Blogi z podróży

Kalendarz wydarzeń

Czerwiec 2019
pn wt śr cz pt sb nd
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
1 2 3 4 5 6 7

linki

NASZA SONDA

Kartą, czy gotówką? Jak płacisz za granicą?
obojętnie
nie jeżdżę za granicę
wyłącznie kartą
tylko gotówką
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych „RODO”. Prosimy o zapoznanie się, jak będziemy przetwarzać Państwa dane po 25 maja 2018 r. Szczegóły: zakładka "Dane osobowe, Regulamin. Polityka prywatności" w dolnym menu strony.

Porady użytkownika Beata1612

Jak książę Karol zaprowadził mnie do Tatarów

 

Ze szkoły wyniosłam, że  Tatar  budzi  strach. Gniewnie spogląda  spod mocno zarysowanych czarnych brwi, celnie mierzy  z łuku, a jak trzeba to i na pal nabije.  Ale  Dżenneta Bogdanowicz,  jej mąż Mirosław i  ich córki Dżemila, Elwira i Tamira kompletnie odbiegają od stereotypu  groźnych Tatarów.  Uśmiechnięci, pełni  energii i życzliwości, wykształceni, weseli, chętni do rozmowy na każdy temat…  Polscy Tatarzy!

 

Bardzo chciałam dowiedzieć się jak żyją potomkowie Azji, syna Tuhaj-Beja.  Dlatego trafiłam do Kruszynian, jednego z najstarszych skupisk wyznawców islamu  w Polsce. Kruszyniany to jedna z dwóch wsi na Podlasiu, w których zachowały się kilkusetletnie drewniane meczety (drugi w Bohonikach) i, w których nadal kultywowane są tatarskie tradycje.  Zamieszkałam u polskich Tatarów, sympatycznej rodziny Bogdanowiczów – jednej z trzech rodzin tatarskich w tej wsi. Tu przyjdzie mi poznać ich życie od podszewki…

 

Polscy Tatarzy nie różnią się dziś od innych mieszkańców naszego kraju, no może poza tym, że czasami noszą oryginalne imiona i bardzo dbają, by ich kultura i tradycja nie zginęły. Wyznają islam, ale tatarskie kobiety nie chodzą omotane w chusty i długie suknie, a mężczyźni do surowych reguł Koranu podchodzą zdroworozsądkowo.

 

Przyglądam się Mirkowi – ma jednak coś z Tatara. Sumiasty wąs, śniada cera, doskonale jeździ konno.  Na pierwszy rzut oka raczej sztywny, otwiera się dopiero, gdy kogoś lepiej pozna. Dżenneta jest otwarta do razu.  Ukończyła historię, była przewodnikiem turystycznym po Podlasiu,  jej wiedza o tradycjach tatarskich jest wielka. Na co dzień zmaga się z dostawcami, rachunkami, przyjmowaniem gości. Bogdanowiczowie od 2003 roku prowadzą gospodarstwo agroturystyczne „Tatarska Jurta” w Kruszynianach. Po latach życia w Supraślu reaktywowali  rozpadającą się  chałupę po dziadku Mirka. Zaczynali skromnie – malutka knajpka, bez możliwości noclegu. Ale mieli pomysł, bo tatarskie jadło chwyciło. I to jak!

 

 Dziś w „Tatarskiej Jurcie” jest kilka pokoi, a terminy noclegów rezerwuje się z dużym wyprzedzeniem. Jeśli ktoś się uprze, to może zanocować w oryginalnej stojącej na podwórku jurcie, w jakiej ongiś mieszkali Tatarzy. W restauracji królują wyłącznie oryginalne tatarskie potrawy i – zgodnie z nauką Koranu - nie podaje się alkoholu. Z głośników wydobywa się tatarska muzyka, na ścianach wiszą tradycyjne tatarskie stroje, ale to tylko ozdoba.  Dżenneta biega w dżinsach, t-shircie, a gdy jest chłodniej naciąga na siebie polar. Ale bez niej…  No, może przesadziłabym pisząc, że tatarskie tradycje w Polsce zostałyby zapomniane, ale na pewno  poniosłyby duży uszczerbek.

 Jurta w Kruszynianach (powiększenie)

Jurta w Kruszynianach

Fot. Beata1612

 

 

Kruszyniany leżą na Podlasiu, rzut beretem do granicy białoruskiej. 8 km stąd do Bobrownik, gdzie jest przejście graniczne. By się przedostać na Białoruś konieczna jest jednak wiza (kosztuje 25 euro), nie ma tu tzw. „małego ruchu granicznego”.

