Strefa Rezerwacji
Willa Home

ul. Tadeusza Kościuszki 20
87-720 Ciechocinek

Dlaczego warto dodać | Ostatnio dodane

Kalendarz wydarzeń

Listopad 2018
pn wt śr cz pt sb nd
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9

linki

REKLAMA

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych „RODO”. Prosimy o zapoznanie się, jak będziemy przetwarzać Państwa dane po 25 maja 2018 r. Szczegóły: zakładka "Dane osobowe, Regulamin. Polityka prywatności" w dolnym menu strony.

Blog użytkownika gekon2010

Podróż po Gruzji - Gruzińska Droga Wojenna część 10

 

 

Czeka nas dzisiaj spory kawałek drogi do przejechania. Wyruszamy na Gruzińską Drogę Wojenną i pod górę Kazbek. W pierwszej kolejności musieliśmy jednak załatwić sobie jakiś dojazd. Problem polega na tym, że tego samego dnia musimy wrócić do Tbilisi. Grupa Polaków, których spotkaliśmy wcześniej mówiła nam, że taksówkarze zaczynają negocjacje od 300 lari za samochód z kierowcą, ale kiedy odwraca się na pięcie i odchodzi cena może spaść nawet do 200. Nam samochód załatwia córka właścicieli hotelu. Okazuje się, że za przejazd zapłacimy 220 lari. Po konsultacji z Kasią i Dawidem, z którymi będziemy jechać, zgadzamy się na takie warunki.

 

Jemy śniadanie i z niepokojem patrzymy na niebo. Zaczyna się chmurzyć, co nie zwiastuje dobrze naszej eskapadzie. Punktualnie o 8.00 przyjeżdża kierowca. Pojedziemy wygodnym Mercedesem. Człowiek, od którego dzisiaj jesteśmy zależni, nie mówi po angielsku. Jakoś udaje mi się porozumieć z nim w prostym rosyjskim. Swoją drogą nie lubiło się tych lekcji w podstawówce i w liceum, a teraz okazuje się, że i owszem język Wysockiego i Okudżawy przydaje się i to bardzo. 

 

Kiedy jechaliśmy z Kogą do Upliscyche dowiedziałem się, że tak jak w Polsce, młodsi ludzie praktycznie nie znają rosyjskiego. Uczą się przede wszystkim angielskiego (z bardzo różnym skutkiem), niektórzy z nich również innych zachodnich języków. Dzieci Kogi mają po kilkanaście lat i nie potrafią wypowiedzieć ani słowa po rosyjsku. 

 

Działa to także w drugą stronę. Kiedy robi się zakupy na ulicznych straganach rosyjski jest niezastąpiony. Sprzedają na nich starsi ludzie i wymagać od nich znajomości angielskiego to tak, jakby kazać im się rzucić pod pociąg. My nie mamy z tym większych problemów (jakoś ten rosyjski mi się powoli odblokowuje), ale młodzi Polacy – już tak. 

 

I tak przy mniej lub bardziej zrozumiałych pogaduchach wjeżdżamy na Gruzińską Drogę Wojenną. Chmury nie chcą ustąpić. Słońce wydaje nam się jakąś nieznaną gwiazdą, podobno o V klasie jasności.

 

Zjeżdżamy na stację gazu. Kierowca grzecznie wyprasza nas z samochodu i uzupełnia zapasy. Za litr LPG płaci 1,10 lari. Przy okazji ... zapala papieroska, rozmawia z kolegami i wreszcie daje nam znak, że możemy wsiadać.

 

Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów zatrzymujemy się na chwilę przy zbiorniku Żinwali. Widzimy budynki elektrowni. 

 

Zbiornik Żinwali (powiększenie)

Zbiornik Żinwali, fot. autor

 

Drugi przystanek jest zdecydowanie dłuższy. Nie ma jednak w tym nic dziwnego, skoro wzięliśmy się za oglądanie twierdzy Ananuri. Jest położona tuż obok brzegu zbiornika Żinwali. Wzniesiono ją  na przełomie XVI i XVII wieku.

 

Twierdza Ananuri1 (powiększenie)

Twierdza Ananuri, fot. autor

 

Można wejść na jedną z wież i podziwiać okolice (utrudniają to dzisiaj dosyć nisko leżące chmury). Za murem twierdzy postawiono w XVII wieku cerkiew Zaśnięcia NMP.

 

Twierdza Ananuri2 (powiększenie)

Twierdza Ananuri, cerkiew Zaśnięcia NMP, fot. autor

 

Wchodzimy do środka. Podziwiamy freski. Cisza aż dzwoni w uszach. Wszystko dostojne i oddające chwałę Panu. Do twierdzy można wejść od 09.00 do 19.00.  

