Strefa Rezerwacji

Kalendarz wydarzeń

Wrzesień 2017
pn wt śr cz pt sb nd
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 1
2 3 4 5 6 7 8

linki

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

REKLAMA

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
TOP OKAZJE - najlepsze oferty biletów lotniczych, wycieczek i wyjazdów narciarskich. Sprawdź górne menu - druga zakładka od lewej.

Blog użytkownika gekon2010

Niemcy Zachodnie - co warto zobaczyć - cz. 1 - Boppard i Lorelai

 

O tym wyjeździe zacząłem myśleć wiosną, kiedy mieszkająca w Essen w Niemczech siostra przypomniała mi, że jej syn, a mój chrześniak kończy we wrześniu 18 lat i oczywiście wuj musi być na imprezie. Zaczęło się mozolne szukanie jak najlepszych okazji biletowych. Początkowo brałem pod uwagę nawet opcję autobusowo – kolejową, ale kiedy porównałem oferty z ceną biletu lotniczego stwierdziłem, że jednak lecę. Za bilet (Gdańsk – Dortmund – Gdańsk) zapłaciłem 270 złotych. Tym razem jednak zapłaciłem za, jak to nazywa przewoźnik, "duży bagaż podręczny"... Gdybym kupował bilet później mógłbym nawet jeszcze zaoszczędzić około 50 złotych, ale i tak uważałem, że nie przepłaciłem.

 

Odprawę zrobiłem przez internet. W dniu odjazdu, jak zwykle autobusem, dojechałem do lotniska. Wprawdzie niedawno z wielką pompą dokonano otwarcia Pomorskiej Kolei Metropolitarnej, ale Gdynia jak na razie poza bodajże pięcioma pociągami wczesnym rankiem i późnym wieczorem nic z tego nie ma. Jak dla mnie autobus był wygodniejszym wyborem. Podobno od nowego rozkładu jazdy pociągów, czyli od grudnia 2015 roku pociągów pomiędzy Gdynią, a Gdańskiem Wrzeszczem ma być kilkadziesiąt. No cóż, pożyjemy, zobaczymy.

 

Na lotnisku zgłaszam się do kontroli bezpieczeństwa. Czynnych jest kilka przejść. Mimo sporego ruchu, nie ma kolejek. Pracownicy ochrony stanowczy, ale również bardzo mili. Człowiek nie czuje się jak intruz. Wszystko odbywa się sprawnie. Po kontroli, wchodzę na górę i czekam na otwarcie bramek.

 

Lot do Dortmundu praktycznie przespałem. Lądujemy o czasie. Na lotnisku czeka na mnie siostra i ruszamy w drogę do Essen. Na początku wsiadamy do autobusu numer 440. Nim dojeżdżamy do Aplerbeck. Tam mamy przesiadkę na U47, który zawozi nas na dortmundzki dworzec główny (Hauptbahnhof). Mamy szczęście. Za chwilę podjeżdża Regional Express, którym jedziemy do Essen.

 

Bilet kupić można u kierowcy w autobusie. Do Essen kosztował 12 euro. Można „na nim” jeździć autobusami, tramwajami, metrem i regionalnymi pociągami.Dzień mija na rodzinnych opowieściach.

 

Następnego dnia wstaję około 6 rano. Jem szybkie śniadanie i wychodzę na dworzec kolejowy w Essen (Hauptbahnhof). Po wejściu na peron widzę, że pociąg do Koblencji ma 10 minutowe opóźnienie. Informują o tym napisy na wyświetlaczach na peronie. Fajnie, w Koblencji miałem 6 minut „zakładki” na przesiadkę. Trudno, będę się martwić później.

