Beata Pawlikowska
Zupa z małpy ma smak... człowieka
Arkady Fiedler, przygotowując się do podróży w amazońską dżunglę spacerował z torbą wypełnioną cegłami. Tak trenował mięśnie. A pani?Cegieł nie noszę, ale prowadzę aktywny tryb życia. Ćwiczę, jeżdżę dużo na rowerze. Ludziom wydaje się, że trzeba mieć żelazną kondycję, by przedzierać się przez dżunglę. To nie tylko o to chodzi. Gdy przychodzi moment krańcowego zmęczenia, trzeba siły poszukać w sobie. Każdy człowiek nosi w sobie nieograniczone pokłady siły, ale będąc w mieście nie ma potrzeby, by z niej korzystać. Ja się nauczyłam.
Pani dom będzie stał na palach, będzie kryty liśćmi bananowca, a wewnątrz zamiast łóżka wisiał będzie hamak z moskitierą. Zgadłam?
Mówi pani o kawałku ziemi, który kupiłam nad dopływem Amazonki?
Tak, o sporym kawałku. To 40 hektarów między Kolumbią a Brazylią...
Nie postawię na nim domu, choć gdy kupowałam tę ziemię planowałam budowę. Potem stwierdziłam, że tam już jest dom! Należy do ptaków, jaszczurek, węży, skorpionów, pająków, więc nie będę im przeszkadzać. Ludzie już tyle drzew wycięli w dżungli, by postawić betonowe domy i zrobić asfaltowe drogi, że mój kawałek dżungli pozostanie dziewiczy.

Beata Pawlikowska
©www.urloplany.pl
No to po co pani ten kawałek dżungli?
Bo jest mój! A to znaczy, że nikt nie wytnie tam drzewa i nie zbuduje betonowego domu. Graniczy z rezerwatem, którego właściciel jest moim przyjacielem, więc mam pewność, że mój kawałek jest bezpieczny, nawet gdy jestem w Polsce.
A już myślałam, że chce pani przenieść się do dżungli na stałe!
Bo chcę, ale to nie znaczy, że postawię tam dom. Wiele razy miałam ochotę pozostać w którymś z tych pięknych miejsc i pewnie tak kiedyś się stanie. Nie znam wspanialszego miejsca na świecie niż Amazonia.
Co panią ciągnie w ten niebezpieczny świat, gdzie w każdej chwili coś nas chce pożreć lub przynajmniej wyssać krew?
A nasz świat jest bezpieczny? Cały czas towarzyszy nam stres, ciągle się śpieszymy, zawsze musimy gdzieś być, naszym życiem rządzi zegarek. A jeśli już wszystko załatwimy, to siadamy przed telewizorem i słyszymy, że wybuchła bomba, że znowu ktoś zginął. Przestajemy mieć zaufanie do tego świata. Indianie mają zaufanie do dżungli, bo wiedzą czego się po niej spodziewać, znają zagrożenia i są w stanie im przeciwdziałać. W miejscu gdzie nie ma polityki, pieniędzy, urzędów, zegarków czuje się wolność.
Dżungla to była pani miłość od pierwszego wejrzenia?
Tak. Po raz pierwszy pojechałam tam na początku lat 90. Teraz spędzam kilka miesięcy w roku. Prowadzę też wyprawy do dżungli dla początkujących, które organizuję wspólnie z Fundacją Marka Kamińskiego. Ze stolicy Kolumbii – Bogoty - lecimy małym samolotem do miasteczka nad Amazonką, przesiadamy się do łodzi i płyniemy 6 godzin w głąb dżungli. Mamy tam drewniane schronisko, kryte liśćmi palmowymi. Wiszą hamaki, jest kucharka, która przygotowuje posiłki. Najczęściej serwuje największą słodkowodną rybę świata – pirarucu. Ma 4 metry długości i waży 250 kilogramów, a plaster z niej jest większy do największego sznycla. Stamtąd robimy wypady do dżungli, gdzie spędzamy też kilka nocy w leśnym obozowisku.
Wszyscy wracają żywi?
Wszyscy, ale czasem jest bardzo trudno i zdarzają się ataki histerii. Proszę sobie wyobrazić: noc czarna jak smoła, chrobotanie, piski, jakieś skrzydło dotyka nagle twarzy... Jedna z uczestniczek wyprawy pewnego wieczoru z przerażeniem znalazła na swoim hamaku drzemiącego skorpiona. Udało mi się ją uspokoić, umościła się w hamaku, ale przed snem jeszcze włączyła latarkę. Światło zwabiło do jej moskitiery miliony owadów. Nie wytrzymała nerwowo. Bywa różnie...