 

To długa wieś. Liczy ponad sto budynków. Są wśród nich zadbane domostwa otoczone pięknymi ogrodami.  Ale są i takie, które błagają o pilny remont.  Wreszcie są opuszczone walące się chaty, z nieustalonymi prawami własności, przez co nikt nie może ich kupić i się tu osiedlić. Brak chodników przy drodze, opuszczony sklep,  stara remiza.  Niewielu  tu ludzi młodych. Wyjechali do miasta, za chlebem.  Ale Kruszyniany mają plany. W gablotce obok meczetu wisi plan przyszłej rozbudowy Centrum Kultury Muzułmańskiej Tatarów Polskich. Powstanie po sąsiedzku, za płotem  „Tatarskiej Jurty”. Kiedy? Jeszcze dokładnie nie wiadomo. Tatarzy czekają na pieniądze z Unii Europejskiej.

 

Nie ma dnia, by wiejską drogą nie podążały autokary pełne turystów, chcących obejrzeć największą atrakcję wioski – zielony, drewniany meczet z XVIII wieku  oraz odwiedzić leżący na pobliskim wzgórzu mizar (muzułmański cmentarz). Zwiedzanie kończą zwykle w „Tatarskiej Jurcie”, gdzie zaznają rozkoszy tatarskiej kuchni – pikantnej, bez grama wieprzowiny (Koran zabrania), pełnej potraw mięsno- mącznych oraz słodkości.  Uprzedzam, to nie jest kuchnia dla trzymających dietę!

 

Meczet w Kruszynianach (powiększenie)

Zjawiskowy meczet w Kruszynianach

Fot. Beata1612

 

Pierekaczewnik – sztandarowe danie „Tatarskiej Jurty” staraniami Dżennety wpisany został przez Unię Europejską na listę tradycyjnych potraw tatarskich. Przypomina nieco  lasagne. Tyle, że jego ciasto jest chrupiące, faszerowany jest mięsem drobiowym, wołowym lub baranim albo robiony na słodko z jabłkami lub z białym serem i cynamonem. Tworzy się go z wielkich rozwałkowanych płatów ciasta, które nakłada się warstwami, roluje w wałek, a następnie piecze w prodiżu zwiniętego w kształt muszli.

 

 Nawet nie myślałam, że może być tyle gatunków pierogów, bo tatarczyki, pieremiacze, jeczpomaki, czy kibiny są pierogami, ale zupełnie innymi niż te, które znamy z naszych stołów. Niektóre są duże i kwadratowe, inne kształtem przypominają półksiężyce i zapieczone są w piekarniku. Różnią się farszem, wielkością, sposobem przyrządzania. Wspaniałe są też kołduny. Duże jak nasze pierogi, faszerowane wołowiną. Nie wrzuca się ich brutalnie do rosołu, podaje osobno na talerzu. Każdego trzeba najpierw nadgryźć, wyssać płyn ze środka, a potem zjeść i popić podanym w filiżance rosołem.

Kartoflanik to pierożek wypełniony posiekanymi drobno ziemniakami, jajkiem, cebulką, pietruszką. By go zjeść trzeba w nim zrobić dziurkę i wlać do środka rozpuszczone masło, które podaje się w dzbanuszku. Jest boski! Ale  moje serce zdobył listkowiec  - tatarski deser, czyli ciasto faszerowane serem. Ale nie, nie… w niczym nie przypomina naszego sernika. Je się go na ciepło odrywając rękami kawały ciasta. Pycha!

 

Tatarskie przysmaki (powiększenie)

Tatarskie przysmaki

Fot. Beata1612

 

Kilka rzeczy skusiło mnie, by  przyjechać na Kresy.  Po pierwsze - nigdy tu nie byłam. Po drugie - Unia Europejska wpompowała sporo pieniędzy w rozwój Polski wschodniej, więc zżerała mnie ciekawość jak ludzie to wykorzystują.  Po trzecie, no właśnie po trzecie przyczynił się do tego… książę Karol.

