Strefa Rezerwacji

Kalendarz wydarzeń

Listopad 2017
pn wt śr cz pt sb nd
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10

linki

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

REKLAMA

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
TOP OKAZJE - najlepsze oferty biletów lotniczych, wycieczek i wyjazdów narciarskich. Sprawdź górne menu - druga zakładka od lewej.

Blog użytkownika gekon2010

Z wizytą u Bratanków – część 1, czyli o planowaniu, wielkiej wodzie i torcie Dobosza

Ten wyjazd (jak zresztą kilka innych) zrodził się spontanicznie. Jedna z niskokosztowych linii lotniczych (ta, w której nie trzeba płacić za normalny bagaż podręczny) "rzuciła" na rynek tanie bilety do Budapesztu. Okazało się, że możemy wylecieć w czwartek i wrócić w poniedziałek, płacąc za tę przyjemność niecałe 200 złotych. Zawsze ciągnęło nas do Bratanków, dlatego nie zastanawialiśmy się i kupiliśmy bilety. Potem przyszedł czas na planowanie.

 

Ponieważ z Trójmiasta można dolecić wszędzie... pod warunkiem, że są to Wyspy Brytyjskie lub Norwegia, musieliśmy jeszcze się dostać do Warszawy, skąd mieliśmy lot do Budapesztu. Od kilku lat kolej ma tutaj konkurencję w postaci Polskiego Busa. Za bilety w dwie strony na trasie Gdańsk – stolica zapłaciliśmy niecałe 100 złotych – czyli sam przejazd, wliczając w to ceny biletów, komunikacji miejskiej zamknął nam się w kwocie około 320 – 340 złotych.

 

Pozostawało jeszcze wyszukanie w miarę taniego i dobrze położonego hotelu. Udało nam się znaleźć hotel w Budzie, zabytkowej części Budapesztu. Za 5 nocy ze śniadaniami w formie bufetu zapłaciliśmy 130 euro za dwie osoby.

 

Pod koniec maja 2013 roku w relacjach z Europy Środkowej we wszystkich przypadkach zaczęto odmieniać słowo "powódź". Burmistrz Pragi prosił nawet turystów, że jeżeli mogą, niech zrezygnują z odwiedzin. Zaczęliśmy uważnie słuchać wieści z Budapesztu, ale poza informacjami o tym, że poziom Dunaju podnosi się, nikt nie kierował dramatycznych próśb, by nie przyjeżdżać do miasta. Z lekką obawą, w ostatniej chwili podjęliśmy decyzję, że jednak jedziemy!

 

Polski Bus do Warszawy odjeżdża z dworca autobusowego w Gdańsku. My musieliśmy w pierwszej kolejności dojechać tam z Gdyni. Linią 171 przejechaliśmy do Oliwy, a stamtąd tramwajem do dworca. Z Gdańska ruszyliśmy zgodnie z rozkładem jazdy, czyli punktualnie o 23.30. Podróż w nocy ma to do siebie, że człowiek nie ma co ze sobą zrobić. Trochę pośpi, trochę popatrzy w internet, a rano jest tylko zmęczony. Nie inaczej było z nami.

 

W Warszawie byliśmy około 30 minut przed czasem. Krótkie spotkanie z kolegą, potem przejazd metrem do stacji Centrum, a stamtąd słynną wśród Polaków linią 175 na lotnisko im. Chopina. Obecne władze Warszawy całkiem niedawno myślały o likwidacji tego autobusu. Do lotniska jeździ wszak pusta kolejka, którą trzeba zapełnić. Trzeba było więc zmusić upartych i krnąbnych mieszkańców i przyjezdnych, by zaczęli z niej korzystać. Poza tym, po co goście, którzy na lotnisku czekają na swój lot kilka godzin, mają mieć możliwość bezpośredniego dojazdu na Stare Miasto, gdzie jeszcze nie daj Boże zostawią pieniądze? Mają się telepać z przesiadkami i tyle. Że niby nie będą? Trudno ich strata. Niezależnie od tego 175 na trasie ma również szpital na Banacha, gdzie warszawiacy odwiedzają cierpiących bliskich.