Ile kosztuje taki mrożący krew w żyłach wypad?
Dwutygodniowa wyprawa do dżungli kosztuje 3200 dolarów.
Tak ostrożnie powiedziała pani o amazońskim menu. A ja czytałam co pani jada: mrówki pieczone albo surowe, białe i tłuste larwy, zupę z małpy, ogon iguany, jaja żółwia, pieczonego kajmana, piranie, węża boa, papugę i jajecznicę z jąder byka.... Je to pani bez wstrętu?
Gdy w dżungli przez kilka dni nie ma nic do jedzenia, a tu Indianie wracają z naczyniem pełnych pieczonych mrówek, to nie ma wspanialszej potrawy. Kiedyś zawahałam się, gdy zaprosili mnie na zupę z małpy i dla zachęty powiedzieli, że smakuje jak...człowiek. Prawda jest taka, że w dżungli można zjeść tylko to, co uda się upolować. Obiad zawsze jest żywy i zawsze ucieka. Uważam, że Indianie robią mniejsze zło niż my, hodując tysiące kurczaków tylko po to, by je zabić. One nie mają ani sekundy życia na wolności. Małpa, jeśli potrafi, ma szansę uciec. Jeśli nie zdąży, to znaczy, że Indianin był szybszy. Ale gdyby to był jaguar, który jest szybszy od Indianina, to zginąłby Indianin. To uczciwe prawo dżungli.
Ciepły jeszcze mózg świeżo zabitej małpy to ponoć rarytas?
To wie tylko myśliwy, który ją upolował, bo tylko on ma przywilej i prawo zjedzenia jej mózgu. Nie chodzi tu jednak tylko o walory smakowe. Indianie wierzą, że z mózgu przechodzą na nich szybkość, zwinność i spryt tego zwierzaka.
Posiadła pani tajemną wiedzę Indian. Otworzyli się przed panią, bo odkryli u pani moc szamana.
Zostać bratnią duszą Indian nie jest trudno. Wystarczy być dobrym człowiekiem. Kiedyś trafiłam do wioski na granicy Peru i Ekwadoru, gdzie był chory Indianin. Szaman przygotowywał się do odbycia podróży w taki świat, który normalnym ludziom nie jest dostępny. Do takiej podróży potrzebny jest mu środek magiczny.
Na przykład ayahuasca - wywar z liany o silnych właściwościach narkotycznych?
Owszem, albo yopo, magiczny proszek o właściwościach halucynogennych lub też sproszkowane liście koki. Te środki sprawiają, że można widzieć to, co zwykle jest niewidzialne.
Czyli prawdziwy szaman bez narkotyków jest niewiele wart?
Tych magicznych środków nie zażywa się dla rozrywki. Dzięki nim szaman przenosi się do innych światów. Może to być świat przodków, od których czerpie wiedzę, albo świat roślin, które mu mówią czego ma szukać w dżungli, jak sporządzić i podawać choremu lek. Do świata normalnego wraca już z gotową receptą. Oprócz lekarstwa może w innym świecie znaleźć odpowiedź na wiele pytań, np. gdzie ktoś zaginął. Łatwo go sprawdzić. Gdyby założyć, że to tylko narkotyki, to jak wyjaśni pani fakt, że pod wpływem tych wizji szaman znajduje odpowiedź, jakie lekarstwo potrzebne jest choremu, który akurat umiera?
Nie umiem tego wyjaśnić, ale wiem, że w USA naukowcy badają szamanów z Borneo, Nowej Gwinei, Australii i właśnie Amazonii. Chcą wiedzieć jak to możliwe, że potrafią oni przeniknąć do ludzkiego umysłu. Pani nie są pewnie potrzebne badania, by wiedzieć czy potrafią?
Wiem, że to jest możliwe i myślę, że naukowcy nie znajdą sposobu, by to zbadać.
Jak to się stało, że drobnej blondynce z Polski Indianie przypisali szamańską moc?
Uznali, że jestem szamanem z dalekiego kraju, który stosuje inne metody, więc mogę pomóc im w wyleczeniu chorego Indianina. Fotografowałam drzewo, które ponoć potem rozpadło się na dwie części. Uznali to za czynność szamańską, bo prawdziwy szaman, by sprawdzić czy posiada moc, strzela takimi specjalnymi strzałkami, które są dla zwykłych ludzi niewidoczne. Nazywają je tsentsakami. Jeśli tsentsak rozbije drzewo na dwie części to znaczy, że moc jest aktywna i silna. Szaman z tamtej wioski wziął mnie potem na rozmowę i opowiedział jak leczą ludzi.
