Strefa Rezerwacji

Kalendarz wydarzeń

Listopad 2017
pn wt śr cz pt sb nd
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10

linki

Kup polisę on-line

ubezpieczenia

REKLAMA

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
TOP OKAZJE - najlepsze oferty biletów lotniczych, wycieczek i wyjazdów narciarskich. Sprawdź górne menu - druga zakładka od lewej.

Blog użytkownika gekon2010

Georgia on my mind - Musztardowa Hawana w Gruzji

 

Po świętach Bożego Narodzenia i Nowym Roku przyszedł czas na wybór kierunku, w którym ruszymy w tym roku. Nie mieliśmy sprecyzowanej opcji. Chcieliśmy jedynie "ominąć" Europę. 

 

Któregoś dnia jedna ze stron internetowych napisała: "Loty do Gruzji za 490 złotych w obie strony". Od razu znalazłem w wyszukiwarce polskiego narodowego przewoźnika. Okazało się, że za przelot z Gdańska do Tbilisi z przesiadką w Warszawie i z powrotem, za dwie osoby musimy zapłacić niespełna 980 złotych. Beatka krzyknęła "rezerwuj!" i w ten sposób dowiedzieliśmy się, gdzie w tym roku przywitamy wrzesień.

 

W naszych głowach od razu "odpaliła" melodia piosenki Filipinek o Batumi. Zaczął się czas oczekiwania na podróż przerywany rezerwowaniem noclegów w kraju królowej Tamar. 

 

Nadszedł sierpień i zaczęło się odliczanie. Początkowo to było "już niedługo", następnie "jeszcze kilka dni", by pod koniec miesiąca zmienić się na: "trzeba się pakować". W międzyczasie skorzystaliśmy z formularza udostępnionego przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych na platformie e-konsulat i zarejestrowaliśmy naszą podróż z podaniem odwiedzanych miejsc i czasu,  w jakim będziemy w nich przebywać. Nigdy za wiele przezorności. Podróż ma dać nam radość z odkrywania nowych miejsc. Nie warto zaprzątać sobie głowy problemami. Jeżeli udajecie się w świat indywidualnie  lub grupą, ale nie z biurem podróży, polecamy Wam ten formularz, znajdziecie go na stronie internetowej polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Lepiej dmuchać na zimne niż się sparzyć. 

 

Przed wyjazdem na stronie kolei gruzińskich kupiliśmy bilety na dwa odcinki wewnątrz kraju (więcej o tym napiszę, kiedy będziemy jechać pociągiem). 

 

Od dwóch lat stałym elementem każdego naszego wyjazdu jest odwożenie naszego rudego czterołapa do hotelu. Mocca bezbłędnie wyczuwa, że czeka ją zmiana trybu życia. Widzi, że się pakujemy. Robi się niespokojna i pewnie zastanawia się czy tym razem pojedzie z nami, czy też może odwieziemy ją do hotelu. Tym razem czeka ją to drugie. Ale nie powinna być tam nieszczęśliwa. Ma taki charakter, że łatwo (jak musi) aklimatyzuje się w nowych miejscach.    

 

Piątek 31 sierpnia. Poza tym, że mamy dzisiaj bardzo ważne święto państwowe (kto zgadnie jakie?) dla nas to czas podróży. Wstajemy wcześnie rano, jemy szybkie śniadanie i z niezastąpionym Tomkiem dojeżdżamy na lotnisko.

 

Odprawiamy siebie i bagaż. Po przejściu przez bramkę bezpieczeństwa pomimo, że sygnalizacja nie wskazała bym przenosił cokolwiek zakazanego, miła pani każe mi się zatrzymać, podnieść ręce do góry i poczekać na jej kolegę. Zostaję poddany szczegółowej kontroli. Okazało się, że co któregoś pasażera spotyka taka przyjemność i akurat padło na mnie. 

 

Wsiadamy do samolotu do Warszawy.  Na samym końcu wsiada najważniejszy dzisiaj pasażer - były prezydent Lech Wałęsa. Grzecznie kłania się współpasażerom i zajmuje miejsce na początku maszyny. Doskonale pamiętam, co robiem 32 lata temu, kiedy podpisywano porozumienia sierpniowe. Do głowy mi wówczas nie przyszło, że za jakiś czas ten gość składający swój podpis na dokumentach kończących strajk niedługo otrzyma pokojową nagrodę Nobla, za dalszych kilka lat będzie prezydentem mojego kraju i że później, ot tak sobie, będę z nim leciał w jednym samolocie. 