 

A było tak. W marcu 2010 roku brytyjski następca tronu przyjechał do Polski. Chciano mu pokazać coś specjalnego. Padło na Tatarów, których w Polsce mieszka około  5 tysięcy.  Dżenneta opowiada, że najpierw pojawiły się u niej  tzw. osoby z „województwa”,  potem wysłannicy Ambasady Brytyjskiej. Chcieli, by zorganizowała spotkanie dla bliżej nieokreślonego  gościa, który ma ochotę poznać społeczność tatarską.  Machnęła ręką – który Tatar będzie gnał z Białegostoku do Kruszynian, by zaprezentować się jakiemuś gościowi? Chyba, że mu samochód podstawią, dowiozą, odwiozą, nakarmią, zapłacą…  Ale usłyszała, że jak jeden czy drugi Tatar dowie się z kim ma się spotkać, to nie będzie miał takich oporów.  

 

Kurtyna tajemnicy opadła mniej więcej tydzień przed spodziewaną wizytą. Tatarzy stawili się w komplecie. Każdy chciał uścisnąć dłoń brytyjskiego następcy tronu…  Dżenneta opowiada, że przed wizytą księcia Karola zamieszania było bez liku. Bo to BOR-owiki w gary bezustannie zaglądały, a po jurcie kręcił się sanepid, układano listę gości.  Zastanawiała się po co to wszystko, skoro wcześniej zostało powiedziane, że książę niczego do ust nie weźmie.  Znany jest z tego, że jeździ z nim osobisty kucharz i tylko on ma przywilej karmienia przyszłego króla Anglii. Na wszelki wypadek napiekła jednak pierekaczewnika, narobiła pierożków, przygotowała listkowca. I czekała…

 

 

No i nastał ten dzień. Spokojne Kruszyniany zaroiły się od VIP-ów. Książę Karol okazał się osobą niezwykle kontaktową i bezpośrednią. Najpierw odwiedził meczet, potem na własnych nogach przemieścił się do „Tatarskiej Jurty”, przywitał się z rodziną Bogdanowiczów. Ośmielił Dżennetę na tyle, że postanowiła go nakarmić. Przyszły król Anglii zdegustował pierekaczewnika, pochwalił! A jakże!  Ba… dostał jeszcze wałówkę na drogę.  – Dla Camilli – mówi Dżenneta.

 

****

Już w ciągu pierwszych godzin mojego pobytu w Kruszynianach stało się jasne, że nie tylko mnie zwabiła tu osoba księcia Karola. Dżenneta co chwilę odbiera telefon. Za godzinę przyjedzie autokar pełen dzieci, trzeba zrobić jagodzianki, zapakować czak-czaki (coś na wzór naszych faworków).  Na 15.30 zamówili tatarski obiad nasi parlamentarzyści, którzy krótko przed wyborami bardzo zainteresowali się losem mniejszości narodowych na Kresach. W międzyczasie wpada leśniczy z fotografem, który chce zrobić kilka ujęć w stojącej na podwórku jurcie, bo idealnie pasować będą do sławienia uroków Puszczy Knyszyńskiej.

 

Między jednym, a drugim telefonem dowiaduję się , jak kręcili tu odcinki popularnego serialu „Barwy Szczęścia” i jak namówiono Dżennetę, by zagrała ciotkę jednego  z bohaterów. Gdy zaproponowano jej, by do tej roli założyła długą spódnicę i omotała się chustą, odmówiła. No bo, która Tatarka chodzi tak ubrana w XXI wieku. Odcinki kręcono na terenie „Tatarskiej Jurty”.  Na serialowym stole wylądowały tatarskie potrawy.

 

 

Trochę dowiedziałam się  już o współcześnie żyjących polskich Tatarach… Byłoby grzechem więc, gdybym nie zgłębiła  nieco ich historii. Pojawili się na kresach wschodnich na dobre po szwedzkim potopie, po którym Polska wdała się w długą wojnę  z Turcją. Jan III Sobieski nie miał w skarbcu tylu pieniędzy, by nagrodzić ich żołdem  za służbę w polskiej armii. Nadał więc im ziemie na wschodzie. W ten sposób wsie Kruszyniany, Łużany, Nietupa, Bohoniki, Drahle, Malewicze, Popławce i wiele innych dostały się w ręce Tatarów. Teraz mieszkają w nich ich potomkowie, tacy jak Dżenneta, Mirosław, ich trzy córki i wnuk Emir.

