Strefa Rezerwacji

Kalendarz wydarzeń

Listopad 2017
pn wt śr cz pt sb nd
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10

linki

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

REKLAMA

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
TOP OKAZJE - najlepsze oferty biletów lotniczych, wycieczek i wyjazdów narciarskich. Sprawdź górne menu - druga zakładka od lewej.

Blog użytkownika gekon2010

W 28 dni dookoła Bałkanów – część 1, czyli zaczynamy

Bałkany. Ostatnie lata nie były dla nich dobre. Wojna w byłej Jugosławii, wielka trauma Serbii związana z Kosowem. Ciekawe, czy można już tam pojechać i normalnie pozwiedzać. Dla wielu Polaków to ciągle terra incognita. Nie ukrywam, że dla mnie i dla Beatki – także.

 

Kiedy w ubiegłym roku wróciliśmy z Gruzji nawet do głowy nam nie przyszło, że tak szybko dogadamy się co do celu tej wyprawy. Jednocześnie w głowach zapaliły nam się lampki z napisem "Bałkany". Ich zwiedzanie musieliśmy zacząć od Serbii – kraju, w którym jak słyszeliśmy mieszkają dumni, ale bardzo dobrzy ludzie. O tym musieliśmy się jednak sami przekonać.

 

Zaczęlo się więc szukanie miejsc, w których moglibyśmy w miarę wygodnie się przespać i nie za drogich biletów lotniczych. Złapaliśmy połączenie z Gdańska przez Monachium do Belgradu. Za dwie osoby w obie strony zapłaciliśmy niewiele ponad 1600 złotych. W sieci pojawiają się czasami oferty na Belgrad za 200 – 300 złotych, ale są to propozycje dobre dla osób jadących na krótko, które biorą ze sobą tylko bagaż podręczny. Jak dodacie jeszcze do ceny biletu koszt bagażu rejestrowanego za 4 odcinki podróży (inaczej z Polski do stolicy Serbii tanimi liniami się nie da) docenicie ofertę tradycyjnych przewoźników.  

 

Ostatnie dni sierpnia 2013 upłynęły na nerwowej krzątaninie. Czy wszystko zabrane, czy apteczka uzupełniona, czy pies ma zarezerwowany hotel? Czasami można było od tego dostać lekkiego pomieszania zmysłów, ale jesteśmy już na tyle doświadczeni, że nie daliśmy się przeciwnościom i 28 sierpnia mogliśmy powiedzieć – jutro jedziemy! Tego samego dnia musieliśmy jeszcze zrobić naszemu psu świństwo i zawieść go do hotelu. Mówi się trudno...

 

Z takim to filozoficznym nastawieniem poszliśmy spać. Sen i pozytywne nastawienie były nam niezwykle potrzebne, bowiem nasze budziki o 3 nad ranem nie tyle zasugerowały nam, że musimy wstać, ale  bardzo donośnie tego od nas zażądały. Ostatnim nocnym autobusem przejechaliśmy z naszej Dąbrówki na Karwiny w Gdyni. Po około pół godziny czekania podjechał 510, którym zabraliśmy się do trójmiejskiego portu lotniczego.

 

Na lotnisku, jak to na lotnisku, czyli rutyna. Nadanie bagażu, przejście przez kontrolę bezpieczeństwa, czekanie na samolot i wreszcie wylot do Monachium. Ludzi nie za wiele. Tak 25 % miejsc wolnych. Lot bez żadnych historii (i dobrze) zakończył się w stolicy Bawarii po godzinie i 30 minutach. 

 

Na szczęście nie musimy zmieniać terminalu. Przechodzimy granicę (wyjeżdżamy wszak poza strefę Schengen) i o 11.00 startujemy do Belgradu. Jeszcze więcej wolnych miejsc niż w samolocie z Gdańska. Mamy przed sobą i za sobą tak po trzy rzędy siedzeń wolne. Śmiejemy się z Beatką, że siedzimy w strefie zadżumionej i przechodzimy przymusową kwarantannę. Kolejne półtorej godziny i lądujemy. Nad Belgradem ciemne chmury, czasami pada z nich deszcz. Zabieramy swoje bagaże. Przy okazji bierzemy również ze znajdujących się w tym samym pomieszczeniu stojaków mapy centrum Belgradu i Serbii. Wiemy wprawdzie, że jest punkt informacji turystycznej piętro wyżej, ale lepiej mieć coś ze sobą, tak na wszelki wypadek. 