 

Kiedy kupowałem bilety na pociąg, dopłaciłem do każdego po 4,50 euro, by zarezerwować sobie miejsca. I dobrze zrobiłem. Po wejściu do wagonu okazało się, że na moim miejscu siedzi młoda dama. Wystarczyło tylko powiedzieć, że mam to miejsce zarezerwowane, by grzecznie przeprosiła i przesiadła się gdzie indziej. Podczas kontroli biletów muszę pokazać dowód osobisty. Przy finalizacji zakupu (a robiłem to jeszcze w Polsce) musiałem podać jego cztery ostatnie cyfry, które są dokładnie sprawdzane. Ci z Was, którzy będą mieli jakiekolwiek opory przed kupieniem biletów na stronie Deutsche Bahn (ach te języki obce) od razu uspokoję, że nie mają się czym martwić. Jest ona dostępna także w polskiej wersji językowej i od początku do końca będziecie wiedzieli, jakie czynności podejmujecie.

 

Pogoda, zgodna z zapowiedziami, czyli szaro, buro i bardzo, bardzo ponuro. Liczę na jakieś przebłyski słońca. Ciekawe, czy nie będzie to czasem tylko takie sobie liczenie. Nie mam szans by wysiąść nie na tej stacji. Każda zapowiadana jest po angielsku i niemiecku. Ponadto podróżni informowani są, po której stronie pociągu mają peron. Co ciekawe, pomimo powszedniego dnia w pociągu praktycznie wszystkie miejsca siedzące są zajęte (a przynajmniej w 2 klasie).

 

Niestety, skład, który miał mnie zawieźć do doliny Renu odjechał. Idę do informacji, mówię pani, że pociąg miał spóźnienie i czy mogę bez problemów pojechać następnym. Pani odpowiada, że oczywiście. Korzystam z podarowanego czasu. Kupuję sobie bułkę ze świeżym twarożkiem i kawę. Za wszystko płacę niecałe 5 euro. Zaglądam jeszcze do toalety. Dobrze, że mam już w portfelu trochę drobnych. Wejście kosztuje tutaj 1 euro.

 

Na niektórych niemieckich dworcach kolejowych znajdują się tajemnicze żółte prostokąty, w których pomalowano, również na żółto, figurę papierosa. To nic innego, jak strefa dla palaczy. Jest ona także określona napisem „Raucherbereich”.

 

Trochę kręcę się po punkcie z książkami i prasą. Na jednej z półek zauważam biało-czerwoną flagę i całkiem spory zestaw polskojęzycznych gazet.

 

W Boppard jestem po 11.00 Przy wyjściu z dworca wita mnie pomnik twórcy opery „Jaś i Małgosia” – Engelberta Humperdincka. Urodzony w połowie XIX stulecia, zmarł w latach 20. kolejnego wieku. Był uczniem Wagnera, któremu asystował przy tworzeniu Parsifala. Wracając do „Jasia i Małgosi”, to opera ta jest wystawiana w Niemczech z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Sam pomnik postawiono tutaj w 2007 roku.

 

Boppard1 (powiększenie)

Boppard, pomnik Engelberta Humperdincka, fot. autor

 

Boppard2 (powiększenie)

Boppard, w budynku na środku fotografii, znajduje się punkt Informacji Turystycznej, fot. autor

 

Skręcam w prawo i Heerstraße dochodzę do Oberstraße, na której dozwolony jest tylko ruch pieszy. Przy niej liczne sklepy. Sprzedawcy pamiątek, nie patrząc na mżący deszcz wystawiają towar. Są liczne piekarnie. Za precla (a warto je spróbować) trzeba zapłacić 0,70 euro. Oberstraße prowadzi mnie na miejski rynek (Marktplatz). Przy nim znajduje się punkt Informacji Turystycznej.

 

  • Informacja Turystyczna w Boppard czynna jest od maja do września, po poniedziałku do piątku jest otwarty pomiędzy 09.00, a 18.30. W soboty w tym czasie można tam zajrzeć od 09.00 do 17.00. Od początku października do kwietnia uzyskacie tam wszelkie informacji, jednakże pod warunkiem, że będzie to od poniedziałku do piątku, w godzinach 09.00 – 17.00.