 

Twierdza Ananuri3 (powiększenie)

Freski w cerkwi Zaśnięcia NMP, fot. autor

 

Gruzińska Droga Wojenna łączy Kaukaz południowy z północnym. Swoją nazwę zawdzięcza walkom toczonym na niej na początku XIX wieku. Jej przebudowę w drugiej połowie XIX stulecia zaplanował nasz rodak Bolesław Statkowski.  

 

Twierdza Ananuri4 (powiększenie)

Twierdza Ananuri z innej perspektywy, fot. autor

 

Przed gruzińskim ośrodkiem narciarskim – Gadauri (około 20 kilometrów tras o różnym stopniu trudności, śnieg leży tutaj od listopada do maja) niebo się nad nami wreszcie lituje.

 

Gadauri (powiększenie)

Gadauri, fot. autor

 

Są jeszcze wprawdzie chmury, ale przewiewa je szybko wiatr.

 

Kaukaz1 (powiększenie)

Zaczynają się góry, fot. autor

 

Nadzieja wstępuje w nasze serca. Rację mają ci, którzy nazywają ją "matką głupich". Za Gadauri nie dość, że droga przypomina rzeszoto, pozwalając na jazdę maksymalnie z prędkością 30 kilometrów na godzinę, to jeszcze pnąc się do góry wjeżdżamy  w coraz gęstszą mgłę. Na Przełęczy Krzyżowej na wysokości 2379 metrów widoczność jest fatalna.

 

Przełęcz Krzyżowa (powiększenie)

Przełęcz Krzyżowa, fot. autor

 

Widać na góra 20-30 metrów metrów. Robimy krótki postój. Na przełęczy oglądamy kamienny mały pomnik i cmentarz niemieckich jeńców wojennych. 

 

W gęstej mgle zjeżdżamy w dół. Nagle, zza zakrętu, wyjaniają się jasnopomarańczowe wapienie. Zupełnie jak w tureckim Pamukkale. Teren wprawdzie mniejszy, ale nie spodziewaliśmy się w tym miejscu takiego skutku działania sił przyrody. 

 

Wapienie (powiększenie)

Wapienie, fot. autor

 

Mgła nie ustępuje. Przed Kobi na nawierzchni drogi pojawia się coś, co nazywa się asfaltem. Już w lepszych humorach dojeżdżamy do miejscowości Stepancminda (to jej dzisiejsza nazwa), większość osób nadal używa starej nazwy Kazbegi. Zatrzymujemy się w centrum, na placu skąd odjeżdżają marszrutki, autobusy i taksówki. Jeszcze nie zdążyliśmy wysiąść z samochodu, a już podbiega jakiś szalony człowiek i proponuje nam zawiezienie na górę za jedyne 60 lari. Przy okazji pokazuje wydartą kartkę z jednego z przewodników, gdzie o nim napisano (informacje o konkurencji są szczegółowo zamazane). Odmawiamy i ruszamy na spacer. Oglądamy (niestety z zewnątrz, furtka jest zamknięta) świątynię. Gość z placu nie ustępuje i znowu do nas podjeżdża. Zakłada na Ładę Nivę polską flagę i zjeżdża z ceną do 40 lari. Zaczynamy poważnie zastanawiać się co robić. Pogoda jest podła. Na słońce nie ma szans. Wejście na górę w tych warunkach zajmie nam do dwóch godzin. Jakiś czas spędzony tam i zejście na dół, to kolejne, przyjmując optymistycznie – 2 do 3 godzin. Pal cię licho człowieku – jedziemy Ładą Nivą na górę.

 

Łada Wasilija (powiększenie)

Łada Wasilija, fot. autor

 

Naszym kierowcą jest Wasilij, starszy już gość, mówiąc delikatnie - ze sporym temperamentem. Idący na górę, widząc jego Ładę, od razu schodzą nam z drogi. Samochód rzęzi, skacze, skrzypi, Wasilij krzyczy, my obijamy głowy o sufit, Kasia dodatkowo płacze ze śmiechu..."Z drogi, z drogi jedzie śmierć" – jak pisał w jednym ze swoich felietonów Kornel Makuszyński. W takich to oto okolicznościach przyrody wreszcie znaleźliśmy się przed Cminda Sameba. 

 

Cminda Sameba Kazbegi (powiększenie)

Cminda Sameba, fot. autor

 

Tak jak o domkach na osiedlu Brändaholm w Karlskronie mówi się, że są symbolem Szwecji, tak wspomniana świątynia uznawana jest za symbol Gruzji. Do pełni szczęścia brakuje nam widoku na Kazbek, ale mówi się trudno. Pogoda postawiła nam dzisiaj takie, a nie inne warunki i nie będziemy z nią wojować, tym bardziej, że nie mamy ku temu ani sił, ani możliwości. 