 

Podchodzimy do celniczki i pytamy, czy musimy zgłosić osobiste komputery i aparaty fotograficzne (trochę się na ten temat naczytaliśmy przygotowując się do przyjazdu). Okazuje się, że nie. 

 

Po wyjściu na halę przylotów, po raz kolejny przeżywamy scenki, znane z wielu lotnisk. Podchodzą do nas panowie i dyskretnie pytają czy nie chcemy taksówki. Uprzejmie odmawiamy i muszę przyznać, że panowie wcale nie robią się natrętni.

 

Wymieniamy euro, ale tylko tyle, by kupić bilety na autobus do centrum. Wiadomo, że kurs euro do dinara będzie tutaj gorszy niż w centrum. Za 1 euro otrzymujemy prawie 110 dinarów. 

 

Żeby pojechac autobusem musimy kupić bilety. Na lotnisku nie ma automatów. Pytamy o kiosk lub inne miejsce, gdzie można dostać ten towar, ale okazuje się, że nie ma na to szans. Bilety tylko u kierowcy. Gdzie jest haczyk? Te kupione w kiosku, trafice, czy innym punkcie kosztują 72 dinary  (2,70 zł, przy kursie dinara do złotówki wynoszącym 0.0375, którym będę posługiwal się dla potrzeb tego bloga) od osoby, a te nabyte od kierowcy – 150 dinarów od głowy (około 5,3 zł). 

 

No cóż, jest to na pewno mniej niż taksówka (około 20 euro), czy też autobus linii A1, w którym za przewóz do centrum miasta zapłacić należy 300 dinarów za osobę (około 11,30 zł).  Dlatego nie narzekamy. Idziemy jeszcze do punktu IT. I tutaj zaskoczenie. Praktycznie żadnych materiałów. O wiele lepiej wyglądał punkt ze stojakami w hali bagażowej. Pamiętajcie więc, żeby po wyladowaniu zabrać stamtąd potrzebne materiały, bo na górze może być problem.

 

Podjeżdża nasz autobus (linia 72 kursująca pomiędzy lotniskiem, a Zeleni Venac). Beatka idzie po bilety. Za chwilę wraca głośno się śmiejąc. Pytam o co chodzi, a ta pokazuje mi kawałek papieru, na którym kierowca odręcznie napisał ile biletów kupiono, ile zapłacono i o której to było godzinie. Wspaniała kasa fiskalna. Nie ma co...

 

W drodze do centrum mijamy nowe osiedla. Co ciekawe na żadnym z nich nie zauważamy sklepów wielkich sieci, których tyle jest w Polsce. Widać za to małe sklepiki. Po 40 minutach jazdy wysiadamy na Zeleni Venac. Jest tutaj całkiem sympatyczny ryneczek. Obiecujemy sobie, że jeszcze dzisiaj tutaj przyjdziemy. Na razie szukamy naszego apartamentu. Za 4 doby płacimy140 euro ( pokój z kuchnią i łazienką z prysznicem) i ruszamy na zakupy. 

 

Wcześniej zaglądamy do kantoru. W Serbii jego nazwa to "menjačnica". Kurs całkiem niezły (113,80 dinarów za euro). Wymieniamy pieniądze i idziemy na zakupy.

