rhapsody, fot. autor

 

Po pokazach siedzimy trochę w ogrodach (jest upalny marcowy wieczór), a następnie jedziemy do Little India. Jak się zapewne domyślacie to hinduska dzielnica Singapuru. Jemy tam kolację (curry na liściu bananowca dla dwóch osób w ulicznej knajpce, cena: około 16 dolarów, czyli 45 złotych). Później dochodzimy do znajdującej się w centrum dzielnicy świątyni Sri Veeramakaliamman Temple (Serangoon Rd). Trudno jej nie zauważyć, jest bardzo oświetlona. W środku tłumy wiernych. Wzniesiono ją w 1881 roku. Poświęcona jest bogini Kali. Przy jednym z “ołtarzy” znajdujemy...mleko znanej polskiej marki, śmiejemy się. Cóż widocznie hinduskim boginiom smakuje polski produkt. Buffalo Rd dochodzmy do stacji Little India i "naokoło", niebieską linią wracamy do Chinatown. Ci, którym zależy na czasie, mogą z tej samej stacji pojechać fioletową linią. Wtedy będą musieli wysiąść na 3, a nie na 7 stacji.

 

Singapur16 (powiększenie)

Sri Veeramakaliamman Temple, fot. autor

 

A byłbym zapomniał, dla wielbicieli czterech kółek mam wiadomość, że w Singapurze obowiązuje ruch lewostronny...

 

Singapur17 (powiększenie)

Dobranoc Singapurze, fot. autor

 

gekon2010, 8 marca 2016 roku

 

 POPRZEDNIE (miniaturka)                                                                                    NASTĘPNE (miniaturka)

 

 

Dodano: 04.04.2016 11:22
Ostatnia aktualizacja: 13.11.2018
Miejsce:

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com


Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.29
USD
3.80
CHF
3.78
GBP
4.86
Średnie kursy, 16-11-715
Żródło: NBP

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.