Robert Makłowicz
Nie ruszę serca węża
Luwak - tropikalny lisek - zjada dojrzałe owoce kawy, trawi soczystą skórkę, resztę wydala. Te odchody myje się, praży w wysokiej temperaturze i... uważa za rarytas. Kilogram tej pseudokawy kosztuje 660 dolarów. Zna pan większe świństwo?
Zdarzają się. W Kalifornii robi się sok z dżdżownic.
Pił pan to?
Nie, jeszcze nie zwariowałem! Ale kulinarne świństwa można podzielić na dwie kategorie. Pierwsze - to świństwa, które powstają z nudów. Amerykanin próbował już wszystkiego i wszystko widział, więc wrzuca do sokowirówki dżdżownice. To klasyczny przykład zblazowania, podobny do tego, jaki miał miejsce u schyłku Imperium Rzymskiego. Ludzie zaczęli jeść ziemię, bo znudzili się skowronimi języczkami, które spożywali na ucztach.
A druga kategoria świństw?
Potrawa, która w nas budzi wstręt, dla człowieka wychowanego w innej kulturze jest przysmakiem. I na odwrót. Nas dziwi jadło, jakie spożywa inna nacja, a oni są zdziwieni tym co jadamy my. Podam przykład: wielkim przysmakiem Aborygenów są pieczone czerwie, takie białe larwy, które pieką nad ogniskiem. Nam już na sam ich widok robi się słabo. A dla nich pewnie świństwem byłby nasz kilkakrotnie odgrzewany bigos.
No dobrze, czego więc by nie zjadł Chińczyk?
Chińczyk to zje wszystko i strawi wszystko. Z tego co pływa pochłonie każdą rzecz, z wyjątkiem łodzi podwodnej, z tego co lata nie ruszy tylko samolotu. Dla Chińczyka nie ma barier.
A taki mieszkaniec dorzecza Amazonki?
Wrócę do bigosu. Trudno powiedzieć jakie wrażenie estetyczne wywarłoby na Indianinie to nasze narodowe danie. Jedno jest pewne. Taki bigos mógłby go po prostu zabić! Tam ludzie odżywiają się w sposób bardziej naturalny.
Dużo pan podróżuje. Nie zawsze wypada odmówić, gdy na stół wjeżdża półmisek z pancernikiem w sosie?
Pancernik jest kompletną pomyłką kulinarną. Jest twardy i włóknisty. Lekko wzdrygnąłem się natomiast na widok szarańczy, ale ona wcale nie była obrzydliwa. Otoczona w lukrze, smakowała jak słodkie chipsy. Wielkie południowoamerykańskie mrówki potrafią zrobić wrażenie na talerzu, ale też nie są obrzydliwe. Są po prostu kwaśne.
Mam nadzieję, że nie były żywe?
Były! Ale nie biegały, bo je zębami przygniotłem. Żartuję... Indianie się zlitowali nade mną i dali mi pieczone na blasze.
Jeśli już jesteśmy przy Indianach, to wiem, że zajadają się świnkami morskim...
To typowy przysmak Indian i podstawowe źródło białka zwierzęcego. Pieczone świnki morskie można dostać na każdym rogu, mnożą się jak króliki. Miałem przyjemność jeść je na weselu andyjskim. Smakują jak połączenie królika z kurą. Niestety, podawane są wraz z pazurkami. Brr!
Jest coś czego pan nie tknie?
Pewnie, nie jestem wszystkożerny. Nie ruszę na przykład serca węża. Budzi we mnie przerażenie. Podaje się je na surowo, a na talerzu niemal jeszcze bije. W Ameryce Południowej takie świeże, chwilę wcześniej wyrwane z piersi węża serce, jest objawem wielkiej przyjaźni. Nie tknę też mózgu małpy, wyjadanego łyżeczką wprost z czaszki.
Chińczycy zachwycają się drinkiem w składzie: krew węża, żółć węża i spirytus.
A my zachwycamy się czerniną i pałaszujemy kaszankę. Widzi pani analogię. Tu krew i tam krew. Kwestia czy jest to dziwactwo, czy nie, zależy wyłącznie od usytuowania kulturowego. Dla wielu mieszkańców Europy picie zsiadłego mleka jest obrzydliwe. Uważają takie mleko za produkt zepsuty. Podobnie jak kiszonki. Przecież to proces fermentacji.
Ale przy alkoholu jakoś ta fermentacja im nie przeszkadza?
No nie. Bo tam pleśni nie ma.
A wyciąg z liany pan pił?
A skąd pani wie? To nic chlubnego. Byłem kiedyś u szamana i poczęstował mnie wyciągiem z liany, czyli ayahuascą. To halucynogenny narkotyk, którym odurzają się Indianie nad Amazonką, więc słabo pamiętam jak było.
Przenieśmy się do Korei. Dla tamtejszych ludzi biegający po ulicy pies to potencjalna potrawka.
