Strefa Rezerwacji

Kalendarz wydarzeń

Listopad 2018
pn wt śr cz pt sb nd
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9

linki

REKLAMA

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych „RODO”. Prosimy o zapoznanie się, jak będziemy przetwarzać Państwa dane po 25 maja 2018 r. Szczegóły: zakładka "Dane osobowe, Regulamin. Polityka prywatności" w dolnym menu strony.

Blog użytkownika gekon2010

Podróż po Gruzji - marszrutką z Mestii do Batumi część 17

 

To nasz ostatni dzień w Mestii. Dopiero tutaj przyjechaliśmy, a już musimy się pakować i myśleć o naszym ostatnim przystanku w podróży po Gruzji. Po śniadaniu idziemy na spacer. W urzędzie miasta wypłacamy pieniądze (tym razem nie mamy problemów z gruzińskim "kontynuuj"), potem wymieniamy je w kantorze. Czas na długi spacer po mieście. Podziwiamy otaczające je góry. Pogodę, poza jednym dniem, mieliśmy tutaj jak na zamówienie. Niebieskie niebo i białe obłoki.

 

Mestia23 (powiększenie)

Panorama Mestii, fot. autor

 

Kiedy w Gruzji działo się niedobrze i wróg atakował państwo, największe skarby przewożono do Swanetii. Niestety,  nie będzie nam dane wybrać się do mesteńskiego Muzeum Historyczno-Etnograficznego, by zobaczyć chociaż część tych rzeczy. Trwa przebudowa i w tej chwili jest zamknięte. Jego budynek znajdziecie przy drodze do Uszguli i Hatsvali. W Mestii jest także izba pamięci poświęcona urodzonemu tutaj w 1935 roku – Mikheilowi Khergianiemu – znanemu alpiniście, który zginął w 1969 roku we włoskich Dolomitach.    

 

Przyszła pora obiadu. Idziemy do jednej z knajpek. Za posiłek z napojami płacimy niecałe 15 lari. Ja tym razem wziąłem chinkali, a Beatka tutejszą potrawę regionalną - ser zapiekany z ziemniakami (mówiła, że smaczne).

 

Wracamy do pensjonatu, przyszedł czas, żeby policzyć się z Rozą. Za 8 dni płacimy 400 lari, czyli około 800 polskich złotych. Atmosfera była w porządku, tym nie mniej mankamentem jest jedna wspólna łazienka w porywach na kilkanaście osób. Gospodyni w takiej sytuacji pozwala, by ludzie chodzili na parter, gdzie znajduje się druga, jej prywatna łazienka. 

 

W niektórych miejscach w Mestii może Wam się udać za te same pieniądze mieszkać w pokoju z łazienką. Trzeba tylko ponegocjować z właścicielami... My rezerwowaliśmy miejsca w styczniu (wtedy padła obietnica, że do września pokój z łazienką będzie gotowy. Niestety...) i może trochę z lenistwa nie szukaliśmy po przyjeździe innego noclegu. Poza tym, mieliśmy zapewnienie, że będziemy mieli w cenie dostęp do sieci (przez modem), a tego nie było. Roza pomimo obietnic zapomniała o podrzuceniu płyty z sterownikami. Dzięki kupionej w Tbilisi karcie prepaid mogliśmy pracować i kontaktować się z bliskimi.

 

No cóż, już i tak bardzo długo odkładaliśmy tę chwilę. Zaczynamy się pakować. Po 30 minutach możemy powiedzieć, że jesteśmy gotowi do dalszej drogi. Jeszcze tylko wymieniamy namiary z Agnieszką i Tomkiem. Obiecujemy sobie, że jeszcze się w Gruzji zobaczymy...

 

Wcześnie kładziemy się spać. To nie było dobre rozwiązanie... Dzisiaj przyjechała młodzież z Izraela i dosyć głośno wymienia poglądy. O spaniu nie ma mowy. Dostajemy małej głupawki i śmiejemy się z byle czego. Wreszcie zasypiamy.

 

O 5.30 budzi nasz dźwięk budzika. Łazienka, szybki prysznic i trzeba znosić rzeczy. Roza szykuje coś na ząb, ale jak dla mnie to zdecydowanie za wcześnie. Gospodyni załatwia u kierowcy marszrutki, by podjechał po nas do miejsca, gdzie droga od hostelu styka się z głównym traktem. Żegnamy się i idziemy na dół. "Mistrz kierownicy" (cudzysłów zamierzony) już na nas czeka. Razem z nami jadą młodzi Niemcy. Potem okaże się, że wśród pasażerów marszrutki są także Agnieszka i Jurek, którzy mieli pół godziny wcześniej jechać do Tbilisi, a na razie do Zugdidi pojadą z nami.