 

 

Boppard3 (powiększenie)

Boppard, budynek przy Krogengasse, fot. autor

 

Boppard4 (powiększenie)

Spojrzenie na Boppard z Renu, fot. autor

 

W informacji otrzymuję kserokopię planu miasta i dowiaduję się skąd płynie statek pod słynną skałę Lorelei (pani zaznacza mi to miejsce na mapie, nie ma mowy by zbłądzić). Dlatego spokojnie, bez nerwów, Kronengasse dochodzę do nadreńskiego bulwaru (Rheinallee, liczy 3 kilometry długości). Skręcam w prawo. Mijam przystań promową i dochodzę do statku. Za bilet płacę 15 euro. „W cenie” mam dwu i pół godzinny rejs Renem, do skały Lorelei i z powrotem.

 

Boppard5 (powiększenie)

Boppard, przystań promowa, fot. autor

 

Boppard6 (powiększenie)

Za chwilę ruszam w rejs. Tym oto statkiem, fot. autor

 

Na statku, pomimo pięćdziesiątego krzyżyka na karku zdecydowanie obniżam średnią wieku pasażerów. Są (jakże by ich mogło zabraknąć) niemieccy emeryci, ale nie tylko. Jest także grupa starszych ludzi z Anglii i...Chin. Komunikaty na statku podawane są po niemiecku, angielsku i chińsku.

 

Punktualnie o 12.00 ruszamy w drogę, albo jakby się chciało powiedzieć dosłownie: „w rzekę”. Słońce walczy z chmurami, a na pokładzie niemiecka ludowo-karczmiana muzyka. Łapię się na tym, że wiele z tych utworów znam...z polskimi słowami. Słyszę na przykład: Trink, trink, Brüderlein trink", a podśpiewuję sobie "Pij, pij, pij bracie, pij...". Taka sytuacja. Ludzie popijają piwo, głośno rozmawiają i bujają się. Robi się rzeczny, reński Oktoberfest.

 

Po lewej stronie bieleje w słońcu (wreszcie słońce) zamek Sterrneberg. Obok niego widoać ruiny zamku Liebenstein. O tych budowlach mówi się „feindlichen Brüder”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „wrodzy bracia”.

 

Ren1 (powiększenie)

Burg Liebenstein, fot. autor

 

Ren2

Taki reński widoczek, fot. autor

 

Podziwiam reńskie krajobrazy i naglę słyszę charakterystyczne szeleszczenie. Okazuje się, że nie jestem, jak przypuszczałem, jedynym Polakiem na statku. Są tutaj dwie przemiłe panie. Jedna i druga wyjechały z Polski około 40 lat temu. Są bliską rodziną. Jedną los rzucił do Australii, a drugą do Niemiec. Panie porozumiewają się w pięknej literackiej polszczyźnie. Nie są - jak co niektórzy nasi rodacy - którzy rok, dwa po wyjeździe z rodzinnego kraju zaczynają mówić z dziwnym akcentem. Biedni, być może nie wiedzą, że tylko rozbawiają innych.

 

Nad St. Goar dumnie stoi Burg Rheinfels. Jego budowę rozpoczął w połowie XIII wieku hrabia Katzenelnbogen. Przez wieki opierał się przeważającym siłom wrogów. Tak na przykład było niedługo po jego wzniesieniu, kiedy przez ponad rok opierał się oblężeniu wojsk miast nadreńskich. Dzisiaj jego część stanowią ruiny, a część hotel.

 

Ren3 (powiększenie)

Burg Rheinfels, fot. autor

 

Po drugiej stronie rzeki, nad St. Goarhausen góruje Burg Katz. Zbudowano go z woli hrabiego Katzenelnbogena w drugiej połowie XIV wieku. Niestety, nie można go zwiedzać. Jest w prywatnych rękach. Pozostaje podziwianie go z zewnątrz. Ren to chyba najlepsze miejsce.