Tu mam mieszane uczucia. Wprawdzie nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbym próbować potrawki z psa, ale też pewnie nie umiałbym wyjaśnić Koreańczykowi dlaczego jem świnię. Jest inteligentniejsza od psa. I choć jestem mięsożerny, bardzo szanuję ludzi, którzy nie jedzą mięsa w ogóle. Przed Wigilią co roku odbywa się masowe morderstwo, w którym wszyscy uczestniczymy. Jemy pewnie co roku kilkaset ton karpi.
Są już tacy, którzy zamiast karpia wybierają na Wigilię owoce morza. Też są postne...
Popieram, pod warunkiem, że homar nie zamieni się w barani udziec, a sałatka z małż nie będzie zawierać elementów kurczaka. Dla mnie Wigilia to tradycja i gdyby nawet wszyscy biskupi świata mówili, że mam jeść szynkę, to ja tego nie zrobię. Wybieram potrawy z moich stron ojczystych. Homar do nich nie należy. Jeśli myślę o odejściu od karpi, to na rzecz innych ryb, jak jadano kiedyś. Dopiero PRL wprowadził monokulturę karpia, bo trudno było o inną rybę.
Salvadore Dali, znany smakosz, twierdził, że można nie jeść w ogóle, ale nie można jeść byle jak. Zgadza się pan z tym?
Salvadore Dali nie jest najlepszym przykładem. Bił go na głowę pod tym względem kompozytor Rossini. On potrafił doprowadzić się nawet do stanu śmierci głodowej, bo jeśli nie znalazł czegoś godnego swojego podniebienia, to w ogóle nie jadł. A był bardzo wyrafinowanym smakoszem. Wynalazł na przykład tournedos a'la Rossini, które znajdzie pani w każdej książce kucharskiej. To kawałek polędwicy z truflami i wątróbką gęsią. Salvadore Dali rzeczywiście lubił jeść, ale podejrzewam, że jakby był głodny, to zjadłby byle co.
To byle co to były żywe jeżowce, które ponoć uwielbiał?
Jeżowce to żadna ekstrawagancja. Jada się je jak ostrygi, choć są trochę od nich gorsze. Jeżowca obiera się z kolców, wydobywa część jadalną i kropi cytryną i już. Jadłem je wielokrotnie.
Casanova, uważany za kochanka wszech czasów, każdy podbój miłosny zaczynał od wykwintnej kolacji. Co pan by na nią podał?
Casanova tego nie wymyślił. Od wieków rozkosze podniebienia łączą się z rozkoszami ciała. Co bym podał? Nie ma prostej recepty, zależy od kobiety i od miejsca.
Myślałam, że będzie o afrodyzjakach?
Może być, ale na różnych ludzi działają różne rzeczy. W naszej kulturze najlepszymi afrodyzjakami są owoce morza. Ale gdyby rzeczywiście tak było, to Niemcy by się w ogóle nie rozmnażali. Z tego wynika, że kapusta, golonka i piwo też muszą być świetnymi afrodyzjakami. Azjaci na przykład wierzą w wielką moc surowych jajek.
Ale nie tych kilkusetletnich?
To bajki. Te słynne chińskie jajka spoczywają tylko około miesiąca w wapnie, o ile dobrze sobie przypominam. Mają specyficzny smak, trochę śmierdzą siarkowodorem, a żółtko zmienia konsystencję na lekko galaretowatą. Uwielbiam je, choć znam takich, którzy na ich widok mają odruch wymiotny. Idealnie pasuje do nich (i tylko do nich) chińska wódka, która ma zapach karbolu pomieszanego z płynem do mycia szyb. Potem śmierdzi się tydzień.
Żyje się po to, żeby jeść, czy je się po to, żeby żyć?
Ja zdecydowanie żyję po to, żeby jeść.
| Robert Makłowicz (ur. 23 sierpnia 1963 r. w Krakowie) |
| Pisarz , autor popularnych książek „CK kuchnia” i „Zjeść Kraków”, twórca programu telewizyjnego „Podróże kulinarne”, gawędziarz, znawca kuchni całego świata. Żona Agnieszka jest producentką telewizyjną. Synowie to Mikołaj Tytus i Ferdynand Franciszek. Przez 9 lat studiował historię na Uniwersytecie Jagiellońskim, na koncie ma też 3 lata studiów prawniczych. Karierę smakosza rozpoczął pisząc teksty kulinarne do „Gazety Wyborczej”. Pochodzi z rodziny polskich Ormian, jest wiernym Kościoła Katolickiego, obrządku ormiańskiego. |















Opcja tylko dla zalogowanych
Wybrana opcja dostępna jest wyłącznie dla zalogowanych użytkowników. Zarejestruj się już teraz, szybko, łatwo i za darmo!