Więc jak to robią?
To zależy od plemienia. W tej wiosce pomocnikami szamana są właśnie tsentsaki. Mogą przybierać różne formy. Jeśli komuś chcemy zaszkodzić, tsentsak zamienia się w np. w anakondę. Nie każdy może zostać szamanem, bo do tego trzeba mieć coś w rodzaju powołania, a potem przez wiele lat przygotowywać się do tej roli, uczyć się i pościć. Szamanowi pomaga świat, do którego my nie mamy dostępu, rzeczywistość, która jest równoległa do naszej, ale której nie widać.
Wykorzystała pani swą szamańską moc przy leczeniu tego Indianina. Przeżył?
Przeżył. Gdy Indianie powiedzieli mi, że mam go leczyć, myślałam, że chcą skorzystać z mojej torby z lekami. A im nie o to chodziło. Szaman od początku częstował mnie wywarem z liany, dawał mi też do picia sok z tytoniu, który jest pożywką dla tsentsaków. Odbyłam więc podróż do innego świata, do innej rzeczywistości.
Jak było?
Widziałam rośliny, które do mnie mówiły. Szaman pewnie mógłby z nimi prowadzić rozmowę, ja tylko je słyszałam, ale ich nie rozumiałam. To wszystko było bardzo realne. Widziałam jak upływa czas. Wyglądał jak drgający strumień powietrza, który przesuwał się pode mną. Od roślin dostałam kawałek drewna, pachnącego konwaliami. Indianom na jego widok zaświeciły się oczy, bo to było lekarstwo, którego potrzebowali.
Kim jest szaman dla Indian?
Jest tym samym kim dla nas ksiądz, lekarz, psychiatra, jasnowidz w jednym.
A pani doświadczyła na sobie kiedyś ich mocy?
Kilka razy. Nie biorę ze sobą wiele leków, bo nie ma tam warunków do ich przechowywania. Gdy jestem w dżungli zawsze liczę tylko na pomoc szamana. Kiedyś podczas wędrówki przez dżunglę zrobiły mi się ogromne rany. Noga spuchła jak balon. W wiosce szaman obejrzał nogę, poszedł skonsultować się z swoimi demonami, zrobił mi okład ze zgniecionych roślin. Opuchlizna bardzo szybko zaczęła schodzić, noga przestała boleć.
Świat galopuje do przodu, a w dżungli jakby zatrzymał się czas.
Dżungla to 7 milionów metrów kwadratowych trudnego terenu, gdzie nie przejedzie żaden samochód, nie wyląduje żaden helikopter. Trudno tam się dostać, więc tym ludziom udało się zachować swoją kulturę. Indianie żyjący głęboko w dżungli nie stosują żadnych zdobyczy naszej cywilizacji. Tam zatrzymał się czas, jest jak przed wiekami. Rośnie bawełna, więc Indianie przędą z niej nitkę, potrafią utkać materiał na rodzaj krótkich spódniczek albo chodzą ubrani w sznury paciorków z nasion. Byłam kiedyś w wiosce, gdzie Indianie po raz pierwszy zobaczyli buty i byli nimi zachwyceni. Kompletnie zaszokowani byli latarką, emocje budzi koszulka z krótkim rękawem. Jedynym światem, który znają jest dżungla i tak wyobrażają sobie całą planetę. Dlatego na widok białego człowieka przypuszczają, że przybył z innego zakątka dżungli i posmarował się białym barwnikiem, tak jak oni smarują się czerwonym lub czarnym.
| Beata Pawlikowska (ur. 11 czerwca 1965 r. w Koszalinie) |
| Pisarka - autorka wielu książek, podróżniczka, dziennikarka, tłumaczka, fotograf. Przez wiele lat prowadzila w Radiu Zet cykliczny program "Świat według blondynki". Przez kilka miesięcy w roku podróżuje po świecie, głównie po Ameryce Południowej, gdzie dokumentuje życie Indian amazońskich. |














Opcja tylko dla zalogowanych
Wybrana opcja dostępna jest wyłącznie dla zalogowanych użytkowników. Zarejestruj się już teraz, szybko, łatwo i za darmo!