 

Ruszam  na Szlak Tatarski, jaki wytyczono na tym terenie. Właściwie są dwa takie szlaki – pierwsza wersja dla leniwych liczy 19 km i prowadzi z Kruszynian, przez Józefowo, Królowe Stojło i Waliły Stację. Drugi mierzy 57 km długości.  Prowadzi z Sokółki do Kruszynian przez Bohoniki, Kamionkę Starą, Wierzchlesie, Talkowszczyznę, Świdziałówkę Nową i Nietupę. Przez miejscowości, którymi 1679 roku król Jan III Sobieski nagrodził Tatarów, choć w wielu wioskach nie ma już  śladu po ich obecności.

 

By nieco poznać ich tradycję i kulturę właściwie wystarczy ograniczyć się do trzech miejscowości – Sokółki, gdzie funkcjonuje muzeum pamiątek po Tatarach, Bohonik i Kruszynian, gdzie stoją dotąd jedyne w Polsce stare drewniane meczety oraz mizary (tatarskie cmentarze). Ostatnie miejscowości dzieli od siebie  niewiele ponad 30 kilometrów.

 

Na początek  Bohoniki.  Są podobnie jak Kruszyniany miejscem, gdzie do dziś  obchodzi się święta muzułmańskie tzw. bajramy. Do wsi zjeżdżają wtedy Tatarzy z całej Polski. Bajramy są formą spełniania niektórych obowiązków nakazanych przez Koran.  Obecność podczas nich zastępuje na przykład brak modlitwy pięć razy dziennie, czy nieprzestrzeganie ścisłego postu w ramadanie. Najważniejsze  święta to  ramadam-bajram oraz kurban-bajram. Pierwsze związane są  z zakończeniem 30-dniowego postu w ramadanie. Drugie ustanowione na pamiątkę ofiary Abrahama z jego syna Ismaela. Po modlitwach przed meczetem w obecności imama i licznie zgromadzonych muzułmanów zabija się barana lub wołu. Mięso jest dzielone potem między wiernych.

 

Od razu widać, że Bohoniki meczetem stoją, choć na stałe mieszkają tu tylko cztery tatarskie rodziny.  Świeżo wybudowana za fundusze m.in. Unii Europejskiej asfaltowa droga, po której wygodnie dojedzie każdy autokar wypełniony turystami zainteresowanymi życiem polskich Tatarów na Kresach. Chodniki z czerwonej kostki, świeżutko odnowiony i rozbudowany Dom Pielgrzyma, no i drewniany meczet. Mniejszy od tego w Kruszynianach, ale też pochodzący z XVIII wieku, choć z tamtych czasów pozostały w nim tylko nieliczne belki.

 

Meczet w Bohonikach (powiększenie)

 Meczet w Bohonikach

Fot. Beata1612

 

Od niedawna, a dokładnie od 1 maja 2011 roku w wiosce nastał nowy imam. Aleksander Bazarewicz pochodzi z Gdańska. Urodził się w rodzinie tatarskiej, potem los poniósł go do Białegostoku, by wreszcie osiąść z Bohonikach. Biegle mówi po arabsku, studiował w Arabii Saudyjskiej, jakiś czas spędził w Iraku, Libanie, mieszkał trochę w Sarajewie. Koran zna od podszewki.  Oprowadza nas po meczecie. Nie przepada za opowieściami o historii Tatarów w Polsce. Doskonale robi to Dżemil, który opiekuje się meczetem w Kruszynianach. Imam nie widzi sensu, by powielać te same opowieści, zwłaszcza, że turyści zwiedzają na ogół oba meczety.

 

Imam Aleksander Bazarewicz (powiększenie)

 Imam Aleksander Bazarewicz w meczecie w Bohonikach

Fot. Beata1612

 

Mówi więc  o wierze, pokazuje stary, ręcznie pisany Koran. Wyjaśnia do czego służy w meczecie mihrab, wnęka w ścianie skierowana w kierunku Mekki oraz minbar – rodzaj kazalnicy, z której imam wygłasza kazanie. Chętnie odpowiada na pytania. Dowiaduję się, że kobiety podczas modlitwy w meczecie stoją za mężczyznami, w Bohonikach nawet w osobnym pomieszczeniu. I nie ma w tym nic z dyskryminacji – chodzi wyłącznie o skupienie na modlitwie. Ten sam cel mają spełniać puste ściany meczetu, choć w Bohonikach wiszą muhiry – dekoracyjne tkaniny z wersetami z Koranu i widokiem na Mekkę. Nie zobaczymy na nich zwierząt, ani Allaha, bo tego zabrania religia. Na podłogach mięciutkie dywany. To ważne, bo muzułmanie modlą się siedząc na podłodze, a do meczetu wchodzi się boso.