 

Podjeżdżamy na plac i czekamy na pasażerów. Wreszcie do busa wsiada starszy pan, który donośnym "nu rebiata dawajtie diengi" dopomina się zapłaty za przejazd. Płacimy 60 lari na dowiezienie nas do Batumi i czekamy na odjazd (tym bardziej, że pan kasjer zapewniał nas, że nastąpi dosłownie za chwileczkę). Za oknem busa widzę faceta z kosą. Nastrajam się metafizycznie i mówię do Beatki, "patrz idzie śmierć". Ha, oby język mi zgnił przed wypowiedzeniem tych słów...

 

Kierowca marszrutki odpala silnik i ruszamy...

 

To, że piszę te słowa oznacza, że przeżyliśmy! Zjazd z gór był jednym wielkim szaleństwem. Było nie było odpowiedzialny za nas gość jechał tak, jakby nie miał nikogo w busie, a on sam chciał zginąć w jak najbardziej spektakularny sposób. Wyprzedzamy inne samochody na wąskiej drodze, w sytuacji, gdzie po jednej stronie stoi skalna ściana, a po drugiej widać kilkudziesięciometrową przepaść. Jedna z pasażerek dostaje torsji, twarze innych są w kolorze zielonym. Co jakiś czas musimy się zatrzymywać. Nie to jest to wcale łatwe. Dziewczyna nie mówi po rosyjsku, a kierowca ma problemy nawet ze zrozumieniem wypowiedzianego jak najwolniej słowa "stop".  Po krótkich przerwach dalej gnamy na złamanie karku i szukamy swego losu. Po co znaki drogowe? Po co ograniczenia prędkości? Na sam koniec, przed Zugdidi, mamy dodatkową atrakcję w postaci wyścigów z drugą marszrutką, podczas których mało brakowało byśmy wylądowali na stojącym na poboczu samochodzie.

 

Zatrzymujemy się przed dworcem kolejowym w Zugdidi. Kierowca naszej marszrutki oświadcza, że dalej z nim nie pojedziemy ponieważ "ma awarię" (co absolutnie nie dziwi, biorąc pod uwagę jak jechał). Co niektórzy z nas są lekko sino-zieloni, inni wydają z siebie potężne oddechy ulgi. Przesiadamy się do innego pojazdu. Oczywiście nie płacimy dodatkowo za bilety. Kierowcy rozliczają się między sobą już bez naszego udziału.

 

Około 10.00 stratujemy do Batumi. Tym razem jazda jest spokojniejsza (za duży ruch na drodze). Widać jednak, że gdyby kierowca mógł "pokazać" na co go stać, na pewno by to zrobił. Mijamy miejsce wypadku. W rowie leży jeep, na poboczu mocno pogruchotana marszrutka, wokół krążą przerażeni turyści... My mieliśmy tym razem trochę więcej szczęścia...

 

Im bliżej morza, tym pogoda gorsza. Niebo zasnuły ciężkie czarno-szare chmury,  zaczyna padać deszcz. Dopiero kiedy wjeżdżamy do Batumi witają nas nieśmiałe promienie słońca.

 

Wysiadamy praktycznie w centrum miasta, przy ulicy Chavchavadze. Zdejmujemy bagaże z dachu marszrutki, pomagamy młodym Polakom w tłumaczeniu z rosyjskiego rozmowy z Gruzinami i zastanawiamy się co robić dalej. Podchodzi do nas kierowca taksówki. Zaczynamy negocjacje za ile zawiezie nas na ulicę Melikishvili, gdzie mamy swój hostel. Starszy pan początkowo żąda 8 lari. Udaje mi się zjechać do 5. Okazało się, że gdybyśmy się mocno uparli moglibyśmy dojść na Melikishvili na nogach, przy czym kosztowałoby to nas "trochę" sił.

 

Dobra, za pierwszym razem trzeba pojechać taksówką i zorientować się, gdzie się jest. Po kilku minutach jazdy zatrzymujemy się pod numerem 97, bierzemy bagaże, płacę taksówkarzowi (który chciał ode mnie dodatkowo 1 lari, ale umowa – rzecz święta) i witamy się z gospodarzami.