 

Na szczęście do ostatecznego rozwiązania nie doszło. I dobrze. W pociągach nie ma jednolitego biletu. Jak wsiądziesz nie do tego składu co trzeba, kontrolerzy wlepią ci karę. Po co się denerwować, lepiej jechać autobusem, co wszystkim gorąco polecam. A dla władz Warszawy mam jedną prostą radę. Spowodujcie, by bilet miejski był honorowany we wszystkich kolejkach na lotnisko, wtedy być może ludzie nimi pojeżdżą.

 

Na lotnisku Chopina byliśmy kilka godzin przed odlotem naszego samolotu. Przeszliśmy kontrolę bezpieczeństwa i czekaliśmy na lot. Czas chcieliśmy skrócić sobie surfowaniem po sieci. Na lotnisku jest wszak bezpłatny internet. Można po nim szaleć, ale tylko przez 30 minut. Wcześniej należy podać imię i nazwisko, numer lotu i telefonu. Jeżeli wszystko jest ok, otrzymujemy SMS-a z loginem i hasłem. Po 30 minutach koniec zabawy. Przy ponownej próbie logowania otrzymujemy uprzejmy komunikat, że następne jest możliwe za...24 godziny. Chciałoby się zakrzyczeć autor, autor! Kto wpadł na ten "mądry" pomysł?

 

Do lotu wywołano nas punktualnie, ale wystartowaliśmy z kilkunastominutowym opóźnieniem. W stolicy Węgier byliśmy jednak przed planowaną godziną przylotu. 

 

Budapesztańskie lotnisko nosi nazwę Ferenca Liszta. I jest to pierwsza rzecz, która moment po przylocie łączy Polaków i Węgrów. Liszt, w lutym 1832 roku bawił w Paryżu. Wtedy na jednym z koncertów poznał polskiego kompozytora i pianistę Fryderyka Chopina. Z czasem znajomość przerodziła się w przyjaźń. Chłopcy podobno trochę razem szaleli w nadsekwańskich salonach. Ciekawe. Po latach imię jednego z nich nosi lotnisko w Warszawie, a drugiego w stolicy Węgier. Zapewne przypadek, ale jaki miły... Jeszcze jedna ciekawostka. Liszt był teściem Ryszarda Wagnera. Pochowano go zaś w Beyreuth, a więc tam gdzie Wagner mieszkał i wybudował swój Teatr Operowy. Do dzisiaj odbywa się w nim najsłynniejszy Festiwal Wagnerowski.

 

Nucąc Rapsodię Węgierską przechodzimy do sali odlotów na pierwszym piętrze. Nie, nie, nie wracamy do domu, idziemy na pocztę, gdzie kupujemy bilety komunikacji miejskiej niezbędne by dojechać do miasta. 

 

Budapesztańska komunikacja ma wiele fajnych rozwiązań dla turystów. Opiszę je szerzej w innym miejscu. Na razie wspomnę jedynie, że kupiliśmy bloczek 10-przejazdowy za 3000 forintów, czyli około 43 zł (dla potrzeb tego bloga będę przyjmował, że jeden forint to 0,0145 złotego). Niestety, na poczcie na lotnisku nie kupimy biletów transferowych.

 

Autobusem linii 200E, w strugach deszczu, dojeżdżamy do stacji metra o wdzięcznej nazwie Kőbánya Kispest. W pobliżu jest całkiem spory dom handlowy, czy jak to się teraz mówi – galeria handlowa. W pierwszej kolejności znajdujemy punkt, w którym są bilety. Otrzymujemy potrzebne nam bilety transferowe. Za każdy płacimy 530 forintów, czyli około 7,5 zł. Na ich podstawie przez 90 minut od pierwszego skasowania, możemy – z jedną przesiadką – dojechać do celu podróży. Pamiętajcie, żeby kasując bilet transferowy nie ograniczać się do jednej takiej czynności. Przy przesiadce, trzeba jeszcze raz odbić w kasowniku jego wolną drugą końcówkę.

