Robert Moskwa
Marzy mi się karate w Kraju Kwitnącej Wiśni
Aktor, zapalony karateka (trzecie miejsce w mistrzostwach Europy w karate fudokan), romantyk, który nocą obserwuje gwiazdy, a w dzień uprawia magnolie i róże w ogródku. Tyle wyczytałam o Panu w kolorowych pismach. Ale nigdzie nie znalazłam nic o tym, jak spędza Pan urlopy?
Może dlatego, że nie mam na ten temat wiele do powiedzenia. Wakacji zazwyczaj nie planuję. Wyskakują nagle z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Zazwyczaj określam tylko kierunek, np. na południe. Albo wyskakuję do Włoch z nadzieją, że coś się będzie działo. Raz może w życiu, w Australii, miałem taki zaplanowany miesięczny urlop. A tak to sobie nie przypominam, bym jakąś wycieczkę kiedyś w biurze podróży wykupił.
Czyli staje Pan rano i mówi, a… jutro skoczę do Włoch?

Robert Moskwa
© www.urloplany.pl
No prawie tak, albo mam 5 dni wolnego i pytam córkę ma do roboty. Jeśli nic to jedziemy sobie gdzieś na narty… Ale nigdy nie jest tak, że kilka miesięcy wcześniej wiem, gdzie jadę, żyję tym wszystkim, przygotowuje się. Nie, nie mam duszy globtrotera…
A jak już Pan jedzie, to jest to raczej urlop typu plecak, górka i namiot, czy luksusowy ośrodek z plażą i basenem?
Brr, nie cierpię leżeć kołkiem na plaży. Jak już muszę to dzień, dwa, a potem umieram. To jest dla mnie wyniszczające psychicznie. Ja muszę coś robić. Nie wyobrażam sobie zorganizowanej wycieczki do Tunezji, gdzie tylko się leży, bo nic innego robić nie można.
A to coś co musi Pan robić to bardziej zwiedzanie zabytków, czy symbioza z przyrodą?
Nie strzelam jak Japończyk aparatem fotograficznym na prawo i lewo. Nie uważam też, że tym lepszy urlop, im więcej fotek strzelę. Lubię być czynny – jeśli jadę w góry to muszę zdobyć jakąś górkę, potem wyczaić inne miejsce i znaleźć stadninę koni, by trochę pojeździć. Dobija mnie jak się nic nie dzieje. Dlatego dla mnie najlepszymi urlopikami są takie jak ten ostatni w Sopocie, gdzie byłem zaproszony na finał pucharu Polski piłki plażowej. Brałem udział w meczach pokazowych. A potem szedłem nad morze. To właśnie takie są dla mnie wymarzone wakacje.
To żaden urlop nie zapadł Panu dotąd głęboko w pamięć?
Tak źle nie jest. Pamiętam Australię. Trudno by to nie było najpiękniejsze wspomnienie. Cairns, tuż obok Wielkiej Rafy Koralowej, to mekka turystyczna Australii. Wspaniałe miejsce, klimat zwrotnikowy, deszczowe lasy, płaszczki, które przy brzegu spod nóg odlatywały, jakieś przeraźliwie ogromne ryby, których obecność zaprezentowano nam dopiero na zakończenie wycieczki na rafę. O właśnie, to opowiem. Na rafę popłynęliśmy statkiem, wszyscy już się wykąpali, ponurkowali, pooglądali rybki, pływające na wyciągnięcie ręki. Zjedliśmy taki późny obiad, a na koniec zaproszono nas na rufę statku, by pokazać coś ciekawego i … wyrzucono za burtę wszystko czego ludzie nie zjedli. A tam aż się zagotowało! Ja w życiu nie widziałem czegoś takiego! To jakby nagle zawrzała woda i zaczęła kipieć… pod nią kotłowały się jakieś olbrzymie potwory. Pomyślałem sobie „Matko Boska, to ja 15 dalej pływałem nie wiedząc co mnie może czekać?”. Ci Australijczycy wiedzieli, co czynili pokazując nam to wszystko na sam koniec, przecież inaczej nikt by do tej wody nie wlazł.
No to jednak skorzystał Pan ze zorganizowanej wycieczki?
Miałem świadomość, że jestem w Australii prawie rok – pojechałem tam do pracy - i nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś tu przyjadę, więc jakiś akcent na koniec tej pracy musi być. To był jedyny taki przypadek, gdzie poszedłem do agencji turystycznej, poprosiłem o oferty i wykupiłem wycieczkę ze wszystkimi jej atrakcjami, m.in. wyjazdem do miejsca Aborygenów, jazdą koleją w górach prawie pod wodospadami. A… skłamałbym. Były jeszcze dwutygodniowe wakacje na Kubie. Piękny okres … Chętnie bym tam wrócił, a czasu jest już niewiele. Uważam, że jak umrze Fidel Castro to już nie będzie to ta sama Kuba, niestety. W bardzo szybkim tempie stanie się tym, czym była wcześniej, czy 51. stanem Stanów Zjednoczonych ze wszystkimi przykrymi tego konsekwencjami. Teraz jest to taki skansen, ale niezwykle urokliwy.