 

W meczecie w Bohonikach wyznawcy islamu modlą się codziennie, uroczysta modlitwa połączona z kazaniem odbywa się w każdy  piątek, który dla muzułmanów jest tym samym, czym dla nas niedziela.

 

Wnętrze meczetu w Bohonikach (powiększenie)

Wnętrze meczetu w Bohonikach

Fot. Beata1612

 

W planie mamy wizytę na mizarze – sporych rozmiarów cmentarzu muzułmańskim. Interesują więc nas zagadnienia śmierci. Dowiaduję się, że wyznawcy islamu nie mogą być poddani kremacji, nie są grzebani w trumnach, ich zwłoki zawinięte są jedynie w całun. Ich mogiły na mizarze zwrócone są w kierunku Mekki.  Na starych grobach duży kamień oznacza, że w tym miejscu  spoczywa  głowa, mały położony jest w miejscu, gdzie leżą nogi.  To dlatego nie powinno się chodzić między kamieniami.

 

Mizar w Kruszynianach (powiększenie)

Grób sprzed ponad 100 lat na mizarze w Kruszynianach

Fot Beata1612

 

Stary mizar w Bohonikach leży tuż przy drodze.  Nie można go zwiedzać. Można udać się na nowy, leżący około 400 metrów za miastem.  Na grobach przeplatają się imiona: Selima, Mustafa, Ajsza.  Ale leżą tu też ludzie o imionach Stefan, Tadeusz, czy Roman. Nazwiska brzmią po polsku, często kończą się na –icz.  Następnego dnia Dżemil, opiekujący się meczetem w Kruszynianach, wyjaśni mi, że gdy Tatarzy asymilowali się z ludnością polską dodawali sobie do nazwiska końcówkę –icz. W ten sposób z osoby o nazwisku Abram robił się Abramowicz, a z Selim – Selimowicz.

 

Meczet  w Kruszynianach jest znacznie większy. To najstarsza muzułmańska świątynia w Polsce, pochodzi z XVIII wieku.  Jest drewniany i zielony. Architektonicznie przypomina skromny  wiejski kościółek. Ma spadzisty dach z gontu i złociste półksiężyce na kopułach wież. Obok, na niewielkim wzniesieniu, rozłożył się mizar, mniejszy niż w Bohonikach. Ale tutaj najlepiej widać jak  bardzo Tatarzy związani byli z polską historią. Stare mogiły z omszałymi kamieniami pochodzą z XVIII wieku, a na pomnikach widać zatarte już arabskie, rosyjskie i polskie  napisy.  O jego historii i losach polskich Tatarów opowiada Dżemil Gembacki, na co dzień opiekujący się meczetem.

 

W Kruszynianach byłam tydzień, zwiedziłam wiele. Żałuję, że nie mogę zostać na Sabantuj – świątecznym festynie, pełnym śpiewu, tańca, warsztatów związanych z tradycjami polskich Tatarów. Ale wiem jedno. Dopiero  w tej okolicy - gdzie cerkwie żyją w pełnej symbiozie z meczetami i kościołami – dowiedziałam się co znaczy ekumenizm i jak można wykrzesać w sobie olbrzymie pokłady tolerancji, jakie posiadają tutejsi mieszkańcy. Doświadczyłam niesamowitej otwartości ze strony tych ludzi, nieznanej w innych częściach kraju. No i stwierdziłam jedno – na pewno jeszcze kiedyś tu wrócę!

Tatarska Jurta (powiększenie)

Z "moimi" Tatarami przed "Tatarską Jurtą"

Fot. Beata1612

Dodano: 01.06.2011 22:52
Ostatnia aktualizacja: 15.06.2019
Miejsce: Polska » Podlasie » Kruszyniany

Komentarze: 0

Wersje językowe

urlopletter

Zapisz się na nasz newsletter, to nie kosztuje.
Zobacz archiwum
Ważne! Nikomu nie udostępniamy Twojego adresu

Kursy walut

EUR
4.25
USD
3.77
CHF
3.79
GBP
4.77
Średnie kursy, 16-06-2019
Żródło: NBP

Zasady cookies

Nasz portal używa plików cookie w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.