 

Do domu wracamy lekko otępiali. Poszliśmy bowiem na Zeleni Venac. Patrzymy na brzoskwinie. Kosztują 50 dinarów za kilogram (około 1,90 zł). Sprzedawca dał nam jedną na spróbowanie. I tutaj jakby bomba smaków wpadła nam do buzi. Słodycz. Owoc odrywa się sam od pestki. Spojrzeliśmy na siebie i kupiliśmy od razu 2 kilo. Zapłaciliśmy za nie – 100 dinarów (około 3,80 zł). Za moment zatrzymaliśmy się przy pomidorach z Leskovaca. Kilogram – 30 dinarów (około 1,10 zł), czyli tyle ile główka czosnku. Tylko 20 dinarów (niecałe 80 groszy) kosztował kilogram arbuza. Sery, ale jakie. Białe, feta, żółte, solone, do wyboru do koloru. Szaleństwo dla kubków smakowych. Wszyscy sprzedawcy na rynku uprzejmi, dali spróbować to co mogliśmy ewentualnie kupić i nie obrażali się, jeżeli nie zdecydowaliśmy się na wyciągnięcie pieniędzy z portfela za oferowany przez nich towar. 

 

waga (powiększenie)

Zeleni Venac, takie wagi są w powszechnym użyciu, fot. autor

 

Znajdujemy sklep z przyprawami. Za 100 gramów diabelnie ostrej papryki račun, czyli po serbsku rachunek wynosi 60 dinarów (około 2,30 zł), za opakowanie majeranku – 30 (1,10 zł), a suszonej kolendry – 70 dinarów (około 2,60 zł).

 

W drodze z Zeleni Venac zaglądamy do sklepów spożywczych. Za litr wody mineralnej "Kniaź Milosz" płacimy 52 dinary (niecałe 2 złote). Coca-Cola, w 2 litrowej butelce kosztuje 129 dinarów (około 4,80 zł). Margaryna 500 gramów kosztuje 168 dinarów (6,30 zł), a 400 gramów sera z szynką do smarowania na chleb – 155 dinarów (około 5,80 zł). 

 

Za 500 gramów mrożonych ośmiorniczek płacimy 295 dinarów (kilka groszy więcej niż 11 zł). Beatka zrobi z nich i warzyw wspaniałą potrawę. 10 jaj kosztuje w sklepie 176 dinarów (6,60 zł), ale można iść na Zeleni venac i kupić je taniej. Zielona herbata – 20 torebek to wydatek rzędu 68 dinarów (około 2,60 zł). Za 500 gramów ryżu Pani w sklepie zawołała 100 dinarów, czyli około 3,80 zł. W jednym ze sklepów pytamy, gdzie kupić jajka. Właściciel wychodzi na zewnątrz i ręką pokazuje nam, gdzie musimy iść. Uprzejmy, miły facet. Po kilku minutach wróciliśmy do niego po wodę mineralną i coca-colę. Zażartowałem, że do niej przydałaby się rakija. Zostałem od razu zaproszony na zaplecze, gdzie nalano mi potężny kielich wysokoprocentowego napoju, który wypiłem wznosząc toast za pomyślność mieszkających tutaj ludzi. 

 

Trochę zgłodnieliśmy. Tuż przed wejściem do naszego nowego mieszkania znajduje się mała piekarnia. Wchodzimy do środka i kupujemy burek. Zrobiony jest z cienkiego ciasta przypominającego francuskie. Wygląda trochę jak wielowarstwowy naleśnik. W środku – do wyboru  - ser lub mięso. Kilogram pierwszego kosztuje 400 dinarów (15 złotych), a drugiego – 480 (18 złotych). Potrawa jest sycąca i tłusta. 

 

burek (powiększenie)

Burek, fot. autor

 

Wcześnie zaczął nam się dzień. Ale upłynął pod jakimś dobrym duchem. I nie myślę tutaj tylko o zakupach. Belgrad ma to coś, co charakteryzuje wielkie miejsca. Duszę. Jutro będziemy chcieli poznać ją lepiej...   

 

Belgrad1 (powiększenie)

Belgrad, widok z okna, fot. autor

 

 

gekon2010, sierpień 2013 roku

               

NASTĘPNE (miniaturka)

 

 

Dodano: 31.08.2013 10:24
Ostatnia aktualizacja: 22.11.2017
Miejsce: Serbia » Belgrad

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com

Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.21
USD
3.58
CHF
3.62
GBP
4.75
Średnie kursy, 23-11-2017
Żródło: NBP

HOTELE

Booking.com

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.