 

Nie jedziemy od razu do centrum. Jesteśmy głodni i postanawiamy coś zjeść. Znajdujemy jakiś bar. Bierzemy gulasz z kluskami, jakąś sałatkę, napoje. Płacimy około 3500 forintów, czyli ok. 50 zł. Najedzeni szukamy jeszcze kantoru. Mieliśmy parę forintów kupionych w Polsce na start. Na dalsze życie wzięliśmy euro. Znajdujemy kantor. Za jedno euro otrzymujemy 294 forinty (około 4,2 zł). Ponieważ wymieniamy na razie 50 euro, zgodnie z wiszącą w widocznym miejscu tabelą, pobierana jest prowizja w wysokości 450 forintów (około 6,5 zł). Jej wysokość uzależniona jest od ilości węgierskiej waluty, którą kupujemy. Im więcej pożądamy forintów, tym większa jest prowizja. Pocieszające jest to, że podczas naszej wizyty w Budapeszcie wymienialiśmy pieniądze w różnych kantorach i tym co je łączyło była dokładnie taka sama prowizja. Nie można tego powiedzieć o kursie walut. Spotkaliśmy się z sytuacjami, kiedy za euro w jednym kantorze płacono na przykład 270 forintów (około 3,90 zł), a w położonym tuż obok – 293 (około 4,2 zł). 

 

Wreszcie wchodzimy na peron metra. Ze stacji Kőbánya Kispest do centrum Pesztu jedzie niebieska linia. Przed wejściem na peron kontrolerzy sprawdzają czy skasowaliśmy bilety (kasowniki stoją przed nimi). Co jak co, ale jazda na gapę w Budapeszcie może okazać się bardzo nieopłacalnym biznesem.

 

Jest kolejka. Składa się z wiekowych, chyba jeszcze pamiętających komunistyczne czasy wagonów. Podjeżdżamy do stacji Ferenciek tere. Tutaj mamy przesiadkę na autobus. Czekamy na niego kilka minut. Wreszcie jest. Mostem Elżbiety przejeżdżamy przez wezbrany Dunaj. Widzimy, że dolne bulwary są zalane wodą. Rzeka ma brudny, brązowy kolor. Z autobusu wysiadamy na trzecim przystanku. Jest tutaj taki zwyczaj, że zanim się wysiądzie należy wcisnąć czerwony przycisk przy drzwiach. Wtedy nad nimi zapala się najczęściej lampka koloru zielonego i kierowca wie, które drzwi ma otworzyć na przystanku. Z tego co zauważyliśmy do autobusów można wsiadać każdymi drzwiami. Wyjątkiem są te pojazdy, które mają wymalowany na środkowych i końcowych drzwiach znak "zakaz ruchu". W takiej sytuacji można wsiąść tylko przednimi drzwiami.

 

Z przystanku do hotelu mamy około 100 metrów. Meldujemy się i tutaj pierwsza niespodzianka. Pokój, który rezerwowaliśmy jest niedostępny. Bez dodatkowej opłaty otrzymujemy lokum o wyższym standardzie. Wszystko szybko, miło, łatwo i przyjemnie.

 

Mieszkamy na piątym piętrze, pod samym dachem. Pomimo tego pokój nie jest nagrzany do nieprzytomności. Zostawiamy rzeczy i ruszamy na pierwszy rekonesans. Nad Dunaj...

 

Trochę się wypogodziło. Ulicą Hegyalja dochodzimy do Döbrentei tér. Tam wita nas pomnik cesarzowej Elżbiety – żony cesarza Franciszka Józefa, zamordowanej w zamachu w 1898 roku w Genewie. Kochana przez Węgrów, wielokrotnie była orędowniczką ich spraw u cesarza. Razem byli koronowani 8 czerwca 1867 roku w Budapeszcie na króla i królową Węgier. Powstały Austro-Węgry. Jej śmierć pogrążyła Węgry w żałobie.