 

Świątynię wzniesiono w XIV wieku. Odwiedzających obowiązują restrykcyjne zasady. Nie wolno fotografować wewnątrz cerkwi. Panie muszą założyć czekające na nie (gdyby nie miały swoich) chustki i spódnice. Beata z Kasią są w spodniach ale i tak, żeby obejrzeć kościółek, muszą owinąć się materiałem, co dla mało wymagającego rzeczywiście wygląda jak spódnica. 

 

Przychodzą inni wierni. Niektórzy z nich obchodzą Cminda Sameba trzy razy. My powoli zbieramy się do powrotu. Wasilij, czekając na nas umył swoją Ładę. Zauważamy, że jest na rosyjskich numerach. Okazuje się, że nasz kierowca ma, poza gruzińskim, rosyjskie obywatelstwo i dzięki temu może jeździć za położoną 12 kilometrów od Stepancminda granicę. Spryciarz jakich mało. Pyta gdzie już byliśmy i dzwoni do naszych byłych gospodarzy z pozdrowieniami. Idą młodzi Żydzi. Na dzień dobry nasz kierowca mówi do nich "Szalom Izrael" i opowiada jak to nam (nam, uwierzycie!) dobrze się u niego mieszka. Wykorzystuje nas bezwględnie do swoich marketingowych działań. No cóż, taki to biznes. Trzeba walczyć o swoje. A Wasilij walczyć umie... I kurcze, jakoś nie potrafię się na niego wkurzyć. Bo i za co?

 

Kaukaz. Pies (powiększenie)

Psy w gruzji są niezwykle przyjazne dla przybyszów, potrafią nawet popilnować ich dobytku, fot. autor

 

Żegnamy się z Wasilijem. Zanim ruszymy w drogę do Tbilisi widzimy jeszcze jak zajeżdża drogę jakiejś terenówce na polskich numerach. Znowu będzie mówił o noclegu, jedzeniu i swojej pomocy...

 

Do Stepancminda można z Tbilisi dojechać także marszrutką. Koszt to 10 lari. Busiki odjeżdżają z Didube. Podróż trwa około 3 godzin. Opcja warta rozważenia dla osób, które chcą na miejscu przenocować.

 

Wracamy tą samą drogą. Do Przełęczy Krzyżowej towarzyszy nam gęsta mgła, następnie pogoda zmienia się.

 

GDW (powiększenie)

Przez Gruzińską Drogę Wojenną, pomimo fatalnych warunków często przejeżdżają potężne TIR-y, fot. autor

 

Znowu jest ładnie, niebiesko, biało i zielono. Nie mogło być tak po drugiej stronie?

 

Mówię do kierowcy, że chętnie byśmy coś przekąsili. Ten twierdzi, że zna miejsce, gdzie robią doskonałe chinkali. I rzeczywiście. Skręcamy do jakiegoś przydrożnego baru. Stoły zbite z kilku desek, krzesła, które długo by opowiadały kto to na nich siedział... Ale jedzenie... poezja. I do tego cena. Za cztery osoby zapłaciliśmy 27 lari, czyli około 54 złotych. Zamówiliśmy 27 chinkali, 4 piwa i 2 napoje.

 

Wreszcie żegnamy Gruzińską Drogę Wojenną. Kierowca robi nam dodatkową atrakcję i wjeżdżamy jeszcze nad górujący nad Mcchetą monaster Dżwari. Wzniesiono go w VI wieku, w miejscu, w którym św. Nino miała zatrzymać sie na modlitwę i postawić krzyż. 

 

Monaster Dżwari (powiększenie)

Monaster Dżwari, fot. autor

 

Przez moment prosto na nasze twarze padają promienie zachodzącego słońca. Idziemy do samochodu i nieodwołalnie zmierzamy do Tbilisi. Mijamy po drodze drzewa z przewiązanymi na nich szmatkami. Takie miejsca są uznawane na Kaukazie za święte. Jeżeli masz jakąś intencję, przewiązujesz kolorową szmatkę na krzewie lub drzewie i oczywiście obiecujesz Najwyższemu co zrobisz, kiedy intencja się powiedzie. Przed hotelem jesteśmy około 20.00. Nasza podróż zajęła więc 12  godzin. Płacimy kierowcy. Robi trochę niezadowoloną minę, ale guzik nas to obchodzi. Dostał tyle pieniędzy na ile byliśmy umówieni.

 

Mccheta7 (powiększenie)

Nad Mchcetą już zaszło słońce, fot. autor

 

Jeszcze wieczorem trochę wspomnień i do spania... Jutro także jest dzień...

 

gekon2010

Przejdź do części 11

 

Dodano: 23.09.2012 15:54
Ostatnia aktualizacja: 24.10.2018
Miejsce: Gruzja

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com


Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.29
USD
3.78
CHF
3.76
GBP
4.84
Średnie kursy, 18-11-2018
Żródło: NBP

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.