 

Lot do Warszawy trwa raptem 40 minut. Autobusem 175 dojeżdżamy pod Uniwersytet Warszawski (bilet normalny – 3,6 zł, ulgowy – 1,8 zł, nie płaci się dodatkowych pieniędzy za bagaż). Potem ul. Królewską idziemy na umówione spotkanie z przemiłą Francą Kobenter, szefową austria.info. O 12.00 mamy kolejne. Zbyszek nie ma wiele czasu. Szybka rozmowa, podczas której każde z nas chce powiedzieć jak najwięcej. Przechodzimy przez Park Saski i dochodzimy do Grobu Nieznanego Żołnierza. Mijamy pięknie odnowiony hotel Bristol. 

 

Hotel Bristol (powiększenie)

Hotel Bristol, fot. autor

 

Idziemy w kierunku Zamku Królewskiego. Po drodze mijamy pomnik Adama Mickiewicza, kościół św. Anny i Kolumnę Zygmunta. Świętojańską dochodzimy do Rynku. Tam siadamy na ławkach i podziwiamy Syrenkę. Do Zamku Królewskiego wracamy ulicą Piwną. Pogoda dzisiaj sprzyja spacerom. Nie jest za gorąco, wieje (czasami za mocno) całkiem sympatyczny wiaterek, słońce co jakiś czas pokazuje zza chmur swoją uśmiechniętą twarz. Jednym słowem. Nic tylko ruszać się z domu...   

 

Warszawska Syrenka (powiększenie)

Syrenka na warszawskim Rynku Starego Miasta, fot. autor

 

Metrem jedziemy do rodziny. Czas z Elą i Zenkiem przelatuje nie wiadomo kiedy. Około 20.00 po raz kolejny dzisiaj przechodzimy bramki bezpieczeństwa. Tym razem szczególne zainteresowanie służb lotniskowych wzbudza mój komputer. Oglądają go z każdej strony, zaczynam się zastanawiać, czy aby nie będę musiał go rozkręcać. Na szczęście do tego nie dochodzi. Możemy przejść przez kontrolę paszportową. 

 

Czekamy na samolot do Tbilisi. Mija godzina i jesteśmy proszeni na pokład Embraera 190. Samolot jest pełny ludzi. O 3.50 miejscowego czasu lądujemy w stolicy Gruzji. Po przejściu przez kontrolę graniczną przez około 30 minut czekamy na bagaże. Kiedy już mamy je w rękach, musimy ustawić się w kolejce do kantoru. Nie warto wymieniać pieniędzy w pierwszym lepszym punkcie. Radzę przejść się i porównać kursy (na lotnisku w Tbilisi jest kilka kantorów). My mieliśmy do wyboru opcje od 2,02 lari za euro do 2,05 i oczywiście wybraliśmy tę ostatnią. 

 

Około 5 nad ranem użeramy się (dosłownie) z taksówkarzem, za ile dowiezie nas z lotniska do centrum. Jakoś nie ma tu zwyczaju włączania taksometrów. Udaje mi się wymusić 25 lari. Do wyboru mieliśmy czekanie na autobus o 7.00 (linia 37) lub na pociąg, który wyjeżdżał jeszcze później. Niektóre hostele i hotele proponują wyjazd po gości na lotnisko i chyba dobrze z tej opcji skorzystać, a na pewno warto o niej pomyśleć.  Ważna rada, jeśli korzystacie z Gruzji z taksówki. Cenę kursu negocjujcie zanim wsiądziecie i płaćcie od razu! Jeśli poprosicie o włączenie taksometru, taksówkarz oczywiście go włączy, jednak do celu waszej podróży pojedzie okrężną drogą i i tak wyjdzie na swoje. Jeśli będziecie płacić na końcu podróży - zwykle nie będzie miał wydać reszty, albo weźmie najlżejszą waszą torbę i odprowadzi was do hotelu (nie za darmo oczywiście).

 

W taksówce licznik służy zwykle za rekwizyt. Po dojeździe do Starego Miasta okazuje się, że droga jest rozkopana i taxi-łaskawca nie podjedzie pod sam hotel. Wreszcie bierze jeden lekki plecak w łapę i prowadzi nas do miłego coraz bardziej naszym sercom łóżka. Pokazujemy rezerwacje. Taksówkarz za przeniesienie plecaczka kasuje 5 lari (nie mam siły się z nim kłócić), przy okazji za wskazanie nam noclegu żąda pieniędzy od właścicielki hotelu, ale ta go po prostu przegania.

 

My witamy się i wskakujemy do łóżka.

 

Śpimy niewiele. Wszystkiego raptem 3 – 4 godziny. Jemy śniadanie, trochę rozmawiamy z właścicielką i ruszamy na pierwszy rekonesans. 