A co było na tej Kubie tak urokliwego?
Muzyka, która wisiała w powietrzu i wychodziła zza każdego winkla. Hawana z takimi żywymi , bardzo intensywnymi kolorami, nasyconymi słońcem. Nie zauważyłem tam żadnego koloru, który nie mógłby być określony lub który jest brudny. To niesamowite, idzie się ulicą i nagle jest się „atakowanym” przez mieszkańca, który z połamaną gitarą bez jednej struny zaczyna grać. Daje nam komendę, że ktoś ma uderzać, ktoś inny bębnić , a on wszystkim dyryguje. I nagle robi się z tego całe uliczne jam session. Oczywiście, on liczy na to, że dostaje pół dolara, ale proszę bardzo, bo robi to w sposób tak spontaniczny i tak szczery, że człowiek nie ma oporów. Albo siedzi sobie na schodach Kubanka, ale taka typowa jak z serialu „Korzenie”. Czarna jak smoła, w ludowym ubraniu, z takim turbanem białym na głowie i z… półmetrowym cygarem w zębach, które się tli. Siedzi sobie na schodkach w totalnym bezruchu. Jak ja to zobaczyłem, powiedziałem sobie, że muszę zrobić fotkę. Gdy Kubanka tylko usłyszała pstryk, doskoczyła do mnie po kasę. Ale takie zaskoczenia kompletnie mnie nie irytują. Natomiast jak słyszę u nas na parkingu „Po.. popilnujemy autka” to mnie jasny szlag trafia. A tam to jakoś było tak, że człowiek z uśmiechem tego dolara dawał.
Z gorącej wyspy wracamy do kraju. Ulubione miejsce w Polsce?
Uwielbiam zamki. Niezwykłym sentymentem darzę zamek Chojnik na górze Chojnik, niedaleko miejscowości Sobieszów. Teraz to już jest dzielnica Jeleniej Góry i enklawa Karkonoskiego Parku Narodowego. Pewnie dlatego tak lubię to miejsce, że babcia tam mieszkała. Jeździłem do niej na wakacje i spędzałem długie miesiące. Zresztą generalnie lubię góry. Schronisko Samotnia, też ten sam rejon, po drodze na Śnieżkę. Piękne, urokliwe, zupełnie nieprawdopodobne i romantyczne miejsce. Uważam, że jedno z najpiękniejszych w Polsce. Poza tym dla mnie romantycznym - choć dla wielu porażający chłodem miejscem - jest Malbork. Kocham zamki i mógłbym się po nich włóczyć bez wytchnienia.
Załóżmy, że ma Pan nieograniczoną ilość gotówki i czasu. Może Pan jechać gdzie chce i na ile chce. Co by Pan wybrał?
Japonię. Chciałbym objechać 2-3 szkoły tamtejszych mistrzów karate. Nawet nie dlatego, że jest tam uprawiany taki rodzaj karate, którego chciałbym się nauczyć, bo mam wrażenie jakby Japończycy się zatrzymali w rozwoju w tej dziedzinie. To nie jest przypadek, że na mistrzostwach rangi światowej oni dostają generalnie łomot. Są bardzo tradycyjni w tym swoim karate, nie idą z rozwojem, nie przyjmują do wiadomości osiągnięć medycyny sportowej. Ale należy im się szacunek, że to wszystko powstało tam, że to tam ten duch pierwotny się unosi. Bardzo mnie intryguje ta kultura. Przedziwna, nieakceptowalna przeze mnie w wielu punktach, ale niezwykle konsekwentna, a to takie rzadkie w dzisiejszych czasach.
Jakie punkty w japońskiej kulturze są dla Pana nieakceptowalne?
Na przykład to ich pojęcie honoru, że w razie niepowodzeń muszą popełnić seppuku. Dla mnie to jest irracjonalne. Ja rozumiem, że można umrzeć za cesarza, ale dlaczego umierać w sposób tak bezsensownie głupi. Jednak bardzo chciałbym rozsunąć ażurowe drzwiczki dōdziō, zajrzeć do środka, a potem ćwiczyć między Japończykami pomiędzy drzewami kwitnących wiśni.
| Robert Moskwa (ur. 13 listopada 1965 roku we Wrocławiu) |
| Aktor, współzałożyciel i dyrektor wrocławskiego Teatru K2. Grał w takich filmach jak "Kroll", "Życie jak poker", "Manfred Tryb", serialach "M jak Miłość" i "Tylko miłość". Studia aktorskie ukończył w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej we Wrocławiu. Wcześniej przez 3 lata studiował polonistykę na Uniwersytecie Szczecińskim. Od 17 roku życia trenuje karate, ma czarny pas Federacji Karate Shotokan oraz Fudokan. Jest brązowym medalistą mistrzostw Europy w tym sporcie. |














Opcja tylko dla zalogowanych
Wybrana opcja dostępna jest wyłącznie dla zalogowanych użytkowników. Zarejestruj się już teraz, szybko, łatwo i za darmo!