 

Budapeszt1 (powiększenie)

Pomnik cesarzowej Elżbiety, fot. autor

 

Monument odsłonięto w latach 30. ubiegłego wieku. Początkowo znajdował się na drugiej stronie rzeki, w Peszcie. Budził kontrowersje, umieszczony był bowiem w okrągłym, zwieńczonym kopułą klasycystycznym budynku. Do Budy przeniesiono go w połowie lat 80. XX stulecia. Stoi w zieleni na małym, uroczym skwerku.

 

Budapeszt2 (powiększenie)

Dunaj zalał dolne bulwary, fot. autor

 

Idziemy nad Dunaj. Tak jak już pisałem, dolne bulwary są zalane wodą. Pod mostem Elżbiety jest niewielkie wzniesienie i woda jeszcze tam nie dotarła. Przechodzimy pod mostem i z niepokojem patrzymy na rzękę. Ma rwący nurt. Niesie ze sobą wszystko co zabrała w Niemczech, Austrii i na Słowacji. Powódź to straszna klęska. Jak na razie Budapeszt się przed nią skutecznie broni.

 

 

Most Elżbiety, po którym mieszkańcy stolicy Węgier przejeżdżają i przechodzą obecnie, zbudowano w 1964 roku. Liczy prawie 380 metrów długości. Jego poprzednik, o tej samej nazwie, wzniesiony na przełomie XIX i XX wieku, wysadzony został w styczniu 1945 roku przez wycofujących się z Budapesztu Niemców.

 

Budapeszt3 (powiększenie)

Trochę inne spojrzenie na most Elżbiety, fot. autor

 

Przechodzimy do Pesztu. Na Dunaju zacumowane są statki rzeczne, którymi można po nim popływać. Ceny od 1900 (około 28 zł) do 3500 forintów (około 51 zł). Zastanawialiśmy się nawet nad wieczornym rejsem, ale zrezygnowaliśmy. Pogoda taka sobie, zaczyna padać lekki deszcz. Mimo tego, decydujemy się na krótki spacer do Pesztu.

 

Budapeszt4 (powiększenie)

Dunaj od strony Pesztu, fot. autor

 

Na Ferenciek tere 10 znajdujemy jedną z kultowych budapesztańskich cukierni, czyli Jégbüfé. Założono ją w 1952 roku. Jeżeli nogi Was tutaj zaniosą koniecznie kupcie tort Dobosza. Porcja kosztuje 320 forintów (około 4,60 zł).

 

Budapeszt5 (powiększenie)

Jeszcze jedno spojrzenie na wzbierającą rzekę, fot. autor

 

Tort Dobosza to węgierski przysmak. Jako pierwszy upiekł go niejaki Jozsef Dobos, który pod koniec XIX w. prowadził w Budapeszcie deilkatesy i znany był jako autor książek kucharskich. Swój nowatorski wypiek przygotował na wystawę cukierniczą w 1855 roku. Tort okazał się strzałem w dziesiątkę. Składał się z cieniutkich biszkoptowych krążków, przekładanych masą kawowo - czekoladową. Z wierzchu i po bokach oblany był karmelem. Przepis, otoczony wcześniej tajemnicą, ujawniono dopiero w 1906 roku. Od tego czasu, szanujące się cukiernie mają go w swoim menu. Sam Dobosz nie skończył dobrze - w 1924 roku jego cukiernia, mieszcząca się przy ulicy Kecskemeti w centrum Budapesztu, zbankrutowała.

 

Budapeszt tort Dobosza (powiększenie)

Tort Dobosza fot. autor

 

Stajemy na przystanku autobusowym. Autobus nie każe na siebie długo czekać. Po 15 minutach jesteśmy w pokoju hotelowym, a po 30 smacznie śpimy.

 

gekon2010

 

NASTĘPNE (miniaturka)

 

Dodano: 16.06.2013 13:19
Ostatnia aktualizacja: 15.11.2017
Miejsce: Węgry » Budapeszt

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com

Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.24
USD
3.59
CHF
3.62
GBP
4.76
Średnie kursy, 20-11-2017
Żródło: NBP

HOTELE

Booking.com

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.