 

Czacza (powiększenie)

Takie ogłoszenie przywitało nas w pokoju hotelowym, fot. autor

 

Mieszkamy w świetnym miejscu. Na Starym Mieście, w pobliżu wszystkich najważniejszych dla miasta miejsc (będę je opisywał po kolei podczas zwiedzania). Podchodzimy pod Most Pokoju malowniczo zwany przez miejscowych "podpaską", następnie dochodzimy do najważniejszej arterii miasta – Alei Rustawelego. Tam sprawdzamy jak miejscowe bankomaty reagują na nasze karty (okazuje się, że robią to całkiem sprawnie i z wypłatą pieniędzy nie ma problemów). Także na Rustawelego wchodzimy do Informacji Turystycznej. I tutaj widać ile jeszcze w turystyce Gruzini mają do zrobienia. Dostajemy wprawdzie ksero mapy miasta, ale literki są takiej wielkości, że bez szkła powiększającego się nie obejdzie. Pani udziela nam złych informacji o stacji metra, na której musimy wysiąść chcąc dostać się na marszrutkę do Kachetii (zweryfikowaliśmy to na szczęście u naszych gospodarzy). W punkcie jest mały, a właściwie żaden, wybór bezpłatnych broszur o mieście. Spod lady dostaliśmy mapę Signagi i Kachetii (to chyba tylko dlatego, że prowadziliśmy rozmowę z uśmiechami na ustach).

 

Co do języka, jak ktoś z Was ma zdolności w tym kierunku może pouczyć się gruzińskiego. Uprzedzamy jednak, że język jest trudny i ma skomplikowane liternictwo (w niczym nie przypomina języków łacińskich i cyrylicy). Można porozumiewać się po angielsku (problemów nie mają z nim policjanci i inni, którzy pracują w miejscach obsługujących ruch turystyczny, a przede wszystkim młodzi ludzie) i po rosyjsku (jeżeli ktoś uczył się go i nie zapomniał go ze szkoły).   

 

Niestety, Tbilisi przywitało nas deszczem. Nie jest to jakiś przelotny kapuśniaczek, tylko porządny opad. Kryjemy się w restauracyjce. Zamawiamy chinkali, piwo i wino. Beatka nie może się nachwalić wina, ja nie mam uwag do smaku piwa (to się nazywa kooperacja!!!). Chinkali (rodzaj pierogów z mięsem) – bardzo dobre. Trzeba uważać podczas jedzenia. Pieroga trzeba nadgryźć, wypić z niego bulion, a potem zjeść ciasto z mięsnym farszem. Za te przyjemności płacimy 25 lari (około 50 złotych). 

 

Chinkali (powiększenie)

Panie, panowie! Oto chinkali, fot. autor

 

Tbilisi ogląda nasz "taniec w deszczu". Szybko wracamy do hotelu. Trochę odpoczywamy i idziemy do łaźni. Wybieramy opcję – łaźnia publiczna. Kobiety za godzinne wejście płacą 2 lari, mężczyźni – 3 (w zamian mają basen z wodą siarkową, czego nie mają przedstawicielki płci przeciwnej, dysponując tylko, jak to określiła Beatka rurą z ciepłą siarkową wodą nad głową). Masaż (klasyczny lub peeling) na życzenie, kosztuje 10 lari. Można zamówić sobie "łaźnię we dwoje" to znaczy prysznice i basen (za masaże trzeba dodatkowo zapłacić) – za jedyne 50 lari. Na razie nie korzystamy z tej opcji. Może później...

 