 

Ren4 (powiększenie)

St. Goarhausen, fot. autor

 

Ren5 (powiększenie)

Burg Katz, fot. autor

 

Za St. Goar, po lewej stronie widzę wreszcie cel dzisiejszej wycieczki, czyli słynną Lorelei. Była uznawana za siedzibę strażników skarbu Nibelungów. Rozsławiła ją ballada Heinricha Heinego. Lorelei to czarodziejka, przywołująca żeglarzy swoim nieziemskim głosem. Były to jednak ostatnie dźwięki, jakie usłyszeli w życiu. Na samej górze widzę maszty z flagami: niemiecką i europejską. Statek zawraca i płyniemy z powrotem do Boppard.

 

Ren6 (powiększenie)

Lorelei, fot. autor

 

Jak człowiek jest na wodzie, to szybko głodnieje. Idę sprawdzić, co ciekawego mają w statkowym barze. Decyduję się na gotowaną kiełbasę z sałatką ziemniaczaną (Bockwurst mit Kartoffelnsalat). Do tego, duże, ciemne piwo. Za wszystko płacę niecałe 10 euro. Nie ma mowy o napiwku. Pani kelnerka skrupulatnie wydaje mi resztę.

 

(powiększenie)

St. Goar, fot. autor

 

Cumujemy na chwilę w St. Goar. Wysiada tutaj większość turystów. Wszyscy zadowoleni, uśmiechnięci. Ot takie niemieckie dolce vita. Odbijamy i wracamy do Boppard. Tam żegna nas Celine Dion śpiewając „My Heart Will Go On”. Na szczęście nie widzę na horyzoncie żadnej góry lodowej i bez żadnych komplikacji przybijamy do brzegu.

 

Ren8 (powiększenie)

St. Goar, fot. autor

 

Mam wreszcie czas, by powłóczyć się trochę po Boppard. Podobno ludzie mieszkali już tutaj w czasach rzymskich. Świadczą o tym pozostałości budowli z tego okresu. Boppard nazywało się wtedy Bodobrica. Prowadzą mnie wąskie uliczki i tajemnicze zaułki. Przeważają śliczne kamieniczki i szachulcowe domki. Słychać stukot młotków. Okazuje się, że w ten weekend obchodzone tu będzie święto wina i stawiane są budy, w których mieszkańcy i turyści będą mogli coś zjeść, a przede wszystkim napić się miejscowego wina. To również tutaj produkowane jest słynne reńskie wino. Kiedy płynąłem statkiem, na niektórych brzegach widziałem pnące się do góry winnice.

 

Boppard7 (powiększenie)

Boppard, fot. autor

 

Boppard8 (powiększenie)

Boppard, wieże kościoła św. Severusa, fot. autor

 

Przy miejskim rynku uwagę zwracają wieże kościoła św. Severusa. Budowę świątyni zakończono w pierwszej połowie XIII stulecia. W dawnym klasztorze Karmelitów dzisiaj swoje miejsce znalazł urząd miejski. Przez jakiś czas przyjemnie grzeje słońce. Później jednak (dobrze, że zdążyłem trochę zobaczyć) zaczyna podać deszcz.

 

Boppard9 (powiększenie)

Boppard, fontanna w rynku, fot. autor

 

Boppard10 (powiększenie)

Boppard, dawny klasztor Karmelitów, fot. autor

 

Kiedy będziecie mieli fajną pogodę, warto zrobić sobie spacer i dojść do kolejki, którą dojedziecie na górę, skąd rozciąga się wspaniały widok na Ren. Ja niestety miałem pecha. Kiedy już próbowałem iść w kierunku kolejki, niebo zasnuwały ciężkie chmury, z których zaczynał padać gęsty deszcze. Może miejscowe duchy chcą bym tutaj wrócił? Teraz musiałbym namówić na to Beatkę.

 

Boppard11 (powiększenie)

Boppard, fot. autor

 

Szczegóły dotyczące kolejki. Od 1 kwietnia do 15 kwietnia oraz od 16 października do 31 października jeździ od 10.00, do 17.00. Pomiędzy 16 kwietnia, a 30 września można z niej skorzystać pomiędzy 10.00, a 18.00. Dorosły za bilet w dwie strony zapłaci 7,50 euro (4,80 euro w jedną stronę), a dzieci do 14 roku życia – 4,50 euro (3 euro w jedną stronę).