 

Mamy do wyboru kilka pokoi. Wybieramy położony przy ulicy. Jest łazienka tylko do naszej dyspozycji i miejsce, gdzie można zrobić coś do jedzenia. Dostajemy ręczniki i koce, gdyby w nocy zrobiło nam się za zimno. Możemy korzystać z lodówki i kuchni. Za 8 nocy płacimy 310 lari, czyli około 620 złotych.

 

Po wstępnym rozłożeniu rzeczy ruszamy nad Morze Czarne. Ulica Melikishvili prowadzi prosto do nadmorskiego bulwaru. Po drodze zachodzimy do baru, gdzie zamawiamy adżarskie chaczapuri. 

 

Różni się ono od tego, które można zjeść w Tbilisi. Ciasto ma kształt łódki, wewnątrz której jest słony ser i wbite surowe jajko. Do tego dodaje się masełko. Miesza się to wszystko w łódeczce i mamy super sycące danie. Ja nieopatrznie zamówiłem wersję "big" i ledwo, ledwo dotarłem "do mety". Za jedzenie i napoje płacimy 20 lari. To, co wiemy na 100% to to, że nie będziemy dzisiaj musieli już nic jeść.

 

Adżarskie chaczapuri (powiększenie)

Tak wygląda adżarskie chaczapuri, fot. autor

 

Noga za nogą wchodzimy na batumski nadmorski bulwar. Ma 7 kilometrów długości. Szeroka promenada, przy której posadzono palmy. Jest ścieżka rowerowa. W budkach przy plaży można kupić lody i coś do picia. Niebo zlitowało się nad nami i oglądamy jego niebieską, zdecydowanie najbardziej przyjazną ludziom wersję.

 

Batumi1 (powiększenie)

Batumi, bulwar, a przy nim budka z lodami, fot. autor

 

Podczas spaceru spotykamy Kasię i Pawła, dzięki którym mogliśmy pojechać do Uszguli za całkiem niezłe, z naszego punktu widzenia, pieniądze. Dostajemy od nich mapę Batumi i pierwsze informacje, jak się poruszać po mieście.

 

Batumi2 (powiększenie)

Ścieżka rowerowa przy bulwarze w Batumi, fot. autor

 

Potem musimy się pożegnać. Nasi przemili rozmówcy jutro wracają do siebie do...Niemiec. Tak, tak, to nie pomyłka, a raczej znak czasu. Po studiach dostali propozycje pozostania i tak już 6 lat żyją w nowej ojczyźnie. Na moje pytanie czy zamierzają wrócić odpowiadają, że absolutnie...nie. Akurat to mnie w ogóle nie dziwi...

 

Do domu wracamy trochę inna trasą. Ulicą Konstantina Gamsachurdii (ojciec Zwiada, pierwszego prezydenta gruzji, wybranego w demokratycznych wyborach w 1991 roku), dochodzimy do stojącego kilanaście metrów od budynku teatru pomnika Neptuna.

 

Batumi3 (powiększenie)

Batumi, pomnik Neptuna, fot. autor

 

Potem mijamy siedzibę gruzińskiego Trybunału Konstytucyjnego. Dlaczego nie ma go w Tbilisi? To wynik celowej polityki władz państwowych. Instytucjie i urzędy centralne przenoszone są poza stolicę. Na przykład niedługo wybrani parlamentarzyści (wybory już 1 października) miejsce swojej pracy znajdą nie w Tbilisi, lecz w Kuitasi. Za siedzibą sądu plac na którym dumnie stoi Medea.

 

Batumi4 (powiększenie)

Batumi, Medea, fot. autor

 

Trwają prace budowlane. Za jakiś czas bedzie tutaj super miejsce.

 

Batumi5 (powiększenie)

Batumi, ulica Mameda Abaszidze, fot. autor

 

Jeszcze po drodze wstępujemy do sklepu i kupujemy coś do jedzenia (ser, masło, warzywa, jakieś ryby – za wszystko płacimy około 15 lari). Szybki marsz i jesteśmy i siebie. Wcześnie zaczął nam się ten pełen wrażeń dzień i coś czuję, że wcześnie się skończy...

 

                                                                                                                          Przejdź do części 18

 

gekon2010

 

 

Dodano: 08.10.2012 18:47
Ostatnia aktualizacja: 26.10.2018
Miejsce: Gruzja

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com


Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.29
USD
3.78
CHF
3.76
GBP
4.84
Średnie kursy, 18-11-1037
Żródło: NBP

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.