Mateusz Gralewski w książce "Kaukaz. Wspomnienia z dwunastoletniej niewoli" tak opisywał swój pobyt w tbiliskich łaźniach w połowie XIX wieku: "Słysząc od dawna cudowne bajki o łaźniach tyfliskich, właśnie od nich począłem odwiedziny miasta. Łaźnie te zbudowane na źródłach siarczanych, utrzymywane są w największej czystości i z największemi wygodami. Łaźnie konstantynopolskie zapewne jedne mogą dobijać się z tutejszemi o pierwszeństwo, a podobno i bejruckie. Czego kto pragnie, zechce, a stąpnie nogą, zaraz wszystko leci ku niemu, a nic bez etykiety wschodniej. Najprostsza rzecz, najprozaiczniejsza nabiera u łaziebników gruzińskich wschodniego uroku, poezji, ubarwień i ułud. Myjący się i posługujący, według niezłamanego niczem zwyczaju, okryte mają biodra. Muzyka gra na korytarzach, wewnątrz zaś na łaziebnicy nucą w przestankach odbijające się echem o sklepienia, piosnki, i przyklaskują dłońmi. Gdym wyszedł ze źródła gorącego i siadłem na szerokiej, położonej na kamiennej posadzce, desce, zbliżył się do mnie krzepki młody mężczyzna i zapytaniem czym gotów do omywania. Na znak gotowości mojej, podszedł zaraz z naczyniem pełnem rozpuszczonego mydła i dmąc je rurkami, tworzył nademną kłęby chmur mydlanych, które tęczami błyszcząc powolnie spadały na mnie. Powaga owego mężczyzny przy tej czynności bawiła niezmiernie, ale istotnie strachem i serdecznym śmiechem mnie przejął, gdy skoczył na mnie już leżącego i zamiast rękoma, nogami wycierał ciało moje. Czułem jak każdą kostkę przebierał we mnie, jak każden muskuł wymacywał. Ileż on wtedy wywinął kozłów, nie przyczyniając mi najmniejszego bólu, lecz przeciwnie, sprawiając poczucie odświeżania się całego ciała!..". Tyle cytat.

 

Łaźnie (powiększenie)

Wejście do jednej z tbiliskich łaźni, fot. autor

 

Wprawdzie dzisiaj nie ma w łaźniach aż tak usługującej służby i przebywa się w nich nago, to jednak masaże robione są ze starannością i uwagą (masujący panowie ubrani są w krótkie spodenki i tym różnią się od zażywająch kąpieli). Wspaniale posiedzieć w siarkowej wodzie, a potem wziąć sobie masaż. Człowiek wychodzi odnowiony z chęcią do życia... Dobrze, że mam tak blisko do łaźni. Jeszcze tutaj zajrzę...

 

To były wrażenia z męskiej łaźni. Ja - Beata - dodam kilka słów o damskiej. Za wstęp zapłaciłam 2 lari (ok. 4 złote). Rewelacji nie spodziewałam się, jednak nie pójdę tam po raz kolejny, choć mieszkamy od nich kilka kroków. Ale po kolei. Wchodzę. Damską łaźnię obsługują panie nie mówiące po angielsku. Trudno... jakoś dajemy radę łamanym rosyjskim (nie znam tego języka) połączonym z ruchami mima. Jedna z kobiet pokazuje mi szafkę - brudną, oskrobaną, bez kluczyka. Rozbieram się i stojąc w stroju Ewy próbuję gestami pokazać, że jednak chciałabym szafkę zamknąć. Jedna z kobiet z mocno obrażoną miną przynosi sfatygowaną kłódkę. Zamyka, ale klucza nie dostaję... No dobra, majątku ze sobą nie wzięłam. Macham ręką i wchodzę goła do dość obskurnego pomieszczenia. Górą lecą rurki, a z nich wystaje coś na kształt kurka. Odkręcam i czuję na sobie ciepłą wodę o zapachu siarki. Myśląc, że właśnie wzięłam prysznic, zakręcam kurek i szukam pomieszczenia, do którego powinnam przejść dalej, by zażyć przyjemności łaźni. I tu niespodzianka! To koniec! Drugim pomieszczeniem jest toaleta... bez drzwi. Ale ta nazwa dla tego przybytku jest mocno na wyrost! To dziura w posadzce i miejsce na dwie nogi, gdzie w tzw. "pozycji na Małysza" można załatwić potrzebę fizjologiczną. Innych pomieszczeń brak. To koniec łaźni dla kobiet! Poza rurą z wodą nie ma tu dla nich innych ofert. No może jeszcze masaż - 10 lari za 2-3 minuty głaskania (bo trudno to nazwać masowaniem) szorstką rękawiczką po skórze. Pani masażystka kasuje ode mnie 10 lari i proponuje kolejny masaż za kolejne 10 lari. Odmawiam, pani namawia. Odmawiam po raz kolejny, pani znowu namawia, wreszcie wychodzi z obrażoną miną. Wystarczy mi to co było i zaoszczędzę sobie kolejnych wizyt w tbiliskich łaźniach!

 

No to rekonesans mamy za sobą. Od jutra zaczynamy regularne zwiedzanie...

 

gekon2010

Przejdź do części 2

 

Dodano: 01.09.2012 20:05
Ostatnia aktualizacja: 22.11.2017
Miejsce: Gruzja » Tbilisi

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Wyszukaj hotel

Booking.com

Wyszukaj lot

Kursy walut

EUR
4.21
USD
3.54
CHF
3.61
GBP
4.72
Średnie kursy, 25-11-2017
Żródło: NBP

HOTELE

Booking.com

Wyszukaj kemping

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.