 

Boppard12 (powiększenie)

Boppard, fot. autor

 

Pociąg z Boppard...oczywiście opóźniony. Zaczynam martwić się, czy zdążę z przesiadką. Czekając, oglądam automat biletowy Deutsche Bahn. Dostępne są wersje językowe: niemiecka, angielska, turecka, niderlandzka, francuska i włoska. Niestety, nie ma polskiej. Nadjeżdża wcześniejszy skład, wsiadam i nim dojeżdżam do Koblencji. Tam dowiaduję się, że następny pociąg (ten do Essen) także nie odjedzie zgodnie z rozkładem jazdy. Wprawdzie opóźnienie wynosi tylko 5 minut, ale zawsze. Wreszcie jest. Wsiadam do wagonu i tak jak rano, muszę przeprosić panią, która siedzi na „moim” miejscu. Wystarczyło, że przeprosiłem, pokazałem bilet i współpasażerka, bez żadnych problemów, przeniosła się obok. Konduktor bardzo dokładnie sprawdza bilety, znowu muszę podać mu swój dowód osobisty. Na marginesie - na niemieckich dworcach (wyjątków jakoś nie spotkałem), na peronach, są dokładne rozpiski pociągów ICE i IC z oznaczeniem numerów wagonów i w którym sektorze się zatrzymują. Bardzo pomocne dla tych, którzy mają wykupione miejscówki. Nie trzeba ganiać z wywieszonym językiem, szukając swojego miejsca.

 

Boppard13 (powiększenie)

Boppard, fot. autor

 

W pociągu słyszę tylko jedno nazwisko „Lewandowski”. Wczoraj nasz rodak, grający w drużynie Beyernu Monachium podczas meczu Bundesligi z Wolfsburgiem, w dziewięć minut strzelił pięć bramek. Wszyscy go szczerze podziwiają. Co jakiś komentarz przebija słowo „der Pole”, co oznacza Polak. Sądząc po intonacji, jest ono wypowiadane z podziwem, a nie szyderstwem. Miłe...

 

Boppard14 (powiększenie)

Boppard w deszczu, fot. autor

 

Około 20.00 dojeżdżam do Essen. Jeszcze tylko dwudziestominutowy spacer i przychodzę do domu siostry. Włączam komputer. Podczas przeglądania wiadomości znajduję wiersz Heinricha Heinego – Lorelei, w tłumaczeniu Aleksandra Kraushara. Przed snem wracam jeszcze do Renu i dzisiejszej wycieczki

 

Nie wiem, dlaczego tak smutno mi,
Smutek tak serce mi porze?
Czarowna pieśń zamierzchłych dni
W mej duszy zmilknąć nie może.
I szumi wiatr, zapada mrok
I cicho Renu mkną fale,
I widać gór urwistych szczyt
Odbity w rzeki krysztale.
Królowa róż z gwiaździstych niw
Siedzi na górze uroczej,
Złoty jej strój z oddali lśni,
Lśni złoty zwój jej warkoczy.
Grzebieniem z gwiazd czesze swój włos
I tęskną piosnkę zawodzi.
I dziwną moc ma pieśni dźwięk,
Jak dźwięk, co z niebios pochodzi.
Rybaka pierś tej pieśni ton
Dziwną tęsknotą przejmuje,
Nie baczy już na szczerby skał,
Tylko się w górę wpatruje.
Ach! lękam się, by rzeki toń
Rybaka nie pochwyciła.
Nieraz to już wśród Renu fal
Pieśń Lorelei uczyniła.

I tak, przywołując pieśń Lorelei zasypiam...

gekon2010, 22 – 23 września 2015 roku

 

Dodano: 15.10.2015 07:36
Ostatnia aktualizacja: 19.09.2017
Miejsce: Niemcy

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com

Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.28
USD
3.58
CHF
3.73
GBP
4.86
Średnie kursy, 19-09-2017
Żródło: NBP

HOTELE